Goood morning Vietnam!

Autor:

Dominika Cenda

Miejsce:

Wietnam/Kambodża

Czas podróży:

1 miesiąc – luty/marzec 2012

Ilość pokonanych Km:

3500

Ilość osób:

4

Noclegi:

Hotele, hostele, czasem w podróży (popularne są tzw. sleeping busy – czyli autobusy-kuszetki, kursujące między wszystkimi większymi miastami). Taniej wybrać normalny autobus, jako, że sleeping busy są przeznaczone głównie dla turystów i ceny też mają nieco europejskie. Wszystko zależy od tego, czy posiada się magiczną umiejętność spania na siedząco – ja moją doprowadziłam do perfekcji.

Koszty na osobę zł:

Ok. 2000zł za lot z Warszawy do Hanoi + ok. 2500zł za