Sakartwelo Avtostopom

Kolejna wyprawa za nami. Tym razem za cel obraliśmy sobie Gruzję – krainę wina, najbardziej gościnnych ludzi na świecie i wspaniałych, ogromnych gór.

Gruzini

A ponieważ na naszym wyjeździe działo się, delikatnie mówiąc wiele, postanowiliśmy wybrać z niego najlepsze przygody i każdą z nich opisać w osobnym wpisie. Niestety, nie będziemy mogli okrasić ich zdjęciami (za wyjątkiem kilku z komórki), bo pewnego burzowego wieczoru na gruzińskim wybrzeżu zostaliśmy napadnięci i straciłem cały swój dobytek łącznie z aparatem i zdjęciami.  Ale mamy za to filmiki! I to całkiem niezłe. Więc jakoś damy radę. Poniżej znajdziecie linki do poszczególnych przygód zapakowane w chronologiczne sreberko spajające całą naszą wyprawę. Kolejne przygody z wyprawy będziemy opisywali stopniowo, żeby Was nie przemęczać wszystkim od razu. Gotowi? No to zaczynamy!

Kolejne wakacje = kolejna wyprawa

A jak wyprawa, to przynajmniej na miesiąc, w miejsce gdzie znajdziemy wspaniałe góry, przyjaznych ludzi i pyszne jedzenie. Padło na Kaukaz, na zagadkowo brzmiące państwo – Sakartwelo, czyli Gruzję. A że na wyjazd udało się uzbierać tylko po „tysiaku” na głowę wybraliśmy się tam stopem…

Jak zwykle wystartowaliśmy w Barwinku. Po godzince szukania, siedzieliśmy w TIRze do Sofii, a dwa dni później dzięki polskiej fladze przy plecaku dotarliśmy do Turcji. Nocleg w Dazzlerze i następnego dnia rano szybki transfer do Stambułu. Właśnie. A propos Dazzlera, czyli namiotu, który odbywał z nami już trzecią wyprawę. Kupiony za 29.99, bohater wielu naszych przygód, postać nietuzinkowa, fascynująca, przecząca zasadom fizyki i opinii, że co tanie to drogie. Doczekał się własnego wpisu. Przeczytać można klikając w poniższy link:

Dazzler

Wracając do tematu. W Stambule – jednym z najbardziej fascynujących miast w historii, w którym mieszka obecnie 15 mln ludzi spędziliśmy jeden dzień, dlatego nie będę silił się na próby opisywania tego miejsca. Po prostu trzeba jechać i zobaczyć na własne oczy.

Turcję postanowiliśmy przejechać pociągiem. Ze Stambułu do Kars, niemal 2000 km w 41 godzin za, uwaga… 15 euro! Niesamowita trasa, niesamowita przygoda. Możecie przeczytać o niej tutaj:

Dogu Express

Potem dwa przepełnione dolmusze, jeden stop i parę kilometrów piechotą i po 5 dniach wyprawy byliśmy u celu. Przy wybieraniu Gruzji jako kierunku na tegoroczną wyprawę oprócz gór, jedzenia i innych elementów kierowaliśmy się również opinią o ludziach zamieszkujących dany kraj. A o gruzińskiej gościnności i uczynności dla obcych słyszał chyba każdy. My przekonaliśmy się o tym już godzinę po przekroczeniu granicy, kiedy staliśmy w małym miasteczku z mapą zastanawiając się gdzie teraz. Podjechał do nas Gruzin pytając czego szukamy. Odpowiedzieliśmy, że niczego, ale przy okazji zapytaliśmy o najbliższy sklep. „Wsiadajcie, podwiozę Was”. Jak powiedział, tak zrobił. I podwiózł nas… dwie ulice dalej. Ale ten dzień miał nam chyba zakomunikować: „Jesteście w Gruzji Panowie, tutaj przygoda zaczyna się na dobre.” Za sprawą gruzińskiego niedźwiedzia napotkanego na trasie nocleg i przedpołudnie dnia następnego spędziliśmy w monastyrze w towarzystwie dwunastu braci z Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Jak to się stało? Zapraszamy do wpisu:

Niedźwiedź i monastyr

Później jeszcze wielokrotnie mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze, że Gruzja to Rolls Royce wśród najbardziej gościnnych krajów na świecie, dlatego poświęciliśmy naszym przygodom związanych z nią wpis pod tytułem:

Gruzińska Gościnność

Nie ważne czy byliśmy na wschodzie czy na zachodzie kraju, na nizinach, czy na 3000 m n.p.m.: „Wy Polyaki? Wy nashi gosti!”

W świetnych humorach zatrzymując się po drodze w skalnym mieście Wardzia, Borjomi – uzdrowisku słynącym z jednych z najlepszych wód mineralnych na świecie (wodę Borjomi można dostać nawet w Polsce), Uplisiche – monastyrze wykutym w skale i Gori – miejscu urodzin Stalina ruszyliśmy w trasę Gruzińską Drogą Wojenną.

Zatrzymując się po drodze nad jeziorem w Annanuri dotarliśmy do Kazbegi, miasteczka leżącego pod wygasłym wulkanem i celem wielu wspinaczy z całego świata Kazbekiem 5047 m n.p.m. Tutaj przeżyliśmy jedną z największych przygód naszej wyprawy, o której napisaliśmy więcej tutaj:

W skarpetkach na Kazbek

Po tygodniowym pobycie w górach udaliśmy się do stolicy i jednego z najstarszych miast Gruzji – Tbilisi. O starciu przebogatej historii z nowoczesną architekturą możecie przeczytać w relacji Bartka o, jego zdaniem, najpiękniej położonej stolicy jaką dotychczas widział. Wszystkie wrażenia opisane we wpisie:

Tbilisi

Kolejny główny cel wyprawy. Swanetia, kraina domów – wież, pięciotysięczników i Kubdari nigdy nie zdobyta przez żadne wojska. Co to jest Kubdari, jak wysoko dociera gruzińska gościnność i czy faktycznie kraina wygląda jak z bajki – odpowiedzi na te pytania znajdziecie w opowiastce pod tytułem

Swanetia

Po górach dotarliśmy na wybrzeże by trochę wypocząć, popływać i opalić co nieco. Ale jak to często bywa plany i profil dalszej części wyjazdu zmieniła przygoda. Proces napadania na ludzi z plecakami, wrażenia i to, co dzieje się później genialnie ujął Patryk we wpisie pod tytułem:

Napad w Poti

Z namiotem bez rurek, jednym plecakiem i resztkami w portfelach stanęliśmy przed zadaniem powrotu do Polski. Jak nam poszło, ile dni zajęło nam przejechanie tego „kawałeczka” i czy można przez 1200 km nie zamienić z kierowcą ani słowa – o tym w tekście:

Powrót

Oczywiście to tylko część z przygód, które przeżyliśmy podczas tej wyprawy. Musieliśmy zostawić sobie coś na nocne opowieści przy ognisku. Niewątpliwie udowodniliśmy sobie, że nie ma odległości, których nie dałoby się przejechać stopem. 10 000 km to nasz nowy rekord. 5000 m w górę również. Zobaczymy, czy w przyszłym roku uda się je pobić.

A tutaj mapa orientacyjnej trasy jaką przebyliśmy: