Morocco Madness

Pierwsza wizyta w kraju bardzo odmiennym kulturowo, religijnie i obyczajowo. Z jednej strony to tylko popularne Maroko, do którego codziennie przyjeżdżają wycieczki emerytów i setki młodych ludzi z plecakami. Subiektywnie jednak to pierwszy krok do odkrycia tego, co znajduje się poza granicami Starego Kontynentu. Przygoda sama w sobie. Przez moment naiwnie można poczuć się jak odkrywca. Wpadliśmy w kilka zapadających w pamięć miejsc i zbadaliśmy ten „kraj zapachów i kolorów” jak piszą o Maroko foldery turystyczne. Obiektywnie myślę, że opłaca się to przeczytać.

Morocco Map

Tetuan – miasto złodzei

Do Maroka dostaliśmy się przekraczając granice w Ceucie – hiszpańskiej enklawie na kontynencie afrykańskim. Przejście w godzinach przedpołudniowych spowite było siwą mgłą. Przekroczenie wywołało skromne uczucie przeniesienia się do innego świata – przed przejściem nie widzieliśmy co jest po drugiej stronie, natomiast za szlabanem spoglądając wstecz na próżno wypatrywaliśmy hiszpańskich ziem. Nie zdążyłem nacieszyć się marokańską pieczątką w paszporcie,a już oblecieli nas słynni marokańscy taksówkarze, na których turystyczny świat zwykł raczej narzekać niż ich chwalić. Kierowcy widząc dwóch młodych, białych turystów wystrzelili jak z armaty w naszym kierunku oferując mało atrakcyjne ceny za kurs do najbliższego miasta. Po stosunkowo niedługim czasie wałęsania się po parkingu i dziewiczych targów wsiedliśmy do starego mercedesa płacąc „naszą cenę”.

Lekko przestraszeni, 30 minut jechaliśmy do miasta Tetuan, jednego z większych w tym regionie. Miasto zostało założone między szczytami gór pasma Rif, wspaniale prezentuje się oglądane z jakiegoś punktu widokowego, gdy można dostrzec jak krańce miasta pokrywają niższe partie otaczających go stoków. Tetuan nie jest miastem gdzie zatrzymuje się wiele zagranicznych wycieczek – turystów jest tu jak na lekarstwo, nawet straganiarze nie bardzo chcieli się targować. Podejście miejscowych do turystów jest jak najbardziej zależne od ilości tych drugich. „Córka Jerozolimy”, jak ponoć także określa się to miasto, słynie przede wszystkim z zabytkowej, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO medyny. Medyna to część miasta zbliżona lokalizacją i znaczeniem do europejskiej starówki, tyle że zupełnie inaczej zorganizowana. Jak wygląda medyna? Jeśli ktoś był w Maroku to dla niego banał, ale nie zaszkodzi i o tym. Medyna to stara część miasta, otoczona murami. Wejście doń stanowią bramy, których postać sprowadza się czasem jedynie do łuku przerzuconego nad ulicą. Wtedy  jedynymi zainteresowanymi są skośnoocy wycieczkowicze. Bramy bardziej spektakularne podziwiać można w miastach o sporym znaczeniu historycznym. W takim wypadku jedynymi ludźmi, którzy się nimi nie zachwycają są mieszkańcy tego miasta. W medynie znajdują się dzielnice handlowe, suki (bazary), żydowskie czy andaluzyjskie (pozostałość po obecności Hiszpanów). Specyficzny i niepowtarzalny jest w medynie układ budynków.

Ludzie w medynie
Dzielnica mieszkalna medyny

Na tle środkowoeuropejskiego rynku ze studnią i ratuszem na środku placu otoczonych kamienicami medyny przedstawiają się jak układ korytarzy w ogromnym kopcu mrówek. Kolejne domostwa czy warsztaty powstawały obok siebie spontanicznie, bez konkretnego planu. Owocem tego są wszystkie urokliwe zakamarki, mini placyki, wąskie uliczki, ciasne przejścia i labiryntowy układ dróg. Warto się także dokładnie rozglądać, aby dostrzec ciekawe detale – liczące dziesiątki lat lampy, niby banalne łuki nad przejściami czy żelazne dekoracje. Gdzieniegdzie wygląda to jak usychająca choinka ozdobiona bombkami z centrum Rockefellera. Widok tych wszystkich rzeczy wzbudza podziw, a czasem i uśmiech na twarzy kiedy obok mocarnych, kolorowo ozdobionych wrót arab handluje wózkami dla inwalidów lub używanymi butami.

Wzdłuż głównych ulic rozciągają się stragany na pierwszy rzut oka bardzo chaotyczne. Po krótkim spacerze można się przekonać, że każda część dzielnicy handlowej w czymś się specjalizuje. Pierwszy odcinek to miejsce dla smakoszy ryb, na następnym placyku targuje się o ubrania, a w północno-wschodnim rogu medyny swoje warsztaty mają stolarze. Główne arterie są bardzo tłoczne, pustoszeją tylko na chwilę kiedy głos muezina wzywa na modlitwę. Mieszkańcy tetuańskiej medyny oddają cześć Allahowi w dwóch meczetach – Wielkim i Sidi Saidi. Wstęp mają tylko muzułmanie. Czy na pewno? Przekonamy się później.

Uliczny hałas bardzo szybko i płynnie można zamienić na spokój. Wystarczy lekko odbić w lewo lub w prawo by sprawdzić dokąd prowadzi jedna z setek mniejszych uliczek. Dobrze pamiętam spacer z północnej części medyny – tej mieszkalnej. Ludzie wyglądają tutaj jakby w ogóle nie przejmowali się panującym 50 metrów dalej ulicznym zgiełku.

