Nowa Zelandia, czyli na drugi koniec świata i z powrotem

Autor:

Tomasz Skory

Miejsce:

Niemcy – Francja – Malezja – Singapur – Tajlandia – Australia – Nowa Zelandia – Anglia

Czas podróży:

13.09.11 – 16.10.11, czyli 34 niesamowite dni

Ilość pokonanych Km:

50000

Ilość Osób:

5

Noclegi:

15 noclegów w samochodzie, 11 nocy na lotniskach, 4 wizyty w hotelach i 1 na ławce w parku. Do tego dwie noce nam wyparowały podczas przekraczania stref czasowych.

Koszty na osobę zł:

Oj, trochę tego było. Same bilety lotnicze to blisko 4000 zł. Drugim poważnym wydatkiem było wynajęcie auta. Wliczając w to zużytą benzynę będą ze 2000 zł. Na jedzenie, spanie, komunikację miejską, bilety wstępu, pamiątki i inne rozrywki mogliśmy dać łącznie około 1500 zł, więc koszt całej wycieczki kształtował się w okolicach 7500 zł. Drogo? To przypominam, że w sezonie trzeba tyle zapłacić za lot w jedną stronę do Auckland.

Środki transportu:

samochód, samolot, statek, kolej, na piechotę

Wskazówki dotyczące odwiedzonego kraju:
  • Każdy kto był we Francji pewnie już o tym wie, ale warto przypomnieć, że Francuzi raczej krzywo patrzą na anglojęzycznych turystów. Pomocne okazują się nawet proste zwroty, bo Francuz, zapytany po francusku, czy mówi po angielsku, od razu patrzy na nas przychylniej.
  • W Malezji jest gorąco i wilgotno, z naciskiem na to drugie. Nie ma sensu co chwilę zmieniać ubrania, bo będzie mokre po paru minutach. Z kolei w pojazdach komunikacji miejskiej i publicznych budynkach bywa tak zimno, że wchodząc rozgrzanym, można się przeziębić.
  • W Tajlandii fajnie jest być białym, przynajmniej w regionach rzadko odwiedzanych przez turystów. Dla miejscowej ludności to tak niecodzienny widok, że wszyscy chcą zrobić sobie z Tobą zdjęcie, a przypadkowo napotkani ludzie częstują Cię kawą i makaronem.
  • Choć każdy Australijczyk będzie odradzał podróżowanie autostopem, zatrzymanie auta nie przysporzy tam żadnego problemu. Co więcej, hojniejsi kierowcy fundują turystom posiłki lub noclegi.
  • Wybierając się na Wielką Rafę Koralową nie idziemy nurkować na 24 h przez planowanym lotem. Wiąże się to z niebezpieczeństwem związanym z różnicą ciśnień.
  • W Nowej Zelandii pełno jest tzw. rest areas, gdzie można zatrzymać na noc samochód lub rozbić namiot. Wszystkie położone są w malowniczych zakątkach, a spora część z nich jest darmowa.
  • Woda w strumieniach na Wyspie Południowej jest czystsza niż nasza kranówka, więc można zaczerpnąć ją zarówno do mycia, jak i do picia. Uzupełnić zapasy można też na stacjach benzynowych.
  • Drogi w Nowej Zelandii są długie i gładkie (o ile nie zniszczyło ich właśnie jakieś trzęsienie ziemi), a ruch poza miastami bardzo ograniczony. Ale i tak trzeba zachować uwagę. Gdy za oknem przewijają się zapierające dech w piersiach krajobrazy, łatwo jest się zagapić.
  • Z Nową Zelandią w ogóle trzeba uważać. Jest tam tak pięknie, że po powrocie już nic nie będzie wyglądać tak samo. A znajomi, którzy usłyszą gdzie byliśmy, będą nas chcieli oskalpować z zazdrości.
Wskazówki dotyczące obniżenia kosztów podróży:
  • W każdym miejscu warto jest mieć jakichś znajomych, którzy jeśli sami nie są zmotoryzowani, to choć podpowiedzą, jak poruszać się po mieście lub gdzie zjeść, aby nie przepłacić.
  • Gdy podróżuje się głównie samolotami, warto rozważyć sypianie po lotniskach. Robi to mnóstwo osób i naprawdę nie trzeba się krępować, bo w niczym nie przypomina to nocowania wśród bezdomnych na polskich dworcach (no, może troszeczkę). Na niektórych lotniskach, np. w Christchurch, są nawet wyznaczone specjalne strefy dla sennych podróżników. W dodatku lotnisko zwykle oznacza darmową wodę, elektryczność, a czasem nawet wi-fi.
  • Tak tani wypad na drugi koniec globu możliwy był tylko dzięki temu, że niemal na rok przed wyruszeniem w trasę zaczęliśmy polować na promocyjne bilety. Nasza wytrwałość zaowocowała tym, że średnio za każdy z 13 pokonanych odcinków zapłaciliśmy niewiele ponad 300 zł. Były w tym oczywiście odcinki po 1000 zł, ale dla równowagi trafiały się też takie po 20 zł.
  • Wynajęcie samochodu turystycznego, choć zwykle kosztowniejsze niż przemieszczanie się autobusami, może być na dłuższą metę opłacalne. Przynajmniej w sytuacjach, gdy zamierza się objechać cały kraj wzdłuż i wszerz. Camper służył nam w Nowej Zelandii nie tylko za środek transportu, ale też kuchnię, łazienkę i sypialnię razem wzięte.
  • Aby się najeść, trzeba się wpierw nachodzić, bo tanie sklepy rzadko kiedy znajdziemy blisko punktów widokowych. Wysiłek się jednak opłaca. Przykładowo, za butelkę wody kupioną pod operą w Sydney, musielibyśmy zapłacić prawie siedem dolarów. Tymczasem oddalając się od centrum, bez trudu można natknąć się na wolnostojące kraniki z pitną wodą. W Londynie nad Tamizą za pięć funtów dostaniemy najwyżej suchą bułę, ale parę kilometrów dalej, w China Town, za tę kwotę jemy do woli. Przykładów można mnożyć.
Opis:

