Barcelona na luzie

Barcelona oceanarium

Miejsce: Hiszpania, Barcelona

Czas: 10-14 kwietnia 2011

Skład: 2

Liczba przebytych kilometrów: 5202 km

Sposób transportu: samolot, pieszo, pociąg i autobus

Noclegi: couchsurfing –  2 noce, hostel – 1 noc

Wskazówki:

  • lepiej jechać z plecakiem podróżnym niż z walizką na kółkach , gdyż bardzo łatwo je stopić(kółka) na spacerze po autostradzie (szczególnie będąc zatwardziałym przeciwnikiem wygodnej podróży autobusem z lotniska w Gironie do Barcelony)
  • warto targować się o ceny w hostelach, spadają przeważnie automatycznie po pierwszym podchwyceniu tematu
  • zakupy spożywcze najlepiej robić w Carrefourze
  • na krótki 3-5-dniowy wypad najprędzej zaopatrzyć się w bilet 10-przejazdowy T-10
  • podobno nie warto zwiedzać wnętrza domu Gaudiego (Casa Batllo), wiemy to od naszych couchsurferowych Hiszpanów
  • dobrze jest oczywiście znać język hiszpański i używać go mimo że nie zawsze zrozumiemy, co nam odpowiedzą
  • z całą pewnością warto odwiedzić tamtejsze oceanarium L’aquarium BARCELONA
  • najlepszym punktem widokowym na panoramę Barcelony, naszym zdaniem, jest wzgórze Tibidabo

Koszt:

  • Bilety lotnicze: 220 zł/ 1 osoba
  • Pociąg z Girony do Barcelony: 6,40 € / 1 osoba
  • Autobus z Barcelony do Girony: 12 € / 1 osoba
  • Nocleg w hostelu: 20 € / 1 osoba
  • Jedzenie w ciągu całego pobytu: około 20 € / 1 osoba
  • Bilet wstępu do L’aquarium : 14,30 € / 1 osoba
  • Bilet T-10 : 7,85 € / 1 osoba
  • Bilety do miejsca zamieszkania naszej couchsurferki( Barbera de Valles) : 5,20€/1 osoba
  • Łączny koszt : około 600 zł / 1 osoba

Opis: 
Cała moja przygoda z Barceloną rozpoczęła się od marzeń o wyjeździe do Hiszpanii, którą zawsze chciałam odwiedzić, być może dlatego, że języka hiszpańskiego uczyłam się już od gimnazjum. W gimnazjum też poznałam dziewczyny, które zupełnie przypadkowo spotkałyśmy z moją towarzyszką podróży na lotnisku , jak się okazało – leciały dokładnie tym samym samolotem, co my. W samolocie usiadłyśmy, co prawda daleko od siebie, ale integracja rozpoczęła się już po opuszczeniu pokładu.
Zdecydowanie wspólną cechą całej naszej czwórki było skąpstwo i niepohamowana pogoń za przygodą. Za wielką desperację i wypięcie się na ichniejsze autobusy chętne do przetransportowania nas do Barcelony, zapłaciłyśmy pieszą wycieczką na stację kolejową w Gironie. Trasę 16 kilometrów przeszłyśmy w czasie 4 godzin, choć już po trzech moja walizka przestała jechać, bo straciła plastikowe(niestety) kółka. Ale istotnie – bilety na pociąg były niemal o połowę tańsze niż te autobusowe. Niemniej jednak, nadal ciężko ustalić, czy to faktycznie się nam opłacało.
Po pierwszej niezbyt zachęcającej, ale i nie nazbyt zniechęcającej przygodzie na hiszpańskiej autostradzie, postanowiłyśmy nie obrzydzać sobie wymarzonego pobytu początkowymi niepowodzeniami i już na dworcu spisałyśmy miejsca, które chcemy odwiedzić oraz zdecydowałyśmy trzymać się razem – w czwórkę.
Oprócz sztampowych zabytków Barcelony, których byłoby grzechem nie odwiedzić, chciałyśmy zwyczajnie wejść choć na moment w rytm wiecznie niedokończonego miasta. W tajemniczy i niezwykle imponujący klimat Katalonii wciągnęły nas nie tylko długie spacery pełnymi uroku uliczkami, ale i nasi sympatyczni couchsurferzy Isa i jej novio(narzeczony) Álvaro, którzy pierwszego dnia naszego pobytu zabrali nas na wspomniane we wskazówkach wzgórze Tibidabo. Wrażenia wprost nie do opisania, choć muszę przyznać, że Parc Guell(nie wiem, czy mam prawo do takiego porównania) zachwycił mnie równie mocno.
Miło wspominam też wyjście na plażę ostatniej nocy. A to już było bardzo egzotyczne, zważając na warunki pogodowe panujące wówczas w Polsce. Przypominam, że był to kwiecień. Próbowałyśmy wskoczyć do morza, ale chyba przestraszyłyśmy się gwałtownych fal, tak sądzę. Pod nasz kocyk podbijali młodzi wycieczkowicze z Francji, którzy mieli w składzie jednego prawie Polaka. Piszę prawie, bo jak doszliśmy później, Polakiem byli jedynie jego dziadkowie, a on sam po Polsku wymownie milczał.
I tak nam mijał czas, wspólnie spędzone dni poświęcone na zwiedzanie, bieganie, szukanie, oglądanie, kupowanie, zachwycanie się i osobne noce, o których dniami było co opowiadać. Choć nie zawsze szczęście było po naszej stronie i zdarzały się kłótnie i nieporozumienia , z niepowodzeń  wychodziłyśmy cało, a konflikty starałyśmy się szybko zażegnywać. Koniec końców, z samolotu w Jasionce wysiadłyśmy bogatsze o nowe doświadczenia i otwarte na kolejne spontaniczne wypady. Y colorín colorado, este cuento se ha acabado..

Barcelona plaża
Papużki, które z wielką radością karmiłyśmy, jak gołębie na krakowskim rynku
Girona - Barcelona
Drugie zdjęcie przedstawia barcelońskie rozrywki pozytywnych staruszków oraz sędziego ich zabawy.
Zdjęcie z oceanarium z bardzo całuśną rybką.
Wielka gruba ośmiornica, przyssana do szyby. Fotka również z oceanarium.

Monika Nabożny