Survival na północy czyli Norwegia za grosze

Autor:

Łukasz Lecyk

Miejsce:
Morze Północne, Park Narodowy Rondane, Geirangerfjorden, Góry Skandynawskie, lodowiec Smorstabbreen, Lillehammer

Czas:
6 dni

Skład:
Łukasz – samotny podróżnik z Lublina 😉

Sposób transportu:

samolot, pociąg, autostop, na piechotę

Noclegi:
dwa razy nocleg na lotnisku Oslo/Rygge – polecam miejsce obok informacji turystycznej za billboardami, 3 razy pod namiotem, raz na stacji kolejowej w Lillehammer

Koszt:
bilety lotnicze –  58 zł,
bilety Polskibus.com – 27 zł,
ubezpieczenie zdrowotne – 40 zł,
bilety na pociągi w Norwegii zakupione w promocji Minipris – ok. 300 zł,
jedzenie zabrane z Polski – 40 zł
RAZEM: około 465 zł

Wskazówki:
− Autostop to najlepszy środek lokomocji w Norwegii. Przejechałem nim ponad 600 km, na zatrzymanie się samochodu nie czekałem więcej niż 15 – 20 minut. Prowadzący
samochód potrafił nadrobić 50 km by mnie dowieść  w odpowiednie miejsce.
− Nie ma sensu kupowania wody w butelce. Ta z kranu i z wszędobylskich potoków jest darmowa i znaczenie lepsza 😉
− Norwegowie są bardzo życzliwi. Ja tak to odebrałem. Oferowali jedzenie, częstowali napojami, płacili za mnie drobne dla nich kwoty. Ja upierałem się by tego nie robili, oni twierdzili, że jestem ich gościem.
− Nie śpijcie w namiocie z Tesco w górach przy temperaturze 2 stopni na plusie 😉
− Lodowiec to ciekawy widok ale tylko przy słonecznej pogodzie. Przy deszczu i mgle nic nie zobaczycie…
− Musicie wejść na belkę startową skoczni w Lillehammer. Być jak Adam Małysz-niesamowite uczucie 😉
− Fiord Geiranger wygląda najlepiej z góry Dalsnibba 😉
− Chleb Kneip za 7 koron z sardynkami za 15 koron jest naprawdę smaczny. Polecam też sałatkę ziemniaczaną za 13-14 koron 😉

Opis:
Pewnego pięknego dnia stwierdziłem, że sezon wakacyjny za pasem więc warto by gdzieś pojechać. Z gotówką krucho, zacząłem więc szukać biletów lotniczych w kierunkach, na których są zawsze atrakcyjne ceny (Belgia, Norwegia, Szwecja, Włochy). We Włoszech byłem 3 razy – opada! Nagle boom, Norwegia za 58 zł w strony, biorę! Założyłem, że będzie to totalnie lowcostowy wyjazd. Jedzenie z Polski, namiot oraz śpiwór, podróżowanie autostopem. Jednak z racji, że miał to być mój pierwszy raz stopem poza granicami naszego pięknego kraju dokupiłem z niechęcią 2 bilety kolejowe do- i z- mojego
miasta wypadowego (Rygge – Otta, Otta – Rygge). Cena 300 zł, jak na warunki norweskie znośna.
zimno norwegia
Koniec nudzenia. Moim pierwszym przystankiem było miasteczko Moss. 5 km piechtolotem oraz 7 km okazją pozwoliło mi bardzo szybko dotrzeć do tej sennej mieściny. Nic nadzwyczajnego, ciekawy port dla jachtów, prawdziwe rarytasy miały dopiero nadejść. Drugim przystankiem była miejscowość Otta. Moim zdaniem bardzo dobra baza wypadowa w góry Rondane, nad fiordy oraz na lodowce. Wysiadam z pociągiem i widzę Norwega ładującego zakupy do samochodu. „How are you?” You have to save my life”. Kilka minut później, facet zabawiony ciekawą historyjka na temat mojej tragicznej sytuacji w Norwegii postanawia mi pomóc i o godzinie 12 w nocy zawozi mnie drogą wijącą się przez 16 km w górę do miejscowości Mysesetur. Stamtąd będę miał tylko 6 km na piechotę do schroniska Rondvassbu. „Ratujący mi życie” facet ostrzega, że w namiocie będzie mi zimno, że dzikie jelenie, że porywiste wiatry. „O kurwa” – skonstatowałem w duchu. Ale dobra namiot rozłożony z trudem, idę spać. Brrrrr. Gdy doszedłem do schroniska okazało się, że spałem w temperaturze 2 stopni na plusie. To już wiem dlaczego w nocy zakładałem na siebie 2 koszulki, 2 bluzy polarowe, sweter oraz czapkę. Szybka herbata w schronisku. Pytam o szczyt na który mogę wejść w tak tragiczną pogodę (zaczęło lać jak z cebra). Miła Pani z recepcji prosi mnie, żebym się nigdzie nie wypuszczał. OK, idę za jej głosem i wędruje jedynie po dolinie. Tu też jest pięknie. Wracam na parking i znów dopisuje mi szczęście, tym razem życie ratują mi 4 starsze Panie, które jadą na dół, do Otty. 🙂
Dobra, czas zobaczyć fiordy. W końcu to jest gwóźdź programu. Staję na drodze E6 i zaczynam machać ręką. Nie mija 10 minut, zatrzymuje się starszy Pan, który ani be ani me po angielsku.
prom we fiordzie
Dogadujemy się na migi i tym sposobem robię 40 km. Kolejny samochód łapię po 10 minutach. Młody chłopak ma kaca, ale z chęcią dowiezie mnie do samego Geiranger. Geiranger… Cud natury. Cholernie wspaniałe widoki. Tutaj opis nie odda niczego. Musicie to zobaczyć! KONIECZNIE! OK, czas wracać… Kręcę się po parkingu i wypytuje ludzi gdzie jadą.
Wiem, jestem namolny, ale jakoś mam to gdzieś 😉 Jedno małżeństwo jedzie w przeciwnym kierunku, drugie nie chce mnie wziąć. Nagle patrzę, do samochodu zmierza uśmiechnięty facet. Pytam go o mój cel podróży, ten stwierdza, że nie ma problemu, mało tego pokaże mi jeszcze ciekawe miejsca gdzie mogę zrobić fotki. Tym sposobem facet jedzie na górę Dalsnibba (cudowny widok na fiord), pokazuje mi Drogę Orłów, stare norweskie mosty, stawia colę i daję 100 koron. Kocham Norwegów 🙂 Ok. fiordy zaliczone, czas na lodowiec i najwyżej położoną drogę w Europie Północnej – Sognefjellet. Trafia mi się rodzinka, która postanawia zmienić kierunek jazdy i pokazuję mi lodowiec oraz wymienioną drogę. Niestety pada i jest mgła, lodowiec widzę kiepsko… Nie można mieć wszystkiego. No dobra, samolot za 2 dni, trzeba ruszać na południe –  w stronę lotniska. Zmęczony 5 dniowym boksowaniem się z namiotem, autostopem, niedoborami jedzenia łapię samochód z przemiłą norweską rodzinką (on, ona, ono + 2 szczeniaki dobermana). Bilet do Rygge mam z Otty, ale jako, że moi towarzysze jadą aż do samego Oslo, zahaczam o Lillehammer. Miasteczko to nic nadzwyczajnego, warto jednak poczuć się jak Adam Małysz i stanąć na belce startowej skoczni olimpijskiej. Ostatnie noce spędzam na dworcu w Lillehammer i na lotnisku.

Część Norwegio! Jesteś droga, ale bardzo życzliwa 😉