picanto/maroko

Włosy na 20 mm, 1,5 kg pomarańczy, 20 batoników Musli i możemy ruszać. Cel: południowe rubieże Maroko.

Maroko samochodem

Jak to zwykle bywa, plany planami, a przygoda i tak swoje…

Dzień 1 – Bergamo, „wiara kima”

Zasadniczą wadą lotniska w Bergamo jest to, że nie da uniknąć się budzenia w nocy przez ekipę sprzątającą. Za to jeżeli dobrze znasz grafik sprzątania poszczególnych sektorów zostaniesz obudzony tylko raz…

Dzień 2 – przypadkowe spotkanie, policja, śnieg, zgubiona droga

Na pokładzie samolotu do Fezu nie było wielu Polaków, a bardzo możliwe, że było ich tylko 4. Los chciał, że usiedliśmy obok siebie w samolocie. A kiedy Mariusz i Paweł wywnioskowali z naszych rozmów, że dla mnie i Bartka to nie jest pierwszy wypad do Maroka zagaili rozmowę. No i tak wspólnie doszliśmy do wniosku, iż możemy razem wynająć auto, a że Paweł i Mariusz  nie mieli ustalonego planu zgodzili się realizować nasze założenia.

Po kilkugodzinnych poszukiwaniach wsiedliśmy do ‚naszego’ Kia Picanto i ruszyliśmy na dzikie marokańskie drogi…
Nie martwiliśmy się zbytnio tym, że na czterech mamy tylko jedno prawo jazdy, ale tylko do pierwszej kontroli policyjnej, a właściwie jej próby bo Mariusz docisną pedał gazu i udało się…
Kwestia braku prawa jazdy w ogóle była bardzo ciekawa. Jedyne jakie mieliśmy należało do Pawła, który był blondynem, dlatego też ja odpracowałem za kółkiem najwięcej godzin. Kiedy zatrzymywała mnie policja (4 razy) podawałem jego dokumenty. W przypadku, kiedy za kółkiem siedział Mariusz lub Bartek (są czarni jak Marokańczycy) planowaliśmy udawać, że u nas dowód osobisty i prawo jazdy to jedno i to samo. Najczęściej jednak skutkował sposób na „pytanie o drogę” (kiedy zatrzymywano nas do kontroli pytaliśmy energicznie: np. „Tiznit? Tiznit?! This way?!” i kiedy policjant wskazywał ręką na Tiznit, dodawaliśmy gazu i odjeżdżaliśmy. Tylko raz musieliśmy wyciągnąć „papierowe argumenty” żeby nie zapłacić 300 dirhamów mandatu. Nie czułem się zbyt pewnie stojąc na przeciwko trzech policjantów, trzymających w ręku nie moje prawo jazdy (dobrze, że nie przyglądali mi się dokładnie, bo mogłyby być ciekawie) i targując z nimi wysokość „kary”, stanęło na 5 euro i 40 dirhamów. Mogliśmy jechać dalej. Na marokańskich drogach kontrole policyjne są bardzo częste. Warto w dokumentach mieć przygotowane 20,50 MAD.

O kwestii wskazywania ręką. Marokańczycy kiedy wskazują kierunek wykonują dłonią ruch jak skoczek na rozbiegu: od góry w dół i trochę do góry. Czemu? Nie wiem. Jak macie jakieś pomysły to piszcie.
Księżyc w pełni, srebrzystą poświatą oświetlał nam drogę i wspaniałe górzyste krajobrazy wokoło. Od dobrej godziny na wąskiej asfaltowej drodze minęliśmy tylko jeden samochód. Nagle za oknami coś zaczęło nam się nie zgadzać. Droga i okoliczne wzniesienia były… białe! Początkowo cienka warstwa śniegu zmieniła się w grubą pokrywę. Czuliśmy się co najmniej dziwnie, bo śnieg to chyba ostatnia rzecz jakiej spodziewaliśmy się w Maroko. Po pół godziny jazdy wśród zimowych krajobrazów dotarliśmy do miejsca, w którym nasza droga kończyła się blokadą z półmetrowej ściany lodu. Z opresji uratował nas marokański konsul, który dziwnym zbiegiem okoliczności akurat wtedy (o 2 w nocy) tamtędy przejeżdżał. Wytłumaczył nam, że się zgubiliśmy i gdybyśmy nadal jechali prosto dojechalibyśmy do Algierii. Poprowadził nas z powrotem kierując na właściwą trasę. Kwestia śniegu nie dawała nam jednak spokoju. Skąd on się tam wziął? Spojrzeliśmy na mapę. Byliśmy prawie  na 2000 m n.p.m. …
Nad ranem dojechaliśmy do Ouzoud. Kimanko w Picanto.