Wpatrujące się we mnie intrygującym wzrokiem dzieciaki ubrane w ciuchy po starszym rodzeństwie sprawiały wrażenie jakby pierwszy raz w życiu zobaczyły obcokrajowca. Można tak wałęsać się tymi kamiennymi dróżkami dłuższą chwilę, z czymże trudno zgadnąć czy za rogiem stoi banda nożowników czy stoisko z watą cukrową. Przewodniki posługują się terminem „gubienie się w ślicznych, wąskich uliczkach”. Coś w tym jest.

Dobrze zrobi także spacer dookoła medyny, wzdłuż nowych, eleganckich ulic Nowej Dzielnicy (Ville Nueve – każde większe miasto taką ma) Tetuanu. Arabowie często uważani są za niechlujów i brudasów, a ich miasta za wysypiska. Znów czułem się trochę głupio, że zawierzyłem powszechnej opinii.

Szafszawan – marokański Amsterdam

Z rana dnia następnego poznaliśmy sposób w jaki funkcjonują dworce autobusowe. Kupowanie biletu jest jak chodzenie po polskich urzędach – podchodzisz do jednego okienka, a zaskoczony twoją obecnością pan lub pani odsyła cię do następnego. Na dworcu są także tutejsi „przewodnicy”, którzy tak naprawdę są w stanie ci pomóc, ale ty naczytałeś się w przewodnikach, że to sami oszuści, więc nie obdarzasz ich zaufaniem. Nie wykazaliśmy się chyba wystarczającym sprytem, bo do Szafszawan dotarliśmy taksówką.

Szafszawan to niewielka miejscowość, schowana gdzieś pomiędzy kolejnymi szczytami gór Rif. Turyści pojawiają się tutaj stosunkowo od niedawna bo jeszcze kilka lat temu do tego świętego dla wyznawców Allaha miejsca wstęp mieli tylko muzułmanie. Znane jest z bajecznej (to zdecydowanie najlepsze słowo) medyny, a także z uprawy i dystrybucji marihuany. Wbrew pozorom pojechaliśmy tam dla tej pierwszej atrakcji oraz by odróżnić splendor wielkiego miasta od małomiasteczkowej atmosfery.

Chefchaouen
Medyna w Szafszawan

Faktycznie miejsce okazało się rajem dla fotografów. Ściany domów pomalowane na niebiesko, błękitne okiennice, lazurowe elementy fasad i masa odcieni indygo na wszystkim. Zupełnie jakby człowiek-gigant przechodząc tędy wylał tu odrobinę niebieskiej farby, a ona trafiła wprost w arabskie domostwa.Unikatowe miejsca zawsze pamięta się na długo. Gdyby tylko zabudowania były szare lub beżowe to nie wiem czy tak bym się przejął wizytą w tym mieście.

Znów większość czasu poświęciliśmy medynie. Głównym punktem starego miasta jest Plac Gołębi sąsiadujący z tutejszą skromną kazbą i otoczony knajpkami nastawionymi na turystów. Polecam opuszczenie medyny przez zachodnią bramę Bab –al. –Answar, tam znajduje się źródło strumienia. Kobiety piorą w jego wodach ubrania czy dywany, mężczyźni czerpią wodę, a dzieci się pluskają. Wodę w sklepach kupują tam tylko turyści, którzy nie wiedzą, że wystarczy przejść 300m aby mieć ją za darmo.                Brudnych ciuchów nie wkłada się tam do najnowszego modelu Whirpoola. Są więc jeszcze miejsca gdzie czas się zatrzymał, a postęp technologiczny nie wchodzi nawet tylnymi drzwiami. To pouczające móc zobaczyć jak kiedyś powszechnie radzono sobie z trudnościami dnia codziennego. Chętnie zobaczyłbym w roli rzecznych praczek pluton bizneswoman z Europy zachodniej.

W Szawan pierwszy raz spróbowaliśmy soku ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Bardzo smaczne, orzeźwiające, zdrowe i… tanie. Za równowartość normalnego biletu autobusowego można napić się takiego soku, jakiego w naszym kraju nie ma. Napój ten towarzyszył nam przez całą drogę.

Drugi, nawet bardziej popularny napój w Maroku to ataj – mocno posłodzona, miętowa herbata. Dostępna dosłownie wszędzie, świetnie smakuje i co najważniejsze rewelacyjnie gasi pragnienie. Jestem prawie pewien, że ten wynalazek powstał ze względu na upalny, afrykański klimat. Herbata jest spożywana wszędzie i o każdej porze. Już od samego rana w mini barach siedzą panowie sącząc ataj, można zostać poczęstowanym na bazarze bądź u kogoś w domu. Marokańczycy faktycznie uwielbiają ten napój, nie jest to błahy wabik na turystów.

Wracając do miasta… Jako fani panoramicznych widoków udaliśmy się na krótką pieszą wycieczkę do hiszpańskiego meczetu (dlaczego hiszpańskiego ? nie wiem), położonego na niezbyt stromym wzgórzu obok medyny. Wieczorem można się w tym miejscu natknąć na pastuchów palących hasz, w dzień z góry rzucić okiem na barwne, chyba trochę zapomniane marokańskie miasteczko.

Co z tym haszyszem?

Ponoć wystarczy przejść się 45 minut w góry, aby natknąć się na plantacje marihuany. W mieście turysta co chwilę spotyka się z ofertami sprzedaży narkotyków, ktoś szepce do ucha : Do you wanna get high? Do you want to try good stuff? Niektórzy podwórkowi dillerzy mają też spore poczucie humoru. Patrykowi niejednokrotnie oferowano coś o tajemniczej nazwie super duper, a gdy nie zgodził się na zakup kilograma haszu, handlarz pomyślał, że obraził chłopaka tak skromną ofertą i zaproponował dwa. Narkotyki w Maroku są nielegalne, być może dlatego tak mało tutaj Holendrów… W Szefszawan ponoć nieoficjalnie dozwolone. Główni zainteresowani tłumaczą to tak: w Ouzoud rosną oliwki i ludzie żyją z handlu oliwkami, Marrakesz otaczają gaje palmowe i wielu rolników utrzymuje się z dochodów za daktyle, a tutaj rośnie tylko marihuana i sprzedaż kifu stanowi źródło utrzymania. Jednie okoliczne drogi są obstawiane przez policję, aby uniemożliwić przewóz. Sami Marokańczycy też lubią sobie zapalić – większość po zmierzchu, gdy Allah już nie patrzy.

