Top 10 najprzyjemniejszych momentów z podróży

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Żeby podjudzić jeszcze apetyt na samodzielne podróżowanie wybrałem i opisałem 10 najprzyjemniejszych sytuacji jakie spotkały mnie podczas dotychczasowych wyjazdów turystycznych. Każdy z tych momentów dał mnóstwo radości ale i przełamał w głowie stereotypowe bariery kłamliwie dzielące podejście do wyjazdów na to co wolno i czego nie wolno oraz co się powinno a czego się nie powinno. Są to więc wspomnienia na swój sposób przełomowe pod kątem patrzenia na sposób podróżowania i własne możliwości. A to jest dla mnie najprzyjemniejsza rzecz jaką z podróży można wynieść. Odliczamy od numeru dziesiątego.

 

10. Spacer po Duomo

Mediolan nie zachwycił mnie specjalnie. Miasto pełne butików, błyszczących od drogich świecidełek galerii i ludzkiej pedanterii. Jedynie dwie rzeczy wywarły tam na mnie pozytywne wrażenie, które pamiętam do dzisiaj. Pierwsza to mecz Interu z Parmą zakończony wynikiem 5:2 dla gospodarzy (nie jestem fanem piłki ale masowe wydarzenia sportowe chętnie podglądam z ciekawości i emocji jakie generuje tłum) a druga to spacer po dachu katedry Duomo. To symbol Mediolanu, jego najsłynniejszy zabytek a zarazem jeden z najbardziej charakterystycznych kościołów całej Europy. W towarzystwie zakupowego szału, sklepów najdroższych światowych marek ubraniowych, chłodnych spojrzeń wystrojonych Włochów i atmosfery pośpiechu stoi sobie olbrzymia szaro-biała katedra, którą zaczęto stawiać w tym miejscu już w XIV wieku. Spotkanie teraźniejszości z monumentalnością czasów już bardzo dawnych.

Nie jestem znawcą architektury i pewnie nie będę więc rozpływać się nad jej wyjątkowością nie potrafię. Ale podziwiam. A jeszcze bardziej podziwiam fakt, że po dachu tej katedry można spacerować. Za niecałe 20 zł uzyskujemy dostęp do wąziutkiej przestrzeni wypełnionej kilkudziesięcioma schodkami prowadzącymi na górę. Na dachu praktycznie bez ograniczeń można sobie spacerować od skraju do skraju i obserwować z góry całe miasto. Nie jest to pewnie największy punkt w całym mieście, ale nie ma to znaczenia gdyż miasto oglądamy nie z byle jakiej wieży czy wieżowca ale z katedry mającej dobre kilkaset lat. Przestrzeni jest tyle, że nawet można tam z jedną lotką pójść zagrać w badmintona. Kilka lat później miałem okazję oglądać Paryż z katedry Notre Dame, ale to jednak nie było to samo, mimo że panorama Paryża uderzyła we mnie bardziej. Mediolańczycy wydają się nie zwracać zupełnie uwagi na to czym ich los obdarzył. Często jest tak, że po to co mamy pod ręką sięgamy jako po ostatnie. Szczególnie jeśli chodzi o turystyczne atrakcje bądź coś, co po prostu powinno się sprawdzić. Ja się bardzo cieszę, że udało mi się tam trafić, wydaje mi się, że większe wrażenie sprawia siedzenie na dachach monstrualnych katedr niż uganianie się za najnowszą wersją błyszczących się nylonowych pończoch.

Panorama Mediolanu

9. Dotarcie na Cabo de Roca – najdalej na zachód wysuniętego punktu lądu stałego Europy

Nie wiem do końca dlaczego ale swego czasu polubiłem rzeczy, które są ‚naj’. W rozumieniu geograficzno-turystycznym oczywiście. Bo każdy nowy polski film jest pod jakimś względem ‚naj’ ale to akurat nie robi na mnie żadnego wrażenia.

Raz byliśmy w Portugalii, w Lizbonie dokładnie. Kilkadziesiąt kilometrów od Lizbony znajduje się przylądek Roca, na którym kończy się stały ląd europejski w kierunku zachodnim. Tam zapragnęliśmy pojechać i dzięki kilku przyjaznym zbiegom okoliczności zjawiliśmy się tam akurat na zmierzch. Zrobiło się fantastycznie bo na horyzoncie pojawiły się wszystkie charakterystyczne barwy dla zachodów słońca nad szeroką wodą, a ja takie obrazki znałem dotychczas tylko ze zdjęć. Pierwszy raz mogłem coś takiego zaobserwować, a od dłuższego czasu marzył mi się wieczorny widok Oceanu Atlantyckiego.