Śnieg w Maroko

Naturalna blokada drogi

Dzień 3 – wodospady Ouzoud, Marrakesz, głowa kozy

Nie ma to jak pobudka przy wodospadach Uzud (Ouzud). Szkoda tylko, że nasze autko szybko traciło ciepło. W dzień notowaliśmy upały nawet do 30 stopni, ale po zachodzie robiło się bardzo zimno. Toteż w nocy budziliśmy się co jakiś czas żeby włączyć silnik i trochę nagrzać. Nocowanie w samochodzie ma kilka zasadniczych zalet:
1. Nie trzeba płacić za nocleg.
2. Nie boisz się, że ktoś ukradnie ci samochód. …chyba, że z razem z tobą.
3. Pobudka trwa kilka sekund bo jest zimno i nie wygodnie (z tego powodu również śpi się krócej, więc jest więcej czasu na działania).
4. Nie tracisz czasu na toaletę poranną i nie jesz śniadania bo go nie masz.
SUMA: Od otwarcia oczu do wyruszenia na trasę lub rozpoczęcia eksploracji mija kilka minut a czasem kilkadziesiąt sekund.

Panorama gór Atlas

Widok na szczyty gór Atlas

Ouzoud przy akompaniamencie Fiegty ruszyliśmy do Marrakeszu. Poruszanie się po tym mieście samochodem powinno być dopisane do listy sportów ekstremalnych. Marokańczycy nawet bardzo nie zdziwili się kiedy wjechaliśmy pod prąd w jednokierunkową trzypasmówkę. Tylko klaksony, klaksony, klaksony. Potem obowiązkowy spacer po sukach, zaopatrzenie w pachnidła, przyprawy i czapki (targowanie się kiedy już zna się ceny i wie jak to robić jest niesamowicie przyjemne) i obowiązkowa kolacja na Dżamaa al-Fina, główne danie: głowa kozy (było całkiem niezłe, tylko ucho trochę gumiaste).

Jedzenie w Maroko

Menu na Jemaa el Fna

Dzień 4 – As-Sawira, kapeć, latarnia, ucieczka

As-Sawira powitała nas silnym wiatrem i odchodami mew. Piękne niebiesko-białe, portowe miasto przywodzi na myśl tylko jedno słowo: wakacje.

Medyna w As-Sawirze

Medyna w As-Sawirze

Fajne uczucie, szczególnie w lutym. Zachód słońca w takim miejscu to wielka przyjemność. Plan zakładał nocną jazdę i nocleg w samochodzie w okolicy Tiznit’u, niestety, jakiś samotny gwóźdź postanowił zaprzyjaźnić się z naszą oponą. Szybki pit-stop o północy i ruszyliśmy dalej, niestety w zapasie mieliśmy tylko dojazdówkę, na której dojechaliśmy do latarni morskiej na przylądku Ghir. Tutaj spotkaliśmy Jamala – człowieka z wosku i nieskutecznie próbowano naciągnąć nas na dużo za dużo dirhamów za zwiedzanie (było już po północy, a w powietrzu unosił się słodkawy aromat haszu…). Na szczęście Picanto potrafi startować bardzo szybko…

Dzień 5 – Tiznit, opona, Legzira, tsunami, Al-Ujun, Guelmim, panika, wojsko, niesamowity znajomy, Tiznit

