Na północ stąd, tylko trochę dalej

sodycze
Autor:

Sylwia Uzdejczyk

Miejsce:

Sztokholm

Czas podróży:

28-30.11.13

Liczba przebytych Km:

1900

Ilość osób:

2

Koszy na osobę w zł:

500 zł

Środki transportu:

samolot, buty, kolej, inne

Jak tanio się przemieszczać? Jak tanio dotrzeć?

Do Szwecji najlepiej wybrać się oczywiście latem, kiedy słońce przygrzewa, łąki pełne są kwiatów, a drzewa liści. Najlepiej, gdy ma się też worek pieniędzy. Dla tych jednak, którzy, jak my, są polskimi studentami i nie posiadają porządnego worka, a cóż dopiero gotówki, polecam odwiedzić ojczyznę Celsjusza właśnie jesienią, kiedy stopnie badacza aż tak drastycznie jeszcze nie spadły, ale ceny samolotów i owszem.
Znalazłyśmy tani lot Warszawa-Skavsta (lotnisko położone 100 km na zachód od Sztokholmu) za jedyne 19 zł za bilet, więc grzechem byłoby nie skorzystać. Z lotniska kursują autobusy Flygbussarna, za pomocą których dotarłyśmy do pierwszego miasta – Linkoping.
Bardzo zależało nam, żeby zaoszczędzić na transporcie, niestety, nasze podróżnicze nieogarnięcie (to była nasza pierwsza samodzielna wycieczka) spowodowało, że do Wenecji Północy, jak mówi się o stolicy, pojechałyśmy koleją.
Cóż, może i wydałyśmy naszą krwawicę na pociąg (300 SEK/150PLN – linie lokalne), ale dzięki temu miałyśmy najlepszą okazję zobaczyć piękny krajobraz Szwecji, gdy dosłownie co kilka minut mijałyśmy mniejsze bądź większe jeziorka, ciemne lasy, małe pagórki i, typowe dla tego kraju, nieliczne drewniane domki.
Każdemu rozsądniejszemu turyście jednak radzę wybrać autobusy (firma Flygbussarna najczęściej nie posiada w pojazdach terminali płatniczych, musisz zarezerwować bilet on-line). Poza tym, jak zasięgnęłyśmy języka, jazda stopem nie jest zbytnio popularna (w dodatku jesteśmy mięczakami i niskie temperatury nas odstraszyły – około 5 C).
W stolicy oczywiście warto kupić Kartę Sztokholmską jeśli ma się zamiar zwiedzać liczne muzea; w przypadku braku czasu lub chęci – zwykły bilet 24-godzinny. Promy wliczane są do transportu miejskiego. Różnych biletów i towarzyszących im zniżek oraz kombinacji jest mnóstwo. Nie ma biletów studenckich, zniżki są zależne do wieku kupującego. 🙂

Noclegi (Gdzie tanio spać?)

Szukając noclegu w Linkoping należy kierować się jedną zasadą, a mianowicie: zignorować „schronisko” Vendrarhem. Po pierwsze dlatego, że jest sprytnie ukryte (maleńki szyld w oknie kompletnie niewidoczny pod wielkim, neonowym napisem „Cityhotell”). Po drugie, cena za nocleg w hotelu to 500 koron, w przyległym do niego quasi-schronisku 400, a w Ostergyllen, małym hoteliku na wprost dworca – 300.
Szwedzi to przemili ludzie, dlatego w ogóle nas nie zdziwiło, że udało nam się znaleźć hosta na couchsurfingu. Wieczór spędziłyśmy więc u Rasmusa, który nas przenocował razem z dwoma Czeszkami i chłopakiem z Indii, uraczył kolacją i urządził imprezę.

Co warto zjeść? (Regionalne potrawy i ich ceny)

Szwecja to jeden z najdroższych i najbardziej rozwiniętych krajów świata. Chociaż byłyśmy przygotowane ujrzeć wysoki standard życia, ceny i tak zwaliły nas z nóg. Rozczarowujące jest, że nie miałyśmy sposobności spróbować lokalnych potraw (pękło mi z tego powodu serce nieuleczalnie, gdyż należę do grupy ludzi wręcz żarłocznych). Nie trudno jednak zgadnąć, że jest to kuchnia, której podstawą są ryby i owoce morza, skoro jezior i wody słonej wokół nie brakuje. Drażnił mnie tylko dziwny, tak słodki, że aż mdły zapach tych dań, dolatujący zewsząd w centrach handlowych, na dworcach i lotnisku. Ryba na słodko?!
Na szczęście jeszcze bardziej niż żarłokiem, jestem łasuchem, więc nie mogłam sobie odmówić słodyczy, szczególnie, że są dobrem narodowym tego skandynawskiego kraju. Za-równo w Linkoping jak i w Sztokholmie kolorowych sklepów z łakociami mijałyśmy bez liku, a ponieważ człowiek jest „słaby i grzeszny” – w końcu musiał ulec…

Cenne wskazówki dotyczące odwiedzanego miejsca:

Inne cenne wskazówki?

  • należy się ciepło ubrać (Szwedzi mają wyższą tolerancję na zimno i kiedy my udawałyśmy trzęsące się osiki, ludzie mijali nas bez czapek i szalików!);
  • trzeba stale mieć wyciągnięty, gotowy do strzału aparat na wypadek pojawienia się wikingów, trolli bądź Joanny Liszowskiej;
  • jak napisano w moim przewodniku: „Aby zaoszczędzić, jedz śniadania.” (w hotelu miałyśmy wliczone śniadanie, więc można się było najeść za cały dzień, poza tym wiele restauracji oferuje tańsze zestawy śniadaniowe lub szwedzkie stoły);
  • wszyscy mówią świetnie po angielsku, więc łatwo można się porozumieć;
  • dlatego, aby podwyższyć poprzeczkę, należy poprosić przechodnia o wymówienie: „I cóż, że ze Szwecji?”;
  • rozsądnie jest zostawić bagaż w dworcowej skrytce, aby nie utrudniał zwiedzania;
  • warto przejść się na stadion sportowy w Linkoping, postawiony w miejscu, gdzie w 1598 roku Zygmunt III Waza utracił prawo do korony, przegrywając w bitwie z wujem, przyszłym Karolem IX Wazą. Ach, jaka szkoda, a moglibyśmy jeździć co sezon polować na łosie… Ech…
  • dobrze jest również nauczyć się czytać mapę. To taka „auto-rada”, gdyż my nieustannie się gubiłyśmy w gąszczu uliczek w obu miastach. Wstyd dodawać, ale Linkoping, choć piąte największe miasto w kraju, jest mniej więcej takie jak Rzeszów, jedynie ma o połowę mniej mieszkańców. 😉
  • nie wolno wchodzić do pałacu królewskiego! Spanikowany odźwierny złapał nas za uszy…