Szawan jest inny niż te miasta, które stanowią główne atrakcje w Maroku. Przede wszystkim ze względu na swoją niedużą wielkość i powolny tryb prowadzenia swoich spraw przez mieszkańców. Generalnie to kolejna różnica pomiędzy arabami, a europejczykami. My mamy zegarki, a oni czas. Tyczy się to oczywiście ludzi mieszkających w medynach, ci z nowych dzielnic, szczególnie z wielkich miast prowadzą życie coraz bardziej naśladujące to europejskie.

Fez – marokański Kraków

Znany mi dotychczas z lekcji historii i gier komputerowych wiekowy Fez stał przed nami otworem. Szkoda, że nie przybyłem tutaj z pełną towarów karawaną 800 lat temu. Dawna stolica Maroka, siedziba królów i miejsce gdzie powstał pierwszy uniwersytet na świecie przyciąga turystów przede wszystkim dwiema medynami – ta starsza, Fas-al-Bali liczy sobie przeszło 1100 lat, ta nowa Fas-al Dżdidpowstała „dopiero” w XIIIw. Obydwie otoczone dokładnie solidnymi murami, które kiedyś wyznaczały granice miasta.

Fas al-Bali
Widok na medynę

Fas-al-Bali to żywy skansen i doskonałe miejsce na docenienie arabskiej architektury. W obrębie tej „najbardziej skomplikowanej mili kwadratowej na świecie” jak gdzieś przeczytałem o tym miejscu mieszka 200-250 tyś. ludzi więc więcej niż w całym Rzeszowie. Ulice medyn, pośród rzędów straganów i warsztatów kryją wejścia do wyjątkowych obiektów. Prosto z dusznej od zapachu mięsa i wszelakich przypraw arterii polecam wejść do jednej z wypełnionych kontemplacyjną atmosferą XIII wiecznej medresy (medresa to szkoła koraniczna). Perfekcyjne rzeźbienia w cedrowym drzewie, płaskorzeźby, motywy florystyczne czy koraniczne cytaty nie pozostawią obojętnym żadnego laika. Na pierwszy plan wysuwają się tu medresy Bu-Inanijja Al.-Attarin. Idąc dalej jedną z głównych ulic, co jakiś czas zajrzeć można do funduku – miejsca gdzie kiedyś zatrzymywały się karawany. Niczym specjalnym nie imponują, ale pozwalają lepiej uzmysłowić sobie jak funkcjonowało to miejsce setki lat temu. W samym sercu medyny znajduje się meczet Karawijin z IX wieku wraz z biblioteką. Właśnie tu dokładnie przebrany za muzułmanina Patryk podziwiał ten niebanalny zabytek od środka.

Sakralne budowle chowają się w cień przed feską garbarnią. Zorganizowani w cechy rzemieślnicy pracują tu według średniowiecznych metod. Kadzie z barwnikami i amoniakiem, w których zanurza się skóry stoją w tych samych miejscach od wieków. Patrząc na taki relikt zastanawiam się jak zmieniło się tu życie na przestrzeni setek lat – niektórzy odbierają kablówkę przez satelity, ale wielu nie zwraca uwagi na postęp cywilizacyjny. Feska medyna to miejsce gdzie multum rzeczy robi się „po staremu”. Przede wszystkim jeśli chodzi o rzemieślników. Co krok napotykaliśmy jakiś warsztat. Kamieniarz dłutował na płycie słowa z Koranu, szewc kleił kolejną parę tradycyjnych marokańskich babouches, metalurdzy kuli w żelazie, piekarnia sąsiadująca z kafejką internetową od rana dostarczała świeżych, typowych dla tutejszej kuchni okrągłych chlebków. Był też sędziwy maestro wydłubujący z kości drobne rzeczy, mnóstwo krawców, tkaczy, złotników, cukierników nie mogących odpędzić się od os. Wieczorem za to pojawiają się skromne garkuchnie, gdzie spróbować można ślimaków bądź marokańskiej zupy hariry, która ma tyle odmian co serwujących ją kucharzy. Naturalnie są też restauracje nastawione na przyjezdnych, ale co to za przyjemność czekać na różowym tronie 20 minut na kus-kus jeśli można zjeść świeżego kaktusa ze straganu i popić go świeżo wyciśniętym sokiem z baru dla miejscowych.

Nie wspomniałem jeszcze o kolorach! Każda z odwiedzanych przez nas medyn kojarzy się z inną barwą. Tetuan jest biały, Szawan niebieski, Fez naturalny, a Marrakesz…. Właśnie, ten Marrakesz, najbardziej popularne miasto w Maroku

Marrakesz – znajdź drugie takie miejsce!

Marrakesz jest, umówmy się, pomarańczowo-czerwony … a może to jednak pastelowy róż, albo namibijska ochra? Niech znajdzie się jakiś porządny plastyk, który wymyśli dla mnie kilka nowych, ciekawych nazw dla kolory, których nie potrafię określić. Nie to jest tu jednak najważniejsze. Wizytówką tego miejsca jest plac Dżemaa al-Fna, zdecydowanie najbardziej zatłoczone miejsce w Maroku po godzinie 21. To właściwie tylko płyty i przestrzeń. Dookoła nie ma żadnych  historycznych arcydzieł architektonicznych, brak rabatek z roślinnością, palmy czy chociażby fontanny. Jedynie kilkadziesiąt metrów dalej widać sylwetkę potężnego, IX wiecznego minaretu Kutubijja. Wszystko co najbardziej ekscytujące i przyciągające na placu tworzą ludzie. Najprzyjemniej czas spędza się tam wieczorną porą. Jak grzyby po deszczu na sporej części placu wyrastają garkuchnie. Kucharze i „kelnerzy” zachęcają do skorzystania z ich usług. Jedni są bardziej nachalni, inni mają spory dystans. Trochę żal nie spróbować niczego u gościa chwalącego się pokrewieństwem z Makłowiczem. Wiem, że to proste hasło wypowiadane do każdego kogo arab akurat skojarzy z Polakiem, ale pomysłowość i dobry dowcip się ceni. Spróbować można wszystkich pierwszorzędnych przysmaków: hariry, tadżinu, kus-kusu, kozich głów, ślimaków, a także masę innych rzeczy. Wielu z gospodarzy tej sporej jadłodajni przyrządza swoje potrawy na buchającym ogniu, który zaniepokoił by niejednego strażaka. Prędzej czy później, każdy najedzony turysta przejdzie się po placu, żeby sprawdzić skąd wydobywają się te wszystkie różne dźwięki towarzyszące mu przy posiłku. Formowane przez przyjezdnych i miejscowych kółka najczęściej otaczają trubadurów, kilkuosobowe grupy aktorskie przedstawiające jakieś skecze lub scenki, muzyków, niesamowitych tancerzy gnawa, bądź też innych ludzi prezentujących swoje talenty.

zaklinacz węży
Zaklinacz węży na Dżemaa el-Fna

Mimo tego że wszystkie te atrakcje są pewnie bardziej komercyjne niż wynikające z pasji autorów i ich chęci pokazania się, to jest to rozrywka w zupełnie innym stylu. Plac z pewnością był kiedyś miejscem popisów genialnych cyrkowców, co mam udokumentowane na jednej z pocztówek, jego sława nie wzięła się znikąd. Czas jednak leci i pewne rzeczy się zmieniają.

Zmiana wysokości – góry Atlas

Nadszedł czas na danie główne – góry. Około 60 km dzieli Marrakesz od pasma Atlasu Wysokiego, którego perełką jest najwyższy szczyt Afryki Północnej. Krętą, wąską drogą, jak większość pretendentów do zdobycia Toubkala, dojechaliśmy do miejscowości Imlil (1800m n.p.m.). Zalecany jest tu pierwszy aklimatyzacyjny nocleg, jesteśmy jednak charakterami nie przepadającymi za tłokiem w górach więc odpuściliśmy sobie szukanie hotelu i od razu wyruszyliśmy w stronę schroniska. Przebycie trasy do Refuge de Toubkal (3207m n.p.m.) miało zająć 5 godzin więc planowaliśmy zajść na niedługo po zmierzchu. Wszystko trochę się przeciągnęło i namiot obok schroniska rozbiliśmy dopiero po 24. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Gwiazdy w górach to zupełnie inna rzecz niż gwiazdy w mieście. Klimat schroniska nie odbiegał bardzo od tych polskich. W głównym pomieszczeniu-salonie toczyły się międzynarodowe dyskusje, kuchnia do dyspozycji wszystkich, każdy przewodnik służył radą. Przewodnicy górscy – to ciekawy temat. Gdy wyjeżdżaliśmy w góry sugerowano nam, aby wesprzeć się pomocą jednego z nich. Z oczywistych względów nie potraktowaliśmy tej sugestii na poważnie. Przewodnik w górach zabiera połowę przyjemności ze wspinaczki. Zdziwiliśmy się bardzo, gdy okazało się, że ogromna ilość ludzi korzysta z usług miejscowych górali. Praktycznie co trzecia ekipa ma ze sobą prowadzącą siebie jak i jednego lub dwa osły obłożone bagażem.

Jebel Toubkal
góry Atlas

Co do ataków na szczyt, większość osób robi to z samego rana. Aby uniknąć zbędnego tłoku poczekaliśmy aż wszyscy wejdą i zejdą. Dzięki temu mieliśmy nie bagatelną przyjemność wchodzić samemu, na szczycie rezydować tylko we dwóch i wracać do schroniska bez żadnego towarzystwa. Nasza trasa dosyć oryginalnie prowadziła na przełaj. Udało się zabłądzić przez co dołożyliśmy ze dwie godziny. Wychodząc ze schroniska, nie wiem, chyba pod wpływem gorączki podjęliśmy decyzję, że nie bierzemy ze sobą mapy. Zmęczenie „nabyte” na dodatkowym odcinku wyssało z nas siły przeznaczone na celebrowanie zdobycia szczytu i przełożyło się na to, że pierwszą czynnością po wdreptaniu na wierzchołek była … drzemka. Mimo wszystko, ta akcja daje mi najwięcej satysfakcji. Choć góra nie jest trudna technicznie i warunki pogodowe mieliśmy co najmniej dobre to stanęliśmy w najwyższym punkcie Afryki Północnej, tak jak to sobie wymyśliliśmy. Za rok spróbujemy podwyższyć poprzeczkę o kolejne 1000 metrów. Przy okazji znów miło było zobaczyć śnieg w środku lata, który szczególnie ekscytuje robiących sobie z nim zdjęcia marokańczyków.

Tęcza na wyciągnięcie ręki – Wodospady Ouzoud

Świetnie spędziliśmy czas w górach i nabraliśmy ochoty na spędzenie jeszcze kilku dni w naturalnym środowisku. Wybraliśmy znajdujący się „nie po drodze” wodospad Ouzoud (120m wys), drugi pod względem wysokości w całej Afryce! Nigdy nie widziałem wodospadu z prawdziwego zdarzenia. Ten pierwszy raz jest zawsze najbardziej ekscytujący. Gdy byłeś już w Brukseli, Wenecji czy Krakowie to przykładowo lwowskie kamienice nie zrobią na Tobie specjalnego wrażenia. O ile nie jesteś fanatykiem architektury. Mam nadzieję, że czujesz o co chodzi. Tak właśnie było w Ouzoud. Wodospad dłuższy niż dystans, który Usain Bolt przebiega w 9.58s, przyciąga przede wszystkim marokańskich kuracjuszy, a także … małpy. Klika stad makaków ma za swoje terytorium obszar rozciągający się dookoła niego. Oglądając małpy w ZOO nie raz zastanawiałem się jak wygląda ich zachowanie w naturalnym środowisku. Przyjemnie było się o tym przekonać.

wodospad ouzoud
Makak

W cały ten obszar rodem z przygód Indiana Jones wkomponowana jest turystyczna infrastruktura. Większość terenu zajmują pola namiotowe, oferujące także możliwość noclegu w berberyjskim namiocie czy w bambusowej altance. Na niejednym campingu co wieczór odbywają się skromne imprezy z muzyką gnawa i jak wszędzie tradycyjnym marokańskim jedzeniem. Chcący poczuć moc wodospadu intensywniej mogą za parę groszy wsiąść na prowizoryczną łódkę i podpłynąć bliżej strumienia lub wejść na skałę, z której spada woda. Prąd nie jest silny i głębokość niewielka. Nie ma żadnych barierek, każdy robi to na własną odpowiedzialność. Podoba mi się to. Wszystko wygląda naturalnie, a ludzi przed wypadkami chroni ich rozum. Przy ładnej pogodzie pomiędzy skałami osłaniającymi wodospad tworzą się tęcze co buduje bajkową atmosferę. Wszyscy marzyciele, którzy za dzieciaka próbowali dojść do tęczy tu mają okazje być bardzo blisko zrealizowania swojej młodocianej fantazji. Wszystko nie kończy się jednak na wodospadzie. Wraz z biegiem rzeki pojawiają się kolejne, mniejsze kaskady, naturalne baseny oraz wyrzeźbione skałki, z których doskonale skacze się do wody. Campingowi przewodnicy oferują także wycieczki. Można zobaczyć jaskinie wyrzeźbioną przez nurt, udać się do źródeł rzeki tworzącej wodospad, lub odwiedzić wioskę zwaną Mexican Village, zawdzięczającą swą nazwę dużym okrągłym kapeluszom noszonym przez jej mieszkańców. Ouzud jest doskonałym miejscem do odpoczynku, nie wyobrażam sobie czuć się tam źle. Wygonił nas stamtąd nasz jedyny oponent – upływający czas.

Casablanca – art deco w cieniu wielkiej świątyni

Czytałem nie jednokrotnie w przewodnikach, forach, folderach turystycznych, że być w Maroku i nie zobaczyć Casablanki to wstyd. Nie mieliśmy tej metropolii specjalnie w planach, ale skoro już nadarzyła się okazja by zajrzeć do Białego Miasta, to właściwie dlaczego nie? W mieście nie ma zabytków światowej sławy, a mimo wszystko trudno znaleść kogoś, komu przynajmniej nazwa Casablanca nie obiła się o uszy. Największa metropolia Maghrebu Ad-Dar al-Bajda (gdyż tak w arabskim języku brzmi nazwa tego miasta) nie ma tak świetlanej przeszłości jak Fez czy chociażby Marrakesz. Przemysłowa stolica Maroka zamieszkiwana dziś przez niespełna 4 mln ludzi jeszcze na początku XIX w liczyła około tysiąca mieszkańców. To, co dziś cieszy oczy wszystkich fanów sztuki, którzy odwiedzają popularną Casę zostało stworzone przez francuzów w pierwszej połowie XX w. Kina, budynki starych hoteli, poczty wzniesione przez architektów znad Loary w stylu art deco w większości jeszcze przed wojną czynią to miasto inne od tych, które oglądaliśmy wcześniej. W Casablance życie w ogóle nie jest skupione wokół medyny, która jest tutaj malutka jak na tak olbrzymie miasto. To wielka metropolia, pozwolę sobie ją nawet nazwać arabskim Nowym Jorkiem. Siedziby mają tutaj banki, znane firmy, gości przyjmują nowobogackie hotele, na ulicach nie brakuje samochodów drogich marek i wszędobylskich taksówek. Jest zdecydowanie bardziej „międzynarodowo” niż w środkowej części kraju. Przeciętny turysta powiedziałby myślę, że Casablanca dojrzewa do europejskiego poziomu. Nawet sposób handlu jest nieco inny. W wielu sklepach z pamiątkami powywieszane są ceny, a suk w medynie przypominają polskie bazary: przede wszystkim podróbki ubrań znanych firm, kopie płyt CD popularnych na świecie artystów.

hassan II mosque
Meczet Hassana II

W moim marokańskim Nowym Jorku jest jednak coś, co dosłownie powala na kolana i być może nie jeden czytelnik zatrzymał się na zdaniu, w którym napisałem, że nie ma tu światowej sławy zabytków. Chodzi oczywiście o monumentalny, trzeci największy na świecie meczet, meczet Hassana II. Budowana przez 7 lat świątynia, ukończona została w 1993 i nie klasyfikuje jej jako zabytek. Wzniesiona na sztucznej wyspie, olbrzymia konstrukcja może pomieścić 25 tysięcy wiernych. Nie ma chyba metra kwadratowego ściany, sufitu, czy podłogi, który nie byłby ozdobiony. Jej minaret liczący 210 m jest najwyższą sakralną budowlą na świecie. Meczet Hassana II wydaje mi się być także jedyną budowlą sakralną cabrio na świecie – ma odsuwany dach. Jest tu więc sporo rzeczy, jakich nie zobaczy się nigdzie indziej. Z meczetem sąsiaduje … plaża. Wystarczy przejść 200 metrów, aby po modlitwie móc się cieszyć kąpielą w Oceanie. Opis stosunku ilości młodzieży przebywającej nad wodą, do tej w meczecie nie wymaga kolejnego akapitu. Swoją drogą ciekaw jestem czy muzułmanie też mają jakąś społeczność takich muzułmańskich moherowych beretów.

A tak bardziej na poważnie ta świątynia to jedyna perła tego miasta. Jeśli być w Maroku i nie zobaczyć Casablanki to wstyd, to być w Casablance i nie zobaczyć meczetu Hassana II to podróżniczy wandalizm.

Tanger – „interstrefa” dzisiaj

Kolejnym już pociągiem z rozregulowaną klimatyzacją dotarliśmy do ostatniego miasta, które mieliśmy zobaczyć w tym zaskakującym mnie co krok kraju. Miasto nazywa się Tanger i tu gdzie my kończymy, większość turystów zaczyna swoją przygodę z Marokiem. A przyjeżdża ich na pierwszy rzut oka sporo. Tylko tutaj musieliśmy obejść z 7-8 hoteli, aby znaleźć miejsce do spania. Po co tak właściwie odwiedzić Tanger, jeśli nie z przymusu? Miasto jest ciekawe ze względu na swoje położenie i wiele rzeczy zawdzięcza właśnie temu, że leży na granicy Afryki i Europy. To główny powód kosmopolitycznego charakteru tego miejsca. Tanger, od podziału Maroka między Francję, a Hiszpanię został oddany pod nadzór europejskich mocarstw. To powód drugi. Łatwo domyślić się, że Tanger nie stał się ostoją prawa i z czasem zaczęli ciągnąc do niego przeróżni uchodźcy i złoczyńcy. Pomimo tego miasto wzbogaciło się sowicie na handlu morskim co sprowadziło tu ówczesnych inwestorów i majętnych przedsiębiorców. Za bogatymi przybyły prostytutki, natomiast w poszukiwaniu weny w tak różnorakim towarzystwie pojawili się artyści. Cała ta międzynarodowa szajka o zupełnie odmiennym statusie społecznym egzystowała wspólnie w prawdziwie liberalnym mieście, które tak na dobrą sprawę było arabskie. Doskonale pasuje do niego zwrot „interstefa” przypisana mu przez amerykańskiego pisarza Williama Borroughsa. Gdy zastanawiam się nad tym jak musiało wyglądać tam życie nie umiem powstrzymać się od uśmiechu. To wszystko działo się oczywiście dziesiątki lat temu, ale… czujecie atmosferę? Nie? Już tłumacze, gdzie należy szukać jej dzisiaj. Nowa dzielnica miasta obrośnięta jest kawiarniami i restauracjami, gdzie niegdyś przesiadywali artyści i gdzie knuli opryszkowie. Najbardziej popularna jest Grand Cafe de Paris – miejsce spotkań szpiegów podczas II wojny światowej. W tej części miasta swojsko poczuć mogą poczuć się obywatele większości europejskich państw. Praktycznie wzdłuż każdej większej ulicy w centrum porozrzucane są lokale o nazwach nawiązujących do stolic krajów Starego Kontynentu. Cafe London, Berlin, Oslo Restaurant… nie doszukaliśmy się niestety żadnego Varsovia Baru. W mieście znajduje się też sporo klubów, wielu europejczyków przyjeżdża tutaj na kilkudniowe wycieczki, aby zaliczyć imprezę w Afryce. Rozrywkowy charakter miasta nie ostał się jedynie w nocnych lokalach czy nietanich restauracjach. Udało się nam trafić na dwa muzyczne festiwale odbywające się jednocześnie. Jedna impreza odbywała się w przy ruchliwej arterii w centrum, druga rozpoczęła się wieczorem na olbrzymiej tangerskiej plaży. Z ręką na sercu: to największa plaża jaką w życiu widziałem. Dojście od deptaka do morza zajmuje kilka minut. Wcale nie chce się szybko kończyć takiego spaceru, gdy towarzyszą mu dźwięki energetyzującej afrykańskiej muzyki serwowanej live. Zaskoczyła mnie ilość ludzi uczestnicząca w tych eventach. Była porównywalna z liczbą studentów na dobrych juwenaliach. Różnica tkwi w tym, że tutaj mało kto pije, a tematu polskich imprez masowych bez alkoholu nie podjął by się pewnie nawet Sapkowski. Bezalkoholowych imprezowiczów pojawiało się coraz więcej. Tanger nie śpi do późnych godzin nocnych, zapewne jak za swoich najlepszych czasów. Zastanawiam się czy kawiarenki w ogóle są zamykane. Te, które czynne były gdy wracałem nocą do hotelu obsługiwały klientów już od wczesnych godzin porannych.

owoce morza
Targ rybny w Tangerze

Tanger, jak na spore arabskie miasto przystało, ma także medynę. Pośród tradycyjnego gąszczu sklepików i jadłodajni warto odnaleźć drogę do kazby, która króluje nad całym miastem. Stare miasto zasługuje jednak na wzmiankę z innego powodu. W czasach „interstrefy” właśnie tutaj (sic!) znajdowało się epicentrum rozpusty i hulanek. W domach publicznych stałym bywalcem był nie jeden artysta, a co jeden bardziej liberalny korzystał tam także z usług młodych chłopców. Po tych miejscach, wraz z odzyskaniem przez Maroko niepodległości zostały już tylko opowieści. Zamiast szukać jakiegoś zapomnianego miejsca płatnych uciech proponuje przejść się po targu rybnym, gdzie sprzedawcy w amoku konwersują ceny świeżutkich ryb.  Jeśli jestem już przy kupowaniu to dodam, że od nazwy miasta pochodzi słowo tangerine oznaczające mandarynkę. Pierwsze skrzynki tych cytrusów trafiły do Europy właśnie stąd.Pomyślcie o tym czasem kupując klementynki.

