fbpx


Tragiczna, owiana wieloma tajemnicami, naznaczona klątwą Nanda Devi. Pionierska wyprawa, dająca początek polskiemu himalazimowi, pełna poświęcenia, heroizmu i dająca do zrozumienia wszystkim kolejnym pokoleniom wspinaczy z czym może wiązać się konfrontacja z najwyższymi górami świata.

Janusz Klarner, Jakub Bujak, Stefan Bernadzikiewicz, Adam Karpiński. Czwórka śmiałków, która stałą się absolutnymi pionierami polskiego himalaizmu. Sami projektowali sprzęt, ubrania, namioty. Sami rysowali mapy i wytyczali drogi. W 1939 roku zdobyli dla Polski pierwszy himalajski szczyt – Nanda Devi Wschodni, nazwany na cześć hinduskiej bogini śmierci. 10 lat później nie żył już żaden z czterech członków tamtej wyprawy. Ginęli tragicznie, w tajemniczych okolicznościach, a ciała żadnego z nich nie odnaleziono do dnia dzisiejszego.

W bazie pod Nanda Devi. Od lewej Klarner, Bujak, Karpiński, mjr Foy, Blake i Bernadzikiewicz. Z archiwum Magdaleny Bujak-Lenczowskiej.

Na ślady tej niesamowitej historii natknąłem się szukając materiałów do swojej najnowszej książki „Weź Wyjdź. Sztuka aktywnego odpoczywania”. Bohaterem jednego z jej rozdziałów jest Jacek Karpiński – genialny polski matematyk, twórca komputera K-202, który miał realne szanse na zapisanie się na kartach historii na jednej stronei z Billem Gatesem i Stevem Jobsem. W trakcie analizowania jego biografii dowiedziałem się, że ojcem Jacka był Adam „Akar” Karpiński. Wynalazca, konstruktor (m.in. szybowców oraz sprzętu wysokogórskiego) i jeden z pionierów polskiego himalaizmu. To on był pomysłodawcą i kierownikiem pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje, która miała być preludium do zdobycia przez Polaków najwyższej góry świata – Mount Everestu.

Wyprawa rozpoczęła się wiosną 1939 roku. Najpierw miesięczna podróż statkiem do Bombaju, następnie kilka dni koleją przez całe Indie, potem prawie dwa tygodnie wędrówki z grupą wynajętych tragarzy i założenie bazy. Namioty, kurtki, buty, pozostała odzież, olinowanie, haki, plecaki – wszystko to zostało zaprojektowane przez samych uczestników wyprawy od początku, głównie przy udziale Adama Karpińskiego. W tamtym czasie nie można było od tak zakupić sprzętu alpinistycznego. Prototypowe wynalazki zza naszej zachodniej granicy były bardzo drogie i nie wszystkie nadawały się na himalajskie wspinaczki. Nawet plecaki transportowe w tamtym czasie były jedynie obłymi worami na szelkach bez stelaża, które nie mogły sprawdzić się w warunkach wysokogórskich bo bujały się z jednej strony pleców na drugą zaburzając równowagę.

25 maja 1939 roku na wysokości 4300 m n.p.m. baza była rozłożona, a czterech śmiałków wyprawy, Janusz Klarner, Jakub Bujak, Stefan Bernadzikiewicz i wspomniany Adam Karpiński gotowych do wspinaczki na wschodni wierzchołek Nanda Devi 7434 m n.p.m.  Do 1939 roku szczytów wyższych od Nandy, na których stanął człowiek było zaledwie pięć. Dodatkowo góra była trudna technicznie i wśród miejscowych miała złą sławę. Nanda to jedno z imion bogini śmierci pożerającej ciała swych ofiar. Hindusi wierzą, że kto zdobędzie tę górę nie wejdzie już na kolejny szczyt i prędzej czy później dopadnie go klątwa.