Dla większości znajomych wieść o tym, że wybieramy się do Nowej Zelandii była czymś tak nieprawdopodobnym, że równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że lecimy na księżyc. Bo w końcu, ile osób może sobie pozwolić na podróż w najdalszy zakątek globu? I to dysponując tak skromnym budżetem? Nam się udało, choć nikt nie twierdzi, że było łatwo.
Przygotowania rozpoczęły się już w listopadzie 2010 roku, co oznacza, że wyjazd planowaliśmy niemal cały rok. Zaczęło się banalnie. Siedzieliśmy na jakimś wykładzie (bośmy studenci, w dodatku geografii) i przeglądając z nudów strony poświęcone taniemu lataniu, znaleźliśmy wyjątkowo tanie połączenie z Paryża do Kuala Lumpur. Jako, że mamy nie po kolei w głowach, długo się nie zastanawialiśmy…
Od tego momentu wielokrotnie zmienialiśmy koncepcję naszej podróży, ostatecznie decydując, że naszym głównym celem będzie Nowa Zelandia. Choć kosztowało nas to wiele wyrzeczeń, ani przez moment nie żałowaliśmy podjętej decyzji, a każdy wydany grosz zwrócił się nam po wielokroć w postaci niezapomnianych wrażeń. Co robiliśmy?
Byliśmy w Petronas Tower, oglądaliśmy Singapur z Marina Bay Sands, uciekaliśmy przed małpami w Batu Caves, jedliśmy duriana, pozowaliśmy Tajom do zdjęć, nurkowaliśmy na rafie, spaliśmy na plaży w Sydney, obróciliśmy całą Great Ocean Road, widzieliśmy Christchurch zniszczone przez trzęsienie ziemi, w strumieniach deszczu wspinaliśmy się pod lodowiec Franza Josepha, widzieliśmy dymiące gejzery i postawiliśmy stopę na niemal każdym skrajnym punkcie obu wysp.
I tylko nie udało nam się zobaczyć chatek w Matamata bo akurat w dniu naszego przybycia do mieściny Jacksonowi zachciało się rozpocząć zdjęcia do „Hobbita”. Ale było warto!