Dobrze było spędzić ostatnią noc podróży po Maroko w tak luźnym miejscu. Tworzy dobrą aurę do podsumowania sobie całej podróży w głowie. Rano taksówką dotarliśmy do Ceuty i na jakiś czas pożegnaliśmy Maghreb wracając promem do Ceuty. Wróciliśmy taksówką… cóż nietypowy sposób pokonywania kolejnych kilometrów! Teraz wreszcie powałkuję temat, o którym po trochu myślałem pisząc każdy z akapitów.

Transport

Jeśli ktoś myśli, że w Maroku pójdzie na dworzec autobusowy i ot tak kupi sobie bilet-jest w błędzie. To samo tyczy się międzymiastowej taksówki. OK, pociągi działają według normalnych zasad, a niektórych dworców Polska może pozazdrościć. Ale po kolei. Pierwszy kontakt z marokańskim PKSem mieliśmy w Tetuanie. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Wchodzę na dworzec z nadzeją, że ktoś pomyślał o turystach i znajdę angielską informację. Nic z tego. Nie ma nawet łacińskich liter, wszystko napisane popularnymi „haczykami”. Przy jednych okienkach tłum ludzi dobijających się do kasjera, w innych sprzedawcy biletów dłubią w nosie. Byłem zdezorientowany jakbym się miał opiekować czwórką niemowlaków. Ktoś zaproponował pomoc. Ja wyczulony przewodnikowymi ostrzeżeniami zachowuje się niczym angielski lord i niegrzecznie go ignoruje. Niby plakietkę ma, że jest pracownikiem dworca, ale przecież nigdy nic nie wiadomo. Włączyło mi się myślenie wyczulonej na wszystko babci, chwilowo zapomniałem o otwartości jaka powinna zawsze towarzyszyć podczas podróżowania. Bezradność i wielokrotne odsyłanie nas od okienka do okienka zmusiła nas do kontaktu z arabskim pomocnikiem. Dobrze rozmawiający po angielsku kolega wytłumaczył, o której, jaki autobus i za ile (jechaliśmy do Szafszawan). 3 godziny do następnego wolnego autobusu to zdecydowanie za długo. Z pomocą pomocnika znajdujemy właściwą taksówkę. Stop. Taksówki w Maroku dzielą się na te kursujące po mieście (Petit Taxi tj. Małe Taxi) i międzymiastowe (Grand Taxi tj. Duże taxi). Mają osobne postoje, a kierowcy dużych kursują tylko między wyznaczonymi miastami. Każdy postój dużych taksówek ma swojego „kierownika”, który pomaga znaleźć turyście czy też nawet tubylcowi właściwą taksówkę, za co żąda przy odjeździe skromnej prowizji. Instytucja ta istnieje między innymi dlatego, aby obniżyć stopę bezrobocia. Wielu powie, że to naciąganie ludzi na pieniądze, że przecież możemy znaleźć sobie sami taksówkę, ale tak między nami… podarowanie komuś za pomoc 3 złotych nie czyści przerażająco portfela. Oczywiście jeśli nie jest gburem, bo i tacy się zdarzają. Przedmiotowe podejście wielu arabów do turystów to już jednak temat na osobny tekst.  Wracając do moich ulubionych taksówek. Aby kurs międzymiastowy doszedł do skutku musi uzbierać się 6 osób. 2 osoby na fotelu pasażera i 4 z przodu. Frajda. Między pożeraniem kilometrów w nowym Audi na niemieckiej autostradzie, a toczeniem się po krętych drogach Atlasu w ścisku z nieznanymi mi ludźmi i akompaniamencie arabskich wprawiających w trans dźwięków płynących z ledwo działającego radia wybieram to drugie. Ceny kursów są umownie stałe, ale zagranicznym często „oferowane” są trochę zawyżone stawki. O cenie autobusu dowiedzieć możemy się tylko od sprzedającego bilety, który wypisuje je na kolanie. W Szafszawan nie było nawet poczekalni czy budynku dworca. Sprzedający bilety, gdy tylko nas zobaczył, krzyczał z zapytaniem dokąd chcemy jechać. A ty stoisz i się zastanawiasz „kupować ten bilet?”. Kto wie czy ten autobus faktycznie przyjedzie. Ale mimo wszelkich obaw, przesiadkach w niesamowicie nietypowych miejsach i braku zaufania do niektórych bileterów nigdy nie zdarzyło się abyśmy nie dojechali. Oszukanym można zostać jedynie na cenie za bagaż. Kilka razy zdarzyło się przepłacić, ale tak na prawdę to nie dowiedziałem się ile faktycznie powinienem za to zapłacić i czy w ogóle. Pozostanie to dla mnie jedną z marokańskich tajemnic. Zabrzmiało jak zakończenie taniego kryminału. Wiele takich scenariuszy mogłoby powstać na podstawie tego, co opisane jest w następnym akapicie.