Klątwa jednak zdawała się nie dotykać polskiej wyprawy, jak sami pisali w swoich notatkach i listach do rodzin. Polacy mozolnie ale systematycznie zakładali kolejne obozy i posuwali się do przodu. Nieo było się jednak bez niebezpiecznych sytuacji. 14 czerwca Klarner opisuje:

Zbliżam się na dwa metry do krawędzi. Pomimo to zapadam się znowu. Klnę szczelinę. Lecz nie… lecę! Wpadam w kozły. Otaczają mnie wirujące zwały zlodzonego śniegu i nieprzenikniony tuman puchu. Przez głowę przebiegają myśli szybkie jak błyski. Muszę przeciwdziałać, lecz nie wiem, gdzie jest ziemia, gdzie niebo ani gdzie ściana, po której spadam. Wściekłe uczucie absolutnej bezradności. Nagle ostre, bolesne szarpnięcie w piersiach. Spokój. Zasłona śnieżna rozpływa się. Przez chwilę obserwuję lecące w dół bryły, za którymi gonią moje rękawice. Mija długie kilkadziesiąt sekund, a potem słyszę stłumiony łoskot, gdzieś spod progu lodowca leżącego dwa tysiące metrów pod mymi stopami – kurzy się tam niewielki tuman śnieżny, znaczący drogę niedoszłego przeznaczenia.

Wyrąbuję w ścianie stopnie. Staję. Luzuję zaciśniętą na piersiach linę. Nareszcie mogę swobodnie odetchnąć. Ze zdziwieniem i radością widzę, że nie straciłem czekana ani plecaka. Jedynie rękawice zatknięte za linę nie okazały przywiązania do mnie. Wiszę około dwunastu metrów poniżej grani. Ściana jest nieomal pionowa. Gdy tak deliberuję nad niewesołą robotą, jaka mnie czeka, lina wypręża się. Towarzysze powoli wyciągają mnie. Dojeżdżam w ten sposób pod grań. Lecz tu poważna przeszkoda. Pozostały szczątek nawisu tworzy potężną przewieszkę – jak gdyby dach, do którego dociśnięto mnie liną głęboko w śnieg werżniętą. – Poluzować – krzyczę. Opuszczają mnie cokolwiek. Zyskuję swobodę ruchów. Zaczynam ponad sobą przerąbywać szczątkowy nawis. Powstaje nowe poważne niebezpieczeństwo. Ciężkie bloki zlodowaciałego śniegu zaczynają się obrywać i zwalają mi się na głowę i ramiona.

Grozę sytuacji odczuwam obecnie silniej niż w czasie upadku. Obawiam się, czy lina wytrzyma. Wreszcie, po wielu wysiłkach i rąbaniu czekanem przejście jest wolne. Wyciągają mnie. Gdy głowa moja wyjeżdża ponad grań, widzę trzy zwarte postacie w skupieniu ciągnące linę. Siam podniecony opowiada, że w momencie oberwania się nawisu Dawa, idący za mną, znalazł się na samej krawędzi obrywu. Przytomnie uskoczył w dół na stronę basenu, zapewniając sobie w ten sposób wytrzymanie szarpnięcia. Poklepuję przyjacielsko Dawę, wyrażając mu po polsku słowa uznania. Śmieje się radośnie całą gębą, odpowiadając coś w swoim narzeczu, co, jak rozumiem z jego miny, miało znaczyć: a to był dobry kawał.

Polskich wspinaczy nie omijają też choroby. Zatrucie pokarmowe z wysoką gorączką dopada najpierw Bernadzikiewicza, a następnie Karpińskiego, co ostatecznie wyeliminowało go z ataku szczytowego. Klarner, Bujak, Bernadzikiewicz i szerpa Dawa Tsering 8 lipca rozpoczęli atak szczytowy. Dwaj ostatni musieli zawrócić z poziomu 7200 metrów. A Klarner i Bujak parli naprzód. Około godziny 17:00 dotarli do szczytu. Zrobili kilka zdjęć i zaczęli schodzić na dół. Dwadzieścia metrów poniżej kopuły szczytowej, wśród skał zostawili metalową puszkę z notatką potwierdzającą, że stanęli na szczycie Nanda Devi East.

To był ogromny sukces Polaków i symboliczny początek historii polskiego himalaizmu. Niestety ich wyprawa stałą się głośna w świecie nie tylko ze względu na sukces sportowy. W drodze powrotnej, podbudowana zwycięstwem ekipa, postanowiła zdobyć jeszcze jeden okoliczny szczyt – Tirsuli 7074 m n.p.m. Prawdopodobnie miał to być ukłon w stronę Karpińskiego i Bernadzikiewicza, którzy odzyskali już siły i także chcieli wrócić do kraju ze zdobytym wierzchołkiem siedmiotysięcznika. Ekipa podzieliła się na dwa zespoły. Klarner i Bujak szli z tyłu jako wsparcie dla pozostałem dwójki.

18 lipca 1939 roku wieczorem Karpiński i Bernadzikiewicz rozbijają obóz na wysokości około 6100 m n.p.m. Nazajutrz, kiedy do tego miejsca docierają ich koledzy obozu jednak już nie ma. Jedynie gruba warstwa śniegu i lodu – ślady po zejściu ogromnej lawiny. Karpiński i Bernadzikiewicz, zostają zasypani żywcem, bez szans na ratunek, czy choćby odnalezienie ich ciał. Na zawsze pozostają w Himalajach.

Klarner i Bujak próbują wrócić do ogarniętej już wojną Polski. Pierwszemu się to udaje, walczy jako partyzant przez cały okres okupacji i mimo poważnych ran dożywa jej końca. Jednak w 1949 roku wychodzi z domu w lekkim ubraniu, bez bagażu czy dokumentów, kilkaset metrów dalej do domu rodziców. Ślad po nim ginie. Mimo usilnych poszukiwań rodziny do dzisiaj nie udało się ustalić co się z nim stało.

Bujak w trakcie wojny konstruuje silniki dla aliantów w Wielkiej Brytanii. W lipcu 1945 roku udaje się wraz ze swoją towarzyszką  na urlop w skały Kornwalii. Po kilku dniach wspinania ślad również po nich zanika. Znaleziono jedynie ich namiot, ale śladów ewentualnego wypadku lub ciał nie.

Spekuluje się, że pierwszego mogła zlikwidować ubecja za działalność powstańczą, a drugiego agenci brytyjskiego wywiadu. Bujak planował bowiem rychły powrót do Polski, a znał przecież wiele tajemnic brytyjskiego przemysłu lotniczego. Do dzisiaj nie znaleziono jednak żadnych śladów ich zaginięcia. W 10 lat po wyprawie na Nanda Devi nie żył już żaden z czwórki Polaków biorącej udział w wyprawie. Co więcej, do dzisiaj nie odnaleziono szczątek żadnego z nich. Tak jakby faktycznie bogini śmierci dopięła swego i pożarła ich ciała.

W trakcie szukania informacji o Akarze i jego towarzyszach natknąłem się na artykuł prasowy mówiący o tym, że w 2008 roku filmowiec i dokumentalistka IPN, Anna T. Pietraszek, po siedemnastu latach poszukiwań, odnalazła w archiwach Brytyjskiego Instytutu Filmowego film nagrany przez uczestników tamtej wyprawy. Udało mi się skontaktować z panią Anną i uzyskać od niej fragmenty bezcennych materiałów z 1939 roku.

Ze starych taśm odtworzono i zapisano cyfrowo jedynie 11 minut filmu, z równych etapów wspinaczki.

W 2009 roku, w 70. rocznicę zdobycia Nanda Devi East przez Polaków w Himalaje wyruszyła wyprawa mająca powtórzyć ich wyczyn i upamiętnić protoplastów polskiego himalaizmu. Mimo nieporównywalnie lepszego sprzętu, wiedzy i techniki kierowanej przez wnuka Jakuba Bujaka ekipie nie udało się zdobyć szczytu. Postawili oni jednak w bazie kamień upamiętniający pierwsze wejście Polaków na górę.

Zdjęcia wykorzystane w tekście zostały odtworzone z klatek filmu nagranego w trakcie wyprawy w 1939 roku, którego fragmenty wykorzystano w filmie Anny T. Pietraszek “Orłem być” z 2014 roku.

 

Patryk Świątek

Autor Patryk Świątek

Lewa półkula mózgu. Analizuje, roztrząsa, prześwietla. Oddany multimediom i opisywaniu przygód. Laureat konkursów fotograficznych. Autor reportaży, lider stowarzyszenia "Łanowa.", założyciel "Ministerstwa podróży". Nie może żyć bez pizzy.

Więcej tekstów autora Patryk Świątek

Dołącz do dyskusji! 2 komentarze

  • Konrad napisał(a):

    Niesamowita historia i cieszę się, że tu zajrzałem i nie przegapiłem. Himalaje mnie fascynują, choć nigdy tam nie pojadę – mam lęk wysokości i już 3 metry robią na mnie piorunujące wrażenie. Kibicuję jednak PHZ i czytam co się da, ale na tę opowieść jeszcze nie trafiłem. Nadaje się to na film i historia tych panów trochę kojarzy mi się z Tomaszem Mackiewiczem. Wojenny kontekst też jest tu ciekawy.

  • Jędrzej napisał(a):

    Niedawno się przekonaliśmy, że Himalaje są cały czas niebezpieczne, a co dopiero musiało być kiedyś, kiedy zaplecze techniczne było zdecydowanie gorsze.

Miejsce na Twój komentarz

*