Najwyższy szczyt Kosowa, bądź najwyższy szczyt Serbii, zależy dla kogo, Deravica, czy też Gjeravica liczący 2656 m to góra bardzo sympatyczna, układna, ale nieco oddalona od dogodnych punktów komunikacyjnych. Walka z pochyłościami jej zboczy jest niczym innym jak wyciąganiem esencji z górskiego wędrowania. Jak ją podejść? Za którymi głazami kryją się najpiękniejsze panoramy? Poznajcie Deravice i Góry Przeklęte od praktyczno-impresyjnej strony. 

Do podjęcia tego fantastycznego wyzwania namówił mnie Bartek Kobyliński, który od pewnego czasu dziubie sobie koronę gór Europy. Namówił, to może określenie nieco na wyrost. Namawiać wcale nie musiał. Zaproponował. Jak fajni koledzy mają ciekawe pomysły, to nie ma się przecież nad czym zastanawiać. Dlatego też wartko się zgodziłem i już zaraz mieliśmy kupione bilety do Serbii, do Niszu.

Pomijam na razie całą “procedurę” przedostania się z Niszu w rejon Deravicy. Logistyczne kwestie zostawiam na poradniki o tanim podróżowaniu po Kosowie i po Serbii, które z czasem się na paragonie pojawią. Przenosimy się zatem od razu do Decani.

Decani

Wejście na Deravice najlepiej rozpocząć z przyjemnej miejscowości Decani. Można tu łatwo dojechać z Prizren albo Peji. Rozpoczynając trek z Decani obraliśmy kierunek na wieś Koznjar. Na początek do pokonania było ok. 20 km drogą dla samochodów, co wydawało się mało interesujące. Droga prowadziła przez większą część wzdłuż górskiego strumienia. Na jej znacznym odcinku prowadzone były roboty związane z budową hydroelektrowni. Maszyny budowlane i ogólny rozgardiasz niestety mącą poczucie bycia w górach, na łonie przyrody, ale mamy szczęście przejechaliśmy całą trasę stopem, więc uniknęliśmy spaceru wzdłuż tuneli pod kable. Przy okazji oszczędziliśmy 3-4 godziny, które były by potrzebne na przejście drogi.

Po drodze z Decani

Wysiedliśmy godzinę marszu od Koznjar. Na upartego można by próbować do wsi łapać samochód 4×4, ale w miejscu, w którym wysiedliśmy roboty się kończą, więc wydawało się, że dalej można maszerować już z poczuciem, że jest się w górach. Fragment dojścia do Koznjar nie był jednak zbyt powalający. Wciąż maszerowaliśmy się po ubitej drodze. Zauważalna część lasu została wycięta. Mnóstwo prześwitów, rozorana ziemia, wszędzie pałętają się gałęzie. W strumieniu, od którego zaczynał się ten odcinek podejścia, leżały puszki, butelki, foliowe worki. Na razie jeszcze wciąż czułem się bardziej jak w opuszczonym tartaku niż w pierwotnym lesie.

Góry Przeklęte

Ale gdy już wyszliśmy ponad poziom lasu – rewelka. Rozpoczyna się eksponowana część trasy. Z  każdej strony jakieś wierzchołki, granie, przełęcze, skalne póły, rozpuchnięte niecki, półokrągłe tarasy, łąki, kamienne zwaliska. Różne sylwetki, profile, kolory. Przejście przez mocno rozrzuconą wioskę zeszło na dokładnym śledzeniu linii wyznaczanych przez kolejne pasma i wierzchołki, wpatrywaniu się w struktury zboczy i wspinające się na nie chmury. Zerknijcie okiem.

Przestrzeń ponad lasem

Pastwiska ponad wioską

Dość szybko w tym gąszczu odnalazł się także szczyt Deravicy. Bez trzymania się szlaku szliśmy w jego kierunku. Właściwie, odkąd złapaliśmy stopa, aż do dojścia pod sam wierzchołek nie widzieliśmy oznaczeń ścieżki, ale ani przez moment nie było to potrzebne. Przy takiej widoczności na Deravicę można było wejść przynajmniej na kilka sposobów. Szliśmy intuicyjnie, analizując z wyprzedzeniem sytuację i pojawiające się za kolejnymi “hopkami” trudności.