Poszukiwania wulkanizacji to był sprawdzian dla naszych możliwości komunikacyjnych. Mimika, gesty, angielski i włoski zdawały się na nic. Dopóki nie wyciągaliśmy przebitej opony z bagażnika, nasi rozmówcy kompletnie nie wiedzieli o co nam chodzi. W końcu się udało, a przy okazji Mohammad przyklepał nam co niektóre felgi, które po kilkuset km po marokańskich szosach pełnych dziur, wyrw i rowów w poprzek drogi były w stanie co najmniej kiepskim (polskie drogi przy marokańskich wyglądają tak, jak niemieckie przy naszych). Kilka godzin później zameldowaliśmy się na plaży w Legzirze. Szeroka piaszczysta plaża, spienione fale, fantastyczne łuki skalne, piękna pogoda i brak turystów sprawiają, że miejsce jest powalające. Tak powalające, że jedna nieprzeciętna fala zaatakowała nasze „stanowisko plażowe”. W ostatnim momencie Paweł uratował mój aparat, reszta została zalana, a Bartkowi ocean zabrał szczoteczkę i parę drobiazgów. Poza tym zabawa była przednia, a skóra schodziła nam jeszcze wiele dni po opalaniu bez kremu. Niektórzy twierdzą, że jest to najpiękniejsza plaża na świecie.

Legzira Beach

Potężne łuki skalne

Chociaż byliśmy już daleko na południu od miejsc zwykle odwiedzanych przez turystów postanowiliśmy ruszyć jeszcze „niżej”. A Guelmim, miasto w którym wg przewodnika zaczyna się już Sahara i gdzie odbywa się targ wielbłądów nadawało się do tego idealnie. W przypływie euforii, że jesteśmy ‚tak blisko’ granicy ruszyliśmy już w nawet w stronę Al-Ujun (stolicy Sahary Zachodniej). Zatrzymaliśmy się jednak i zawróciliśmy do Guelmim, kiedy dokładniej przyjrzeliśmy się mapie i okazało się, że jest zrobiona w innej skali, a do granicy mamy 500 km…

Przed Guelmim

Było kilka minut przed dwudziestą, na ulicach pełno ludzi, straganów, jadłodajni. I wtedy zaatakowali Algierczycy…
Oczywiście my wiedzieliśmy tylko tyle, że wszyscy, z paniką w oczach spier… (nie znalazłem w słowniku słowa lepiej określającego tę sytuację) ile sił w nogach. Sklepikarze w pośpiechu zamykali swoje interesy, ci którzy mieli auta czym prędzej wyjeżdżali z miasta, krzyki i popłoch. Psychologia tłumu – nie wiedząc co się dzieje po komendzie „do auta” sprintem ruszyliśmy do samochodu. Pierwszy raz doświadczyłem takiej obopólnej paniki. Ludzie tratowali się nawzajem, nikt nie oglądał się za siebie. Kiedy czym prędzej wyjeżdżaliśmy z miasta minęliśmy jadący w przeciwną stronę konwój wojska. Byliśmy przekonani, że to początek demonstracji, które w tym czasie miały, na wzór Egiptu i Libii, rozpocząć się w Maroko. Ale później dowiedzieliśmy się, że to bandy Algierczyków (Algieria wspiera Front Polisario – organizację polityczno-wojskową dążącą do oderwania od Maroka Sahary Zachodniej i uzyskania niepodległości, obecnie oba kraje pozostają w stanie konfliktu), ale po głębszej analizie wydaje mi się, że były to raczej bojówki Polisario. W każdym razie, kiedy pruliśmy drogą w stronę Tiznit’u byliśmy przekonani, że demonstracje zaczęły się na dobre i planowaliśmy jak to zrobić, żeby przetrwać…
Jak się okazało to nie był koniec atrakcji tego dnia. I uwaga, bo to co zaraz opiszę nie mieści się w głowie i jestem pewien, że nie uwierzycie w tę historię.
Kiedy dojechaliśmy do Tiznit i znaleźliśmy hotel zostawiliśmy Pawła i Mariusza żeby wytargowali u parkingowego jak najniższą stawkę za pozostawienie samochodu. Po naszym powrocie nadal z nim rozmawiali i powiedzieli, że dołączą do nas za kilka minut bo mają wspólnego znajomego i muszą pogadać. Oczywiście zaśmiałem się będąc pewnym, że żartują. A jednak.
Paweł w wakacje prowadzi bar na polskim wybrzeżu. Kiedyś jednym z jego klientów był pewien człowiek (Polak), z którym przegadali całą noc. Opowiadał niestworzone historie o tym, jak to za przemyt haszyszu siedział 3 lata w marokańskim więzieniu w Rabacie (stolica Maroko). Paweł oczywiście nie uwierzył w te opowieści. Dopóki nie spotkał wtedy, na południu Maroko, na głównym placu Tiznit, parkingowego, który kiedy usłyszał, że koledzy są z Polski powiedział im, że ma kumpla Polaka, z którym siedział 3 lata w więzieniu w Rabacie. Po nitce do kłębka i faktycznie, okazało się, że znają tego samego człowieka! Dokładnie opisał im jego wygląd, tatuaże i wymienił kilka prawdziwych historii z jego życia. Na koniec dał im swoje zdjęcie i kazał go serdecznie pozdrowić. COŚ NIEPRAWDOPODOBNEGO, NIESAMOWITEGO, NIEWYOBRAŻALNEGO! Czy ktoś jeszcze podważa określenie, że świat jest mały?! Przeczytajcie ten krótki opis jeszcze raz i pomyślcie w jakiej skali przebiegła ta sytuacja. Szansa dokładnie jeden do sześciu miliardów, a nawet ograniczając tylko do 2 krajów jak jeden do 38 mln polaków razy 35 mln Marokańczyków. Przypominam, że Tiznit leży w Afryce i nie ma nic wspólnego z Polską. Takie historie zaburzają totalnie nasze małoskalowe pojmowanie świata, który zazwyczaj jawi się nam jako coś nie do ogarnięcia. Do dziś nie mogę wyjść z podziwu. Oczywiście parking mieliśmy za darmo.

Dzień 6 – Tafrawut, gorąco, skały, kazby, Agadir

Maroko Samochodem

Skały w Tafrawucie

Górskimi, krętymi drogami dotarliśmy do Tafrawutu. Miasteczko położone w centrum Antyatlasu otoczone jest z każdej strony przez niezwykłe formacje skalne. Krajobraz jak z innej planety, ponad 30 stopni ciepła i wędrówka po okolicznych wzniesieniach w lutym. Po przepysznym tajinie ruszyliśmy w stronę Agadiru po drodze zaliczając dwie najbardziej malownicze trasy w Maroko. Wąski pas asfaltu wcięty w zbocza gór, fantastyczne gliniane wioski u podnóży, wyludnione osady, średniowieczne kazby – bajka. Dojechaliśmy do Agadiru, gdzie zostawiliśmy Pawła i Mariusza, a sami udaliśmy się do Rajskiej Doliny…

Dzień 7 – Rajska Dolina, Gambia, przełęcz Tizi n’Test

Pobudka w picanto „zaparkowanym” obok drogi. Kilka minut później zziębnięci i „połamani” ruszyliśmy odkrywać Rajską Dolinę – niesamowite widoki, gaje palmowe, arganowce, strumienie, fantastyczny wodospad. Trudno to wszystko opisać, dlatego operuje hasłami, które mam nadzieję pobudzą Waszą wyobraźnię. Przemierzając kolejne serpentyny zabraliśmy na stopa dwójkę młodych ludzi. Zaczęliśmy rozmawiać po angielsku. Gdzie jadą, co tu robią, co my tu robimy. Po jakimś czasie padło pytanie: -„Where are you from?” – zapytał Krzysiek.
-We’re from Poland, and you? – odpowiedziałem.
– My też.
Śmialiśmy się z tej sytuacji jeszcze długo. Alicja i Krzysiek wracali z miesięcznej wyprawy autostopem do Gambii.

Góry Atlas droga

Gaz do dechy

Powymienialiśmy się przygodami i pożegnaliśmy się w Agadirze, gdzie zgarnęliśmy Pawła i Mariusza żeby ruszyć przez przęłęcz Tizi n’Test (2092 m n.p.m.), najniebezpieczniejszą trasą górską w Maroko. Widoków nie da się opisać. Serpentyny wcięte w skalne stoki, droga szerokości jednego samochodu, brak zabezpieczeń, przepaści i strome podjazdy. Kompletnie inny krajobraz po jednej stronie gór, kompletnie inny po drugiej. Coś niesamowitego. Po drodze Mariusz i Paweł dwa razy prawie zostali pobici przez pasterzy kóz przy próbie zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Za każdym razem padała komenda „do auta”, sprint a później gaz do dechy (w sumie w różnych sytuacjach uciekaliśmy tak w czasie podróży jakieś 8-10 razy). Po przystanku na kolację na Dżamaa al-Fina w Marrakeszu ruszyliśmy na nocną trasę do Meknes. Ja miałem już wtedy na koncie ponad 1000 km za kierownicą po krętych, marokańskich trasach i musiałem dostosować się do miejscowego stylu jazdy, dlatego przez większość czasu reszta chłopaków spała. Od czasu do czasu, po kolejnej zaliczonej dziurze któryś się budził i zachrypniętym głosem mówił: „Kur…, ale zapier…!” po czym zasypiał znowu.

Dzień 8 – Meknes, Mulaj Idris, Volubilis, „na luzie”, Fez

Koło 5 rano wjechałem w tak gęstą mgłę, że już nic nie widziałem. Ogrzewanie na fulla, zjazd w boczną drogę i dobranoc. Po siódmej otworzyłem oczy, zapuściłem silnik i włączyłem ogrzewanie.

-To co robimy chłopaki?

-Jedziemy! – odpowiedzieli na w pół przytomni. Wrzuciłem jedynkę, przetarłem oczy i znowu w trasę.

W najmniejszym z czterech cesarskich miast – Meknes spędziliśmy dwie godziny. Na śniadanie, obowiązkowo, wielki naleśnikopodobny placek z miodem, serkiem lub czekoladą za 4 dirhamy (1,40 zł), który dawał energię na pół dnia przygód. Potem jeszcze „zaliczyliśmy” (z braku czasu na dogłębną eksplorację) święte miasto Mulaj Idris i starożytne ruiny w Volubilis, po czym ruszyliśmy do Fezu. Mieliśmy do pokonania ponad 70 km, a od 20 jechaliśmy na rezerwie paliwa. Byliśmy przekonani, że po drodze będzie jakaś stacja benzynowa. Niestety, przeliczyliśmy się. Gdzie tylko się dało, wrzucaliśmy na luz i powoli toczyliśmy dopóki Picanto nie zatrzymywało się w miejscu. Zaoszczędziliśmy w ten sposób paliwa na jakieś 20 km i jakoś dotoczyliśmy się do Fezu.

Maroko południowe

Nietypowe Mulaj Idris

A tam czekały nas dłuugie poszukiwania hotelu. Postanowiliśmy za nocleg nie zapłacić więcej niż 40 MAD, dlatego przeszukaliśmy sporą ilość kwater w tym mieście. Na szczęście w końcu udało się znaleźć hotel, w którym upalony haszem bos dałby nam pokój nawet za darmo, bo bez jakiegokolwiek wahania przystał na naszą cenę.
Po południu zwróciliśmy sympatycznemu murzynowi „naszego” Picanto, który przejechał z nami 2600 km po ciężkich trasach, stromych wzniesieniach, w trudzie i znoju, dawał nam ciepło, schronienie i umożliwiał ucieczkę kiedy była taka potrzeba. Na szczęście właściciel nie oglądał dokładnie jego stanu technicznego. Na koniec przygody za 30 dirhamów zjedliśmy wielki pożegnalny obiad, wypiliśmy 4 szkalnki ataja i świeży soczek z pomarańczy i bananów u Hassana, po czym padliśmy jak nieżywi.

Dzień 9 – Fez, Orio al Serio

Alpy z samolotu

Warto latać

Lot powrotny do Mediolanu przebiegł nam przy akompaniamencie wrzeszczących dzieciaków i przepięknych widoków na Alpy o zachodzie słońca za oknem. Tutaj pożegnaliśmy się z Mariuszem i Pawłem, z którymi przeżyliśmy tydzień pełen przygód i śmiechu, a sami udaliśmy się do do Bergamo. Nocleg oczywiście na naszym „ulubionym” lotnisku (mój już czwarty, Bartka szósty czy siódmy, powinniśmy dostać kartę stałego klienta).

Dzień 10 – Mediolan, Kraków

I znowu zimno! Na szczęście nie na długo…

Jeszcze jedno. Jak zobaczycie któregoś z nas za kółkiem to lepiej zjedźcie na pobocze, albo zawracajcie bo ciężko przyzwyczaić się do tej monotonnej europejskiej jazdy…

więcej zdjęć w Galerii

  • my

    super opis 🙂