Kathmandu

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Kathmandu urosło już do miana miasta niemalże mistycznego. To stąd przez całe lata swoje wyprawy zaczynała większość ekip himalaistów wybierających się na najwyższe szczyty, tutaj znajduje się jedna z najsłynniejszych dzielnic Azji, goszcząca turystów z całego świata – Thamel. Opowieści zasłyszane w Kathmandu rozchodzą się po świecie szybko jak ciepłe blinki na rosyjskim dworcu. Do tego miasta, prędzej czy później, trafi każdy kto przekroczy nepalską granicę. Jakie jest to słynne Kathmandu? Czy faktycznie za tą nazwą kryje się wciągający czar odległych lądów czy pod wpływem zdecydowanego napływu turystów jest to już tylko himalajskie centrum dowodzenia i cepeliowaty butik?

 

Przed przyjazdem do każdego miasta owianego sławą, przechodzą mnie dreszcze ukrytej ekscytacji. Czasami ten balonik oczekiwań wobec miejsca, o którym czytałem już niejednokrotnie i czuje się z nim w jakimś stopniu korespondencyjnie obeznany jest za bardzo nadmuchany, ale w przypadku Kathmandu byłem bardziej niż pewien, że to miasto zasługuje na szczególną uwagę. Ludzie, którzy mieli tu przebywać i których miałem tu spotkać to nie wygodni plażowicze z Miami Beach czy sopockiego molo, ale opoka światowej wspinaczki i grupa najprawdziwszych, zapalonych górołazów z wysokiej półki. A przecież tacy ludzie w takim miejscu jak Kathmandu, ukrytym w rozpasłej dolinie z dala od najwyższych, złowrogich szczytów, muszą tworzyć atmosferę, która będzie mi odpowiadać idealnie. Na dodatek co drugim sklepem w centrum miał być doskonale urządzony sklep wspinaczkowy, po ulicach ludzie mieli chodzić spięci liną, a małpy miały częściej podkradać owoce ze straganów niż turyści je kupować. Tak więc miałem w głowie kilka mitów na temat tego miejsca. Jak zwykle było trochę inaczej niż w wyobrażeniach.

Thamel – błyszczą neony w mieście bez prądu

Thamel to główna rozrywkowo-turystyczna dzielnica Kathmandu. Tutaj większość backpackerów przybywających do stolicy Nepalu przykłada głowę do poduszki i wydaje pieniądze na świecidełka i przyjemności. Cała dzielnica to nic innego jak rozległa plątanina ulic i uliczek wyłożona straganami, zakończona z jednej strony legendarnym placem Durbar a z drugiej ruchliwą ulicą, na której ruchem PRÓBUJE dyrygować policyjny duet w maskach przeciwpyłowych. Policiantki natomiast, wyposażone w bambusowe pały wielkości słonich kłów, zupełnie kładą lachę na narkotykowych naganiaczach całą swoją energię kierując na za bogatą, hałasującą po nocy nepalską młodzież. Nie dajcie się też nabrać na zakup szachów za jedną rupię czy oryginalne płyty. Wszyscy, jak zwykle, są bardziej przebiegli niż ty.

 

Jak się handluje na Thamelu? To ciekawy temat. Nie brakuje na świecie miejsc z bazarami, na których sprzedaje się przyprawy, wisiorki, makatki, rafandynki, owocowe soki i koszulki z napisem No rikshaw. Czy atmosfery towarzyszące tym miejscom są wszędzie takie same? Na pewno nie w Kathmandu. Na czym więc polega specyficzność dzielnicy handlowej stolicy Nepalu? Prezencja sprzedawców. Siedzą ze swoimi potężnymi plecionymi koszami pełnymi różnych odmian ryżu i campy w kilkuset letnich drewnianych wnękach, rozwieszają podróby kaszmiru i paszminy na zimnych głazach wiekowych kapliczek, obarczają ściany rozsypującej się kamienicy olbrzymimi blaszanymi kotłami. Mimo, że w kieszeni większości z nich wibruje już pewnie nie najgorsza Nokia a klucze do domu przypominają bardziej Gerdę niż wytrych do żelaznego pasa cnoty to ja widzę w tym wszystkim obrazek sprzed 150-200 lat. Żywy, tuż przede mną. Jeszcze jakby jeździli konno zamiast obijać się o mnie co chwile na tych wrednych skuterach. Ehh..
Życie na jednym z placyków

Życie na jednym z placyków

Zaborczość sprzedawców praktycznie nie istnieje. Nit ze stoisk nie krzyczy „Choć, kup, zobacz, przymierz, skosztuj”. Jedynie rikszarze i sprzedawcy haszu potrafią doprowadzić człowieka do szału. Wydaje się, żę mają zupełnie przeciwne strategie marketingowe.
Nie da się nie zauważyć silnych zachodnich akcentów wybijających się brutalnie ponad cały zgiełk handlowych ulic. Bogato wyposażone, schludne księgarnie, eleganckie ciastkarnie, puby na pewno nikomu kto Thamel odwiedzi nie umkną i jest to kierunek, w którym pójdzie Kathmandu w kolejnych latach.
Rozpiska informująca kiedy prąd jest a kiedy prądu nie ma

Rozpiska informująca kiedy prąd jest a kiedy prądu nie ma

Wreszcie sklepy ze sprzętem trekkingowym i wspinaczkowym. Chyba wco drugim kupimy kurtkę, czapkę bądź rękawiczki. Widać, że zapotrzebowanie na górskie ciuchy jest ogromne więc i podaż jest spora. Oczywiście 95% wszystkiego to podróbki. Dużo, dużo tańsze lecz niektóre rzeczy jak windstopery czy spodnie, na prawdę nadają się do użytku codziennego. Kilka sklepów markowych się jednak na Thamelu znajdzie lecz ceny za oryginalny sprzęt są zbliżone do europejskich.
Klasyczny pokój za 10 zł/noc.

Klasyczny pokój za 10 zł/noc. (Sorry za bałagan.)

Co do jedzenia jeszcze dwa słowa. Można pójść do ładnej restauracji, zjeść bardzo wymuskany posiłek za 25 zł i kontemplować wnętrze strojnej knajpy w towarzystwie turystów spożywających swój obiad w śliniaczkach, a można też zasiąść na brudnej ławie dostawionej do ulicznej garkuchni, zjeść mo:mo za 2 zł i pokomentować z ‚szefem kuchni’ to co się dzieje dookoła. Wybór jest.
Ma to w sobie cechy wspólne z marokańskimi medynami ale tutaj jest to wszystko bardziej podane na tacy. Lepiej się to wszystko lustruje. Nie wiem, może w innych bazarowych ośrodkach jest bardzo podobnie, ale mój świat póki co kończy się tutaj.
Będąc na jednej z głównych, ruchliwych ulic Thamelu wystarczy skecić w pierwszą lepszą uliczkę w lewo lub w prawo żeby znaleźć się w środku zacisznego, klasycznego podwórka albo we wnętrzu kameralnej świątyni pełnej mistycznych rzeźb. I choć większość tych figurek, dla osób nie mających szerokiego rozpoz nania w religii buddyjskiej, pozostaną tylko ładnymi figurkami do sfotografowania to i tak robi to przejmujące wrażenie.
Relaks na placu Durbar

Relaks na placu Durbar

Długie, proste ulice Thamelu co jakiś czas łączy mały placyk gęsto okupowany przez różnorakich sprzedawców. Placyki te, nie dość, że są pierwszorzędnym źródłem wszelakich nepalskich kosztowności to stanowią dobre punkty orientacyjne. Żeby się nie gubić po Thamelu o iście labiryntowym układzie ulic najlepiej rozpoznać najbardziej charakterystyczne placyki i nauczyć poruszać się względem ich.

 

Poza centrum

A warto wyjść poza ścisłe, tłumne centrum, w którym ze względu na sporą ilość Europejczyków każdy czuje się bardziej znajomo i bezpoecznie. Warto obrać jakiś kierunek i ślebo brnąć przed siebie. Profesjonalnie nazywa się to chyba „gubieniem się w uroczych, wąskich uliczkach miasta”ale ja jestem nieprofesjonalny więc nazwiemy to „obserwowaniem tego jak wyglądałoby moje życie gdybym to właśnie tu się urodził”. Uwielbiam walać się bez celu po przestrzennych, ceglastych osiedlach, właśnie takich, jakie są w Kathmandu. Tutaj kontakt z każdym człowiekiem jest pozbawiony jakiejkolwiek otoczki, którą da się poczuć gdy rozmawiamy z taksówkarzem albo sprzedawcą bananów w dzielnicy turystycznej. Tu też da się zaobserwować prawdziwe, poznawione żadnych kurtyn, podejście miejscowych do turystów. Widać to w spojrzeniach, w gestach, po formie wypowiadania się. Tu można zobaczyć w co bawią się dzieciaki kiedy nie są w szkole. Albo trafić do warsztatu siermiężnego rzemieślnika bądź rozhajconej piekarni. Na takich osiedlach życie toczy się naturalnie, bo nie docierają tu obcy, a nawet jeśli to pojedynczy, na których nikt nie zwraca uwagi.
Kontakt z miejscową ludnością

Kontakt z miejscową ludnością

Świątynie – Budda, Wisznu – wszyscy równi

Spacerując po Kathmandu, wydaje mi się, że tak na prawdę mało kto zwraca uwagę co jest czym. Tu jest jakiś bożek namalowany, tu jakiś posążek – no ładna ta ich religia. A często, w przestrzeni miejskiej, sąsiadują ze sobą kaplice hinduskie i buddyjskie stupy. To tak jakbyśmy w Krakowie na Floriańskiej mieli kościół, a zaraz obok meczet. To jest doskonały symbol wzajemnej tolerancji religijnej i po zmarszczkach na murach sakralnych budynków widać, że ta tolerancja zakwitła już tutaj bardzo dawno.

 

3 świątynie Kathmandu zrobiły na mnie spore wrażenie, a każda z nich jest zupełnie inna.

 

Boudhanath  – największa stupa w Nepalu. Położona w dzielnicy tybetańskiej zajmuje niemal cały okrągły plac otoczony ciasno postawionymi budynkami. Jest olbrzymia, cała obwieszona buddyjskimi flagami modlitewnymi. U jej podnóża na wiernych czeka   kilkadziesiąt modlitewnych młynków. Z pobliskich muzycznych sklepów nieustannie wydobywają się dźwięki słynnej mantry Om mani padme hum. Wszędzie spacerują mnisi ubrani w charakterystyczne czerwone szaty. To jest właśnie to miejsce, o którym myślą ludzie oglądając wszystkie filmy fabularne,w których przeplatał się wątek buddyzmu. To istnieje i wygląda właśnie tak.

Swayambunath, Świątynia małp – Ulokowana na stożkowym wzniesieniu już na obrzeżach miasta. Dla mnie to oczywiste, że ta świątynia tam jest – to wzgórze wypiętrzyło się tylko po to, aby ktoś tam w przyszłości postawił świątynie. Świetnie ogląda się ją z dachów budynków Thamelu. A w zamian ze świątynnego wzgórza rozciąga się klarowny widok na całe miasto. Panoramę ogląda się zazwyczaj w gronie przyzwyczajonych do obecności człowieka małp, które co chwilę prowokują turystów do wiwatów i pstrykania zdjęć. Miejsce jest bogate w pamiętliwe zakamarki. Wystarczy ruszyć się z głównego tarasu.
Małpa melomanka

Małpa melomanka

Panorama miasta

Panorama miasta

Pashupatinath – tym razem świątynia hinduska. Najbardziej mistyczna i ciekawa. Do wnętrza samej świątyni nie-hindusom wchodzić nie wolno. To jest dla mnie trochę oburzające dlaczego nie pozwala się wchodzić obcokrajowcom do niektórych sanktuariów. To tak jakby Watykan pozwolił oglądać bazylię Św. Piotra tylko chrześcijanom. Chyba, że ja czegoś nie rozumiem. Wejść można natomiast na teren całego kompleksu i ciężko żałować tej decyzji. Choćby dlatego, że w Pashupatinath można uczestniczyć w ceremonii pogrzebowej czyli w paleniu zwłok. Nie traktuje tego jako atrakcję, ale dla lepszego zrozumienia zachowań Hindusów i ich tradycji poszedłem zobaczyć jak wygląda ten obrzęd. I chyba tylko tu, w całym Nepalu, można to zobaczyć. Oprócz tego na terenie kompleksu idzie spotkać wielu Sadhu. Legendarnych ascetycznych proroków, którzy żyją z jałmużny utrzymując przy tym swego ducha przez cały czas w stanie błogosławieństwa. Ciężko przekonać się do tego, że akurat ci, którzy tam siedzieli wtedy kiedy my penetrowaliśmy Pashupatinath byli autentyczni ale odważnego podejścia do spraw aparycji odmówić im nie można.

 

Mała podpowiedź: wejście na teren Pashupatinath kosztuje 500 rupii. Żeby horrendalnej, specjalnej dla turystów stawki uniknąć wystarczy pójść w lewo, na górkę i za siatką przejść aż do rzeki. Stamtąd już chodnikiem do katafalków. Nie skomplikowane, cały czas praktykowane. I są po drodze różne niespodzianki.

 

Brakło mi jednak trochę tych górskich zapaleńców. Może to kwestia tego, że byłem jeszcze przed początkiem sezonu, a może to kwestia szczęścia. Nie wiem. W każdym bądź razie Kathmandu zawsze będzie u mnie mile widziane, a ja dobrze wiem, że poznaliśmy się już wystarczająco żeby móc sobie powiedzieć, że się kumplujemy.

 

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.