Będąc w takim miejscu trzeba odczuć, że coś tak wielkiego jak kontynent to rzecz namacalna. Zwykle myśli się o tym patrząc na mapę.

„O, tu Europa się kończy, tu się zaczyna, gdzieś tam też rozciąga się na wschód, ale dobrze nie pamiętam dokąd bo geografia była już dawno”. Stojąc nad urwiskiem na Cabo De Roca czujesz, że właśnie tu Stary Kontynent się kończy, a dopiero wieeele, wieeele mil morskich dalej zaczyna się Ameryka Północna. A kiedyyyś, kieeedyś, zanim Krzysiek Kolumb wpadł na pomysł żeby tam popłynąć ludzie siedzieli tutaj z przekonaniem, że właśnie tutaj świat się kończy. Dlatego wizyta w tym miejscu, nie dość, że bardzo malownicza, to pozwoliła jeszcze przekonać się, że kontury z map faktycznie mają gdzieś swój początek i koniec.

A jak ktoś nie wierzy gdzie jest to obok w latarni morskiej można sobie za 5 euro kupić certyfikat, że dotarło się na najbardziej na zachód wysunięty punkt stałego lądu Europy 🙂

Doskonale się też tam śpi o czym pisał Patryk w top 10 noclegów na dziko.

Cabo de Roca przylądek

8. Pierwszy raz w Maroku – przekroczenie granicy w Ceucie

Ludzie często podróżują bo są ciekawi co jest dalej, jak wygląda życie gdzie indziej i czym różni się od tego, które toczą oni sami. Pierwszym wyjazdem do kręgu kulturowego, już dość mocno różniącego się od polskiego, była wycieczka do Maroko. Tam, przekraczając lądową granicę hiszpańsko-marokańską w Ceucie, zadebiutowałem w nowym otoczeniu. Choć również było to już chwilę temu to perfekcyjnie pamiętam moment, w którym marokański celnik wbił mi stempelek do paszportu i przywitał w swoim kraju. A zaraz za granicą zacząłem przekonywać się jak różne potrafią być państwa na świecie. Nagle taksówki przestały mieć na dachach szyldy reklamowe z numerem telefonu do centrali a stały się wyłącznie żółte i czerwone, ludzie przestali nosić jeansy i koszule w pstrokatych kolorach a paradowali w długich po kostki, szmacianych sukienkach a do tego zielone łąki i lasy zamieniły się w piaszczyste równiny i skały. Odkryłem nowy świat. Choć setki tysięcy ludzi a może i nawet miliony odkryły go przede mną, to ja odkryłem go dla siebie po raz pierwszy i to jest najważniejsze. Już na samą myśl, że takich światów do odkrycia jest jeszcze dziesiątki nie chce mi się tego dalej pisać tylko wyłączyć to, gdzieś pojechać i odkryć coś nowego. Dlatego szybko przechodzimy do następnego punktu.

7. Przejazd przez Albanię

Jechaliśmy sobie przez Bałkany. Była Serbia, Macedonia, Grecja, znowu Macedonia więc żeby się nie rozmieniać postanowiliśmy pojechać do Albanii. Kierowcy, którzy wieźli nas przez Macedonię wypytywali zaciekle dokąd jedziemy dalej więc naturalnie odpowiadaliśmy im, że teraz przed nami Albania. A Ci zaczęli nas straszyć. Żeby do Albanii lepiej nie jechać bo tam rządzi mafia, że co drugi Mercedes to samochód gangstera, że porywają ludzi, że na pewno coś nam się stanie. Trochę zacząłem im wierzyć, bo Albania to kraj, o którym nie wiedziałem zupełnie nic, a za nim wyjechaliśmy na tę wycieczkę to obszar bezpiecznego podróżowania wyznaczały mi granice państw Europy Zachodniej. Mimo wszystko pełni obaw pojechaliśmy zobaczyć co się w tej Albanii dzieje. Na własnej skórze jest sprawdzić najlepiej. Postanowiliśmy tylko uważać na te Mercedesy, coś z tego co mówili Macedończycy musiało być przecież prawdą. Przekroczyliśmy granicę, stoimy i łapiemy stopa. Mercedes, mercedes, mercedes, mercedes… Nikt się nie zatrzymuje, a my nabieramy obaw. W końcu ktoś nas tam gdzieś podwiózł, wylądowaliśmy w małej wiosce i było mało przyjemnie. Potem złapaliśmy stopa, wbrew wszystkim zasadom na środku mostu, i pojechaliśmy do Tirany. I okazało się, że nikomu tu w biały dzień gardeł nie podrzynają. Kontakt z ludźmi bardzo przyjemny, miasto w centrum na prawdę zadbane, nawet ulica Jana Pawła II jest. Dalsza trasa też bez żadnych przeszkód i w przyjemnej atmosferze. Nawet pomijając fakt, że musieliśmy iść przez przedmieścia stolicy przez 6 godzin. Wyszło na to, że wciskano nam przed wjazdem do Albanii same stereotypy. Udało się je na własnym przykładzie obalić i to była furtka do nabrania pewności siebie do podróżowania po krajach, w których nie ma turystów. Bardzo przyjemne uczucie.

Albania Elbasan

6. Wizyta w Ouzoud

Istnieje w głowach ludzi pewien powszechny obraz raju na ziemi. Czysta plaża, cieplutka woda, biały piasek, palmy, wspaniała dzika fauna, spokój i relaks. Praktycznie każdy chciałby się w takim raju znaleźć. Chciałem się znaleźć i ja i udało się w Maroku. Nie było rozpasłego wybrzeża, rafy koralowej czy kokosów, ale miałem w zamian 120 metrowy wodospad bez żadnych barierek, kilka mniejszych kaskad, stada makaków (nie ma wiele bardziej ujmujących rzeczy niż zwierzaki w naturalnym środowisku) i spanie pod gołym niebem. Ouzoud to bardzo łatwo dostępna miejscowość 150 km na północ od marokańskiego Marrakeszu. Jest tam niemalże wszystko co jest synonimem rajskiej krainy. Samo nicnierobienie daje tam tyle przyjemności, że chce się siedzieć, siedzieć i siedzieć. W sumie to nie wiem jak udało mi się stamtąd wyrwać 🙂 Okazało się więc, że takie miejsca na prawdę istnieją i w rzeczywistości są na wyciągnięcie ręki. Telewizor ‚off’, szukanie okazji na wyjazd ‚on’.

wodospady maroko

5. Sylwestrowy dzień w Mołdawii

Da się jeździć spontanicznie samemu, w dwie osoby, w trzy czy cztery też da radę ale, że da się w szesnaście to się w sumie nie spodziewałem. Ruszyliśmy z Przemyśla do Kiszyniowa właśnie w szesnastkę i wszystko się potoczyło po najlepszych możliwych torach. 31go, w dzień Sylwestra, od wyjechania około północy z Odessy, aż do 24:00 na rynku w Kiszyniowie zdarzyło się tyle fantastycznej hecy, że aż do dziś ciężko w to uwierzyć. Przeczytajcie więcej w relacji z Sylwestra w Mołdawii.

koncert gipsy kings

Bawiliśmy się przy akompaniamencie legendarnego Gipsy Kings

4. Niespodziewana impreza przy jeziorach Kobuleti

Będąc w Gruzji trafiliśmy do górskiego regionu Swanetia, gdzie planowaliśmy przejść kilka szlaków. Pierwszy z nich, i jak się później okazało jedyny jaki przeszliśmy, prowadził do kilku małych jeziorek. Szliśmy niemalże cały dzień, docierając na miejsce ledwo przed zachodem słońca. Po drodze nie spotkaliśmy nikogo. Dookoła cisza, spokój, pustka i panorama pięciotysięczników. Wszystko byłoby doskonale gdyby nie to, że źle obliczyliśmy sobie ilość zapasów, którą powinniśmy zabrać na drogę. Byliśmy kompletnie bez jedzenia, wody, czegokolwiek. A ta z jezior nie nadawała się nawet do kąpieli. Nie było mowy o jakimkolwiek sklepie, do najbliższej wioski było kilka godzin drogi. I wtem, na środku polany przy jeziorkach zauważyliśmy dwa jeepy i dwóch gości siłujących się bez koszulek. Przeszliśmy grzecznie obok nich nie przeszkadzając. Oni po skończonej walce momentalnie się nami zainteresowali, można powiedzieć, że spadli nam z nieba Poczęstowali nas, postrzelaliśmy z dubeltówki, pośpiewaliśmy, opowiedziano nam całą historię Gruzji a na drugi dzień z jednym z Gruzinów zdobyłem okoliczny szczyt. To było o tyle niebywałe, że spotkaliśmy tak gościnnych ludzi w miejscu gdzie prędzej spodziewałbym się stada wygłodniałych wilków niż kogoś, kto wyciągnie do mnie rękę. Przeróżne spotkania się przecież zdarzają podczas samodzielnego podróżowania, ale to jest jedno z tych, które zapamiętałem najlepiej.

kobuleti lakes

Jeziorka Kobuleti widziane z okolicznego szczytu

3. 1800 km na stopa bez słowa z kierowcą

I bynajmniej nie chodzi o to, że nie chciało mi się gadać a kierowca nie wysilał się na dialog. Gdy wracaliśmy z wyżej wspomnianej Gruzji i potrzebowaliśmy jak najszybszego transportu do Polski z parkingu dla TIRów zabrał nas Turek, z którym kompletnie nie było się jak porozumieć. A jechał przez całą Turcję, aż do Stambułu, co oznaczało, że spędzimy ze sobą w kabinie dwa dni. I ten człowiek, który w ogóle nas nie znał, nie miał pojęcia kim jesteśmy i co robimy, wiedział tylko, że potrzebujemy być jak najszybciej być w Polsce, zdecydował się nas zabrać i bezinteresownie przewiózł nas przez swój cały olbrzymi kraj. Spotkania z takimi ludźmi motywują mnie do tego aby zachowywać się tak samo. Nie wiem jaki miał motyw, czy po prostu chciał zrobić coś dobrego, czy docenił nasz sposób podróżowania, ale taki sposób postępowania wobec drugiego człowieka jest niebywały i coraz rzadziej spotykany, a wydaje mi się, że gdyby szło to w odwrotną stronę to byłoby zdecydowanie lepiej dla wszystkich.

przejazd przez turcję

2. Pierwszy nocleg na dziko i pierwszy złapany stop

Mówią, że początki są najtrudniejsze, szczególnie jeśli chodzi o podróżowanie na własną rękę. Ciężko się przełamać i oderwać od powszechnych sposobów uprawiania turystyki. I nie chodzi mi nawet o autostop czy spanie w namiocie na dziko ale chociażby o rezerwacje hotelu i zakup biletu na samolot przez internet. Ja się czułem bardzo niepewnie kiedy wyjechaliśmy z domu na pierwszą autostopową wycieczkę na Bałkany. Chciałem tego bardzo, chciałem poznać jak to jest ale nie do końca wierzyłem w to, że rzeczywiście to wszystko może zadziałać, zatrybić. Dlatego tak kluczowymi momentami dla rozwoju mojego nastawienia był pierwszy nocleg na dziko i pierwszy stop. To była trochę taka mentalna transformacja bo okazało się, że można zrobić to wszystko inaczej i że się da. A nawet jest to bardzo łatwe. Udało się odkryć w życiu nową płaszczyznę i do dziś się po niej od tamtego czasu poruszam.

Nie pamiętam co robiłem tydzień temu, ale gdy wsiedliśmy do pierwszego stopa na granicy polsko-słowackiej pamiętam wszystko. Słowa jakie padły, w co byłem ubrany, jak się tam znaleźliśmy, gdzie siedzieliśmy, o czym rozmawialiśmy z kierowcą, jaka była pogoda, gdzie wysiedliśmy i co było dalej. Tak to chyba jest jak zaczyna się w życiu robić coś nowego i przypada to do gustu.

Tak samo z namiotem. Błąkanie się po Budapeszcie, poszukiwanie nieistniejących hoteli z ‚przeterminowanego’ przewodnika, przeglądanie krzaków na wzgórzu Gellerta, łamiące się patyki gdy kładłem się spać i Japończyka uprawiającego jogging z samego rana na ścieżce przed obozowiskiem.

Po tym wszystko było już prostsze. Po to chyba wymyślono powiedzenie „pierwsze koty za płoty”.

wzgórze Gellerta

Śniadanie na wzgórzu Gellerta w nagrodę za pierwszy nocleg

1. Wejście na Kazbek

Wymyśliliśmy sobie, że zdobędziemy górę, która ma 5 tysięcy metrów wysokości. Wcześniej byliśmy na górach, które liczyły 3 tysiące i 4 tysiące. Zapragnęliśmy wyższej. Nie znaliśmy się za dobrze na chodzeniu po wysokich górach, ale ciągnęło nas bardzo. Też kasy nie było za wiele więc trzeba było zdecydować: albo jedziemy do Armenii albo wspinamy się na Kazbek. Zorganizowaliśmy krótką analizę. Podjechaliśmy najpierw pod Kazbek żeby zobaczyć jak wygląda i spodobał nam się na tyle, że dość szybko porzuciliśmy pomysł pojechania do Armenii. Zaopatrzyliśmy się w najbardziej potrzebny sprzęt i ruszyliśmy przed siebie.

Po drodze na szczyt działo się sporo i równie sporo nabraliśmy wtedy doświadczenia. Lecz moment, w którym moja noga stanęła w najwyższym punkcie tej górki po heroicznym wręcz wysiłku, był ukoronowaniem całego wysiłku i spełnieniem wyobrażeń, które wydawały się mało realne. Nie jeden już napisał, że to była głupota i szaleństwo, jest w tym trochę racji, ale tego co dało się poczuć na szczycie nie odbierze już nikt.

Przeczytać można też szerszą relację ze wspinaczki na Kazbek.

A teraz czekamy na Wasze najlepsze wspomnienia z wyjazdów. Dajcie czadu.

bartek podpis

 

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • http://miloszmaslanka.wordpress.com/ Milosz

    Dwie sprawy.
    W tym zdaniu masz powtórzenie – „dwóch gości siłujących się bez koszulek gości” 
    oraz ile zajęło wejście na Kazbek z dołu (ew razem z zejście ewentualnie) ?
    Pozdrawiam

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      3 dni.
      Czasy przejść w relacji,

  • Mateusz Macha

    Tak na szybko, to dwa związane z jednym miejscem.

    1. Utknięcie na granicy ukraińsko – rumuńskiej po stronie rumuńskiej i próba wydostania się stamtąd jakimkolwiek stopem przy zerowym ruchu zakończona podwózką na dworzec w Suczawie przez rumuńskiego celnika mówiącego biegle po polsku (sic!).

    2. Powrót przez tą samą granicę busem z ukraińskimi przemytniko – handlarzami, poznanymi dzięki uprzejmości „nielicencjonowanego” taksówkarza, który podwiózł mnie na lokalny targ, skąd wspomniani handlarze odjeżdżali.

  • Monika

    Nocleg u podnóża Goverly w stacji meteorologicznej i somogon serwowany przez ukraińskich meteorologów, którzy w przerwach między kieliszkami śpiewali pieśni o kozakach, na dwa głosy…

  • aniaa

    Ja wam dziekuje że jesteście 🙂

  • Marcin Majchrowski

    Co do Albanii mam podobne wspomnienia. Najpierw wszyscy wokół ostrzegali nas, że mafia, że kradną, że o tym aucie co nim jedziemy to możemy zapomnieć itp. Najciekawsze, że takie opinie sprzedawał nam nawet muzułmanin z Kosowa czy Nowego Pazaru (nie pamiętam teraz dokładnie), czyli de facto ich pobratymiec. A potem przejazd przez jeden z najpiękniejszych krajobrazowo i chyba najmniej odkrytych krajów Europy. Tak jak napisaliście – o Albanii mało wiemy. Sam nie uważam się za ignoranta i mam sporą wiedzę na temat różnych ziem, krain i państw, ale o Albanii wiedziałem tyle, że był tam komunizm, żył kiedyś Skenderbeg – katolicki bohater, zanim kraj się zislamizował i znałem nazwy kilku klubów piłkarskich z dzieciństwa, kiedy miałem bzika na punkcie futbolu. Nie zapomnę trasy na Tiranę ze strony Ohridu w Macedonii, która wiodła granią jakichś wysokich gór (lenistwo nie pozwala mi teraz tego sprawdzić). Po prostu człowiek jedzie i nagle spostrzega, że tak w prawo jak i w lewo ma odsłonięty widok daleeeeko w dół, że jest na samym grzbiecie łańcucha i siedzi w aucie. Niesamowite! I tylko żałuję, że to był jedynie przejazd. Niemniej obiecałem sobie jeszcze tam wrócić i porządnie ten kraj zbadać. Zwłaszcza zanim zniszczy go masowa turystyka, choć na razie na to się nie zanosi.

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      Też jechaliśmy tą trasą z Ohridu do Tirany. Zupełnie nie wiedziałem czego się tam spodziewać. Znakomite wrażenie pozostawiły na mnie olbrzymie przestrzenie, wręcz pustostany i postindustrialny klimat niektórych miejsc. Na tym odcinku w pięknej, surowej dolinie leży też miasto Elbasan, które zawsze wspominam myśląc o Albanii.