Abandoned day: Dakota i Seljavallalaug

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Ten jeden dzień podróży po Islandii jakoś mimowolnie ułożył nam się inaczej niż pozostałe. Nie było rozpościerających się po horyzont widoków, wulkanów i pogodnej aury. Było za to dużo mgły, dreszczyk emocji i apokaliptyczny zew. Zobaczyliśmy zupełnie inną Islandię.

Po spędzeniu najdroższej nocy w piwnicy wyposażonej w dwie mikrofalówki i toster ruszyliśmy dalej. Mając za sobą kąpiele w gorących źródłach, lodowce, rowy tektoniczne i pola magmy zapragnęliśmy nieco zmienić klimat. Przypomnieliśmy sobie zupełnie nie wiadomo skąd, że popularny w internecie wrak samolotu Dakota (na pewno gdzieś widzieliście jego zdjęcie) znajduje się przecież na Islandii. Gdy sprawdziliśmy gdzie leży dokładnie okazało się, że to mniej więcej 15 kilometrów od miejsca, w którym się obudziliśmy. Dzień wcześniej, nad Jökulsárlón, dowiedzieliśmy się natomiast, że przy trasie którą zamierzamy jechać znajduje się jakiś zapomniany basen. Obiekt wybudowany w latach 20., z gorącą wodą, cały czas otwarty dla chętnych. Postanowiliśmy więc zrobić sobie dzień z atrakcjami niekoniecznie oczywistymi dla każego.

Dotarcie do samolotu było jedynie pozornie proste. Znajdował się mniej więcej 4 kilometry od głównej drogi, ale nie było żadnej, najmniejszej wskazówki zaznaczającej, w którym miejscu należy z niej zjechać. Z kierowcą wiozącym nas na stopa dywagowaliśmy gdzie powinniśmy wysiąść żeby mieć największe szanse trafienia na Dakotę. Cała przestrzeń na lewo od drogi, na której leżał gdzieś ukryty wrak, była ogrodzona. Znaczy się – teren prywatny. Na Islandii wiele miejsc po wielokroć odwiedzanych przez turystów znajduje się na czyichś włościach.

Lało, a kierowcy chyba nie bardzo się spieszyło więc przejechaliśmy tam i z powrotem 5 czy 10 kilometrów. Zadecydowaliśmy już znudzeni jego bezradnością, że wysiadamy TU. Przeszliśmy przez symboliczną bramkę wkraczając w niekończące się pole czarnego piachu przykryte gęstą mgłą. Klimat godny prawdziwych poszukiwaczy zagubionego samolotu.

Dezorientacja prysła szybciej niż wiatr rozpędził mgłę. Pod nogami mieliśmy wyraźne ślady samochodów terenowych – wszystkie prowadziły w jednym kierunku. Nie było wielką filozofią pójście tym tropem. Tak, po przejściu 3-4 kilometrów przez absolutną, czarną pustynię, doszliśmy do wraku.

Samolot nie czekał sam. Zaraz obok niego, niemal na skrzydle, stał zaparkowany wielki jak stodoła turystyczny jeep. Na jego dachu stała czwórka lub piątka ludzi, która starała się rozbujać maszynę uginając kolana i balansując na lewo i prawo. Pozowali do pamiątkowego zdjęcia. „O niee” – pomyślałem. I zanim spojrzałem na Patryka byłem przekonany, że w jego głowie zaświtała dokładnie taka sama myśl. Mamy na szczęście swoje tajne sposoby jak sprowokować takich ‚krejzoli’ do odjechania w siną dal. Gdy doszliśmy do samolotu akurat odpalili silnik. Mogliśmy się na spokojnie przyjrzeć Dakocie.

W 1973 amerykański Douglas C-117 lecący w bardzo złych warunkach pogodowych przelatywał nad wybrzeżem w okolicach Vik. Na nieszczęście piloci źle ocenili stan benzyny w maszynie i zmuszeni byli awaryjnie lądować. Manewr udał się nadspodziewanie dobrze, żaden z pasażerów nie zginął. Katastrofą naturalnie rzecz biorąc zainteresował się właściciel posesji, na której stanęła Dakota. Jego interwencja znacznie pomogła poszkodowanym. Po czasie wrak ogołocono z przydatnego sprzętu i pozostawiono samemu siebie. Nie trzeba było długo czekać na pojawienie się pierwszych turystów zaciekawionych historią katastrofy i widokiem potrzaskanego aeroplanu.

Dziś miejsce jest coraz bardziej popularne i najczęściej odwiedzający je przyjeżdżają jeepami, robią kilka zdjęć i znikają. W myśl zasady „Przybyłem, pstryknąłem, pojechałem dalej”. Myśląc o takim stylu podróżowania, natchnieni sytuacją, którą zastaliśmy, zaczęliśmy rozmawiać o tym jak duże znaczenie ma sposób w jaki się dotrze do celu. Gdy taka kilkuosobowa ekipa przyjedzie pod samolot z przewodnikiem wynajętym jeepem, spędza tu średnio kilka minut. Wyłącznie po to by wrak obfotografować. Skopiować pocztówkę. Jest to dla nich punkt wycieczki. Malowniczo wyglądający blaszany wrak zalegający w węglowym piachu. W momencie kiedy ostatnia osoba stwierdzi, że zrobiła już wystarczającą ilość zdjęć wszyscy wsiadają do samochodu i po chwili obserwujemy ich w drodze do kolejnej atrakcji. Tam następuje kolejny postój i powtarza się rytualna fotograficzna wariacja.

Dla mnie moment dotarcia pod samolot to finał poszukiwań, chwila satysfakcji z dobrnięcia do celu. Jesteśmy tu, udało się. Musieliśmy znaleźć drogę, iść kilkadziesiąt minut przez pustynny wręcz teren w mokrych ciuchach. Nie dojechaliśmy pod Dakotę parkując po agresywnym hamowaniu. Szliśmy licząc, że wreszcie się pojawi. Czekałem, aż „zamajaczy” na horyzoncie. Od momentu gdy zobaczyliśmy samolot z każdym krokiem odliczałem w głowie do momentu, w którym będzie na wyciągnięcie ręki. Tęskniłem do niego.

Dlatego też sam pobyt przy nim miał inny wymiar. Obejrzeliśmy go dokładnie z każdej strony, zjedliśmy przy nim śniadanie, dyskutując zrekonstruowaliśmy całą katastrofę – jej przyczyny, jej skutki, drogę hamowania, co nam tylko przyszło do głowy. Czuliśmy przez ten czas historię tego samolotu. Czytaliśmy skrupulatnie napisy pozostawione przez poprzednich turystów. Przyglądaliśmy się wystającym kabelkom, podziurawionej blasze. Emocjonowaliśmy się. Wysiłek poświęcony by do jakiegoś miejsca dotrzeć, zrealizować jakiś cel owocuje później wprost proporcjonalną satysfakcją ze spełnienia dążeń. Taka sama różnica jak pomiędzy jedzeniem kiedy jest się głodnym, a pożeranie trzeciego deseru zaraz po dwudaniowym obiedzie. Dojście do Dakoty nie było absolutnie niczym heroicznym, ale miało decydujący wpływ na to, jak się tam czuliśmy i jak odebraliśmy tamtą scenerię. Przez chwilę pomyśleliśmy nawet by spędzić w nim noc, ale że była dopiero 13 postanowiliśmy zrobić coś innego przez resztę dnia.

Dakota c-117

Gdzie jest wrak samolotu Dakota na Islandii? Gdybyście się wybierali i potrzebowali informacji wklejamy mapkę:

Zapomniany basen. Kolejny cel. Byliśmy przekonani, że to miejsce będzie strzałem w dziesiątkę. Liczyliśmy też mocno, że uratuje nam tyłki. Cały czas padał deszcz, a kolejna noc w takich warunkach przysporzyłaby nam niepotrzebnych kłopotów. Ukryty u podnóży wulkanu Eyjafjallajökull basen miał nam być schronieniem i SPA w jednym. Dotarliśmy tam po niezłym młynie, szkoda gadać. Gdy wreszcie z mgły wyłonił się widok malutkiego basenu doklejonego do kamiennego zbocza uśmiechnęliśmy się dziko pod nosami.

Pierwszy basen w tym miejscu został zbudowany w 1923, co czyni go jednym z najstarszych basenów na całej wyspie. Od 1927 roku rozpoczęto w nim kursy nauki pływania i na moje oko było to jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc gdzie istniała możliwość odbycia kursu pływackiego na całym świecie. Dziś żyjący w okolicy ludzie mogą korzystać już z nowego obiektu lecz wielu z nich mimo to wciąż przychodzi kąpać się pod Eyjafjallajökull. Doskonale to rozumiem.

Reklamuje się go w internecie jako Abandoned Swimming Pool. Abandoned czyli porzucony. Z jednej strony to prawda, a z drugiej nie. Wciąż odwiedzają go miejscowi, z roku na rok przybywa tu coraz więcej ciekawych tego unikatowego miejsca turystów. Jak zresztą widać na zdjęciu powyżej. Ciężko mówić, że coś zostało porzucone skoro cały czas są tam ludzie. I trzeba mieć wybitne szczęście by nikogo na miejscu nie zastać. „Porzuconość” polega tu myślę na braku renowacji i nieco mrożącym krew w żyłach wizerunku basenu. Świetnie, że nikt nie zarządził by go zamknąć, żadna placówka kontroli nie chciała wywęszyć tu niedociągnięć. Jest syf i niech sobie będzie. Kto wchodzi do wody robi to na własne ryzyko. Tak samo podobał mi się zupełny brak barierek i platform do oglądania wodospadu Ouzoud w Maroku.To bardzo dobry kierunek.

Widzicie ducha?

Widzicie ducha?

Trzy pomieszczenia, które widać w małym budynku powyżej to szatnie. W nich pretendujący do kąpieli mogli swobodnie zarzucić kąpielówki. Co wybitnie zwróciło moją uwagę – do basenu, mimo kompletnego braku sterylności, obecności glonów, przeróżnych, bliżej nierozpoznanych syfów, wchodzili śmiało również wczasowicze co najmniej dwa razy starsi od nas. To imponujące, że w tych ludziach jest pociąg do miejsc wydawałoby się przeznaczonych wyłącznie dla młodych, którym jest wszystko jedno czy złapią grzyba czy nie. Byle by było fajnie. Spora grupa pływaków to turyści, których powinien cholera gnębić kryzys wieku średniego. A oni się taplają w brudnej wodzie. Dla mnie bomba. Gdybym mógł, zabrałbym tam swoją babcię.

Basen raz na rok, w okresie wakacyjnym, jest czyszczony z glonów i pyłu.

Basen raz na rok, w okresie wakacyjnym, jest czyszczony z glonów i pyłu.

Był jeden haczyk. W basenie rzekomo miała być gorąca woda. W głowie na jego widok automatycznie pojawiło mi się pytanie: „Jak w takim czymś może utrzymywać się wysoka temperatura wody? Przecież pada a cała konstrukcja to tylko kamienny murek”. Otóż do basenu gorąca woda wpada tylko i wyłącznie za pośrednictwem jednej, nie najgrubszej rury. Reszta to deszcz i to, co zdążyło już wystygnąć. Nasz plan przewidywał zagnieżdżenie się w cieplutkiej wodzie,a gdy wszyscy pójdą, rozbicie namiotu w jednej z szatni. W basenie faktycznie nieźle się zadomowiliśmy. Patryk spędził w nim 4 godziny nie wychodząc na zewnątrz ani na moment. Gdy ostatnia osoba wychodziła z przebieralni i ruszała w drogę powrotną, akurat przychodził ktoś nowy i poddawał się urokom kąpieli przez dłuższy czas. Już myślałem, że zaczną mu rosnąć błony pławne i stanie się przynajmniej zmiennocieplny aż wreszcie zostaliśmy przy Seljavallalaug kompletnie sami i na spokojnie rozbiliśmy się według planu.

O poranku przez dłuższą chwilę byliśmy nie w sosie:

Akurat gdy wyszliśmy  w nasze miejsce pojawiły się dwie nowe osoby. Widać basen nie zamierzał być ani przez moment kompletnie porzucony.

Gdybyście się wybierali na mapce możecie zobaczyć gdzie jest zapomniany basen O dokładnie tutaj:

 

Z ciekawości: wolelibyście spędzić noc w samolocie czy w szatni przy basenie?

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • Aniaa

    W samolocie 😀

  • PW

    przepraszam, ale nie zrozumiałem, to ten basen w końcu był ciepły czy nie? 😛

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      Można powiedzieć, że była letnia 🙂

  • http://www.altewedrowki.com Rysia Altewęgier

    Ten hot pot nie taki zapomniany 😉 a woda rzeczywiście ciepła a nawet bardzo ciepła ale tylko w miejscu gdzie wypływa z rury (najbardziej oblegany róg) 😉 Na pomysł by spać w jednej z przebieralni nie wpadliśmy!

  • http://withlove.pl/ Justyna Sekuła

    Ło, nocleg w samolocie brzmi klawo!

  • http://poriomaniacy.blogspot.com Justyna Kloc

    Gdy tak opisywales Wasza droge do samolotu i to jak turysci podjezdzaja, robia zdjecie i odjezdzaja od razu przypomniala mi sie nasza droga na Salar de Uyuni. Podczas wiekszosc turystow podjezdza jeepami, je lunch przy rozkladanych stoliczkach, robi sobie zdjecia i odjezdza, my spedzilismy tam 24 godziny, przespalismy sie w namiocie i porobilismy mnostwo zdjec!
    A a’propos noclegu to chyba bym wolala samolot 🙂 Ale taki prywatny basen tez fajna sprawa 🙂

    http://poriomaniacy.blogspot.com.br/2013/08/salar-de-uyuni-historia-w-trzech-aktach.html

  • Gość

    Wszystkim podróżującym po Islandii (i nie tylko) polecam darmową mapę osmand działającą offline. Są też szlaki i obszerna baza punktów POI, w tym też i ten samolot 😉

  • http://www.zakulisowo.pl/ Anna M. Lukasiewicz

    Właśnie wróciłam z Islandii. Byłam tu i tu, dzięki 🙂