Przejście przez kamienne pole

Szukanie najlepszej trasy między głazami

Szczyt wieczorem

Godzinę drogi od szczytu rozbiliśmy namiot, w jak się wydaje odsłoniętym od wiatru miejscu, deponujemy ekwipunek i spokojną, borówkowo-kamienną kotliną zmierzaliśmy w stronę szczytu. Podejście w żadnym momencie nie staje się strome. Na Deravice idzie się wśliznąć. Brak jest bardzo ostrych, wycieńczających podejść. Jedynie ostatnie kilkanaście metrów w pionie pokonuje się po skałach, ale umówmy się, nawet one nie powinny przysporzyć większych trudności. Kluczowym momentem wejścia nie jest zresztą sam finisz, a dojście do przełęczy zaraz przed wierzchołkiem, z której widać już co jest po drugiej stronie góry. Po jej osiągnięciu dojście na szczyt wydaje się być już proste jak raczkowanie. Z przełęczy rozpościerają się także najprzyjemniejsze widoki. Ze szczytu nie widać nic więcej. A może nawet nieco mniej, bo zasłonięte zostają leżące u podnóża zachodniej ściany jeziorka.

Spojrzenie za plecy w drodze na przełęcz

Poszło nam całkiem nieźle, bo na przełęcz udało się dojść jeszcze przed zachodem słońca. I stało się zwykle to, co się w takich momentach z człowiekiem w górach dzieje. Oniemienie, olśnienie, zachwyt, fascynacja, pełen podziw, oczarowanie. Spojrzenie na nakładające się na siebie postrzępione pasma lizane ostatnimi promieniami słońca. Cudo.

Moment przed zachodem

Ze szczytu zaraz po zmierzchu

Na szczyt dobiliśmy dokładnie, kiedy dzień zamieniał się w noc. Do namiotu zeszliśmy już po ciemku. Warunki były doskonałe. Światło latarek wspomagał blask pełni księżyca. Widoczność jakiej zawsze chciałbym sobie życzyć.

Szczyt rankiem

Ale żeby tak pięknie nie było, bo cóż to by była przecież za przygoda, gdyby wszystko poszło jak z płatka, noc była tragiczna. Wiało okrutnie. Wiało nieprzerwanie. Wiatr łomotał poszyciem namiotu bezlitośnie. Nie pozwoliło mi to zmrużyć oka niemal przez całą noc. Liczyłem barany, przekręcałem się z boku na bok setki razy, poprawiałem konstrukcje tropiku, usiłowałem niemalże gwałtem zmusić moje wewnętrzne “ja” do zaśnięcia – nic. Co jakiś czas spoglądałem tylko na zegarek. 21:30, 23:30, 1:00, 2:45, 5:00… A wiało cały czas i nic nie wskazywało na to, by przestać wiać miało. Nie wiedząc za bardzo co mam ze sobą zrobić postanowiłem, że wyjdę na szczyt jeszcze raz. Był zachód słońca to niech będzie i wschód. Nigdy wcześniej nie oglądałem widoków z doskonale usytuowanego wierzchołka, przy pełnej przejrzystości, w aurze zarówno zachodu jak i wschodu (ciężko było się obudzić..), a teraz nadarzyła się doskonała okazja (budzić się nie musiałem). O siódmej z minutami ponownie zameldowałem się na przełęczy.

Rankiem z przełęczy

Przełęcz

Godzinę później byłem z powrotem w namiocie. Przyszła pora by się zbierać. Postanowiliśmy schodzić drogą wejścia. Szczęśliwie i w tę stronę nie musieliśmy drałować wzdłuż robót. Po dojściu do placu budowy złapaliśmy stopa i aż do samego Decani zjechaliśmy w betoniarce.

Całe wyjście w góry zajęło nam około 40 godzin.

Kolejny piękny szczyt, który nie przykuwa uwagi zbyt wielu górołazów. Można mieć przestrzeń tylko dla siebie. W takich górach chciałoby się siedzieć zawsze.

Wejście na najwyższy szczyt Kosowa wspierali sprzętowo Meindl oraz Sea to Summit

Zapisz się na newsletter!

Raz w miesiącu wyślemy Ci wiadomość z najciekawszymi i najbardziej przydatnymi treściami. Podaj swój e-mail:

Jeszcze chwila..

Dzięki!

Rok Grzyba
Przeczytaj następny tekst

Dołącz do dyskusji! 3 komentarze

Miejsce na Twój komentarz

*