Targowanie

W przewodnikach dotyczących Maroka i innych krajów arabskich wiele miejsca poświęca się targowaniu. Kultura sprzedaży przedstawia się zupełnie inaczej niż w naszej części globu. Skupię się przede wszystkim na relacji turysta-sprzedawca, gdyż to mój punkt widzenia. Wszelkie wymiany handlowe pomiędzy tubylcami nie są tak krewkie. Pierwsze co rzuca się w oczy to brak cen oraz znikoma ilość super czy hipermarketów, które są jedynie w większych miastach na dodatek gdzieś na obrzeżach. Właściwie turyści są skazani na kupowanie w małych sklepikach bądź na targach. Nie zdarzyło mi się abym musiał zbijać cenę produktów spożywczych. Te z reguły są warte tyle, ile zażyczy sobie sprzedawca. Odwrotnie wygląda kupowanie suvenirów, ani razu nie przytrafiło się aby podana cena rzeczywiście odzwierciedla wartość przedmiotu. Najważniejszą rzeczą w procesie targowania się jest podanie własnej ceny wyjściowej, oczywiście musi być ona x razy niższa od tej jaką życzy sobie sprzedawca. Warto się nad tym chwilę zastanowić, gdyż pod żadnym pozorem, gdy już nakłonimy sprzedającego na naszą cenę, nie wolno próbować zejść jeszcze niżej. Można narazić się w ten sposób na wyzwiska, wywołać frustrację, a już na pewno nie uda się kupić wypatrzonego przedmiotu. Warto swoje stanowisko argumentować wyszukując jakieś rzekome wady przedmiotu, propozycją kupna większej ilości sztuk za mniej lub odgrywać teatralne sceny opuszczania sklepu. Marokańczycy doskonale znają wartość sprzedawanych przez siebie przedmiotów i jeśli wiedzą, że podana przez turystę cena jest choć trochę korzystna to właściwie co by się nie działo – przystaną na nią. Na temat tego systemu słyszałem bardzo wiele negatywnych opinii. Że to oszustwo, że naciągacze itp. Jednak tutaj po prostu tak jest, takie wykształciły się zwyczaje i kropka. Jeśli komuś się to nie podoba to wcale nie musi tu nic kupować, a nawet tu przyjeżdżać. Jak zawsze sprawdza się podróżnicze przysłowie: co kraj to obyczaj.Niestety objawiają się stoiska, gdzie powywieszane są ceny. Przykładowo w Casablance takich sklepów dla turystów jest stosunkowo dużo. Wiele wskazuje na to, że w tą stronę będą zmierzać marokańscy sprzedawcy, którzy będą się chcieli podpasować pod przyjezdnych. Szkoda, bo całe targowanie to takie małe wyzwanie i oczywiście rzecz, jakiej nie można wszędzie doświadczyć.

 

Mapa podrózy 2010
Trasa podróży

 

Patryk:

Dla mnie podróż do Maroka była czymś niesamowitym. Zdecydowanie to co tam przeżyliśmy przerosło moje oczekiwania. Wiedziałem, że znajdziemy tam wspaniałe krajobrazy, zabytki, mnogość kolorów i ludzi z różnych stron świata – tak jak pokazuje się to na folderach z biur podróży. Ale nie spodziewałem się, że kultura Marokańczyków aż tak różni się od naszej. Nadal z tęsknotą wspominam spacery po Tetuanie, Fezie czy Marakeszu nieatakowany przez setki reklam, promocji, wyprzedaży, ulotek, tych samych wielkich marek niezależnie, czy byłem w Polsce, Anglii czy Hiszpanii. Jakie wspaniałe uczucie kiedy nie dostaniesz w „sklepie” czekolady Milka, czy Kinder niespodzianki i nie możesz w razie „draki” pójść do super, czy hipermarketu bo tam ich po prostu nie ma!

Nasza podróż po Maroko była, z czego bardzo się cieszę, totalnie wyidealizowana. Bo nasze wszystkie działania zawierały się w obrębie medyn (starych miast), tam spaliśmy, jedliśmy, spacerowaliśmy, rozmawialiśmy z ludźmi – kompletnie pomijaliśmy nowe dzielnice zbudowane w czasach francuskiej okupacji. Dlatego dla mnie marokańskie miasta to medyny – najbardziej skomplikowane układy urbanistyczne świata, z ich wąskimi uliczkami, setkami straganów i stoisk gdzie jedynym środkiem transportu są osły. Kiedy w tej chwili spoglądam przez okno i widzę swój ogród, szerokie ulice, pętle autobusową (a mieszkam w 180 tys. Rzeszowie) w głowie mi się nie mieści jak w medynie Fezu może mieszkać 250 tys. ludzi (na jednej mili kwadratowej!).

Jedzenie – to rzecz, która dała mi chyba najwięcej radości podczas naszej podróży. Mój charakter odkrywcy, poznawania nowych zapachów i smaków został w Maroko zaspokojony w 100 %. Ich kuchnia różni się od naszej CAŁKOWICIE. A my próbowaliśmy wszystkiego czego się dało (czasem z różnymi skutkami). I oczywiście te soki! Kiedy za złotówkę możesz dostać na ulicy sok dopiero co wyciśnięty z pomarańczy, czy koktajl z bananów to świat od razu wydaje ci się piękniejszy.

Handel – kolejny aspekt marokańskiej kultury, który szczególnie przypadł mi do gustu. Będąc w Maroko uwielbiałem wędrować wzdłuż niezliczonych straganów, oglądać egzotyczne towary, wspaniałe etniczne instrumenty, przyprawy, ubrania i targować się. Oj tak, targowanie się to niesamowicie przyjemna rzecz.

Czy coś zaskoczyło mnie negatywnie? Raczej nie. Byłem przygotowany na agresywnych handlarzy i upierdliwych „fałszywych przewodników”, kompletny chaos na dworcach autobusowych i kombinowanie na każdym kroku jak tu oszukać młodych Europejczyków. Nawet kiedy ukradli mi portfel nie byłem zbytnio zaskoczony, dlatego miałem tam tylko parę groszy.

Uwielbiam ten kraj. Kiedyś na pewno tam wrócę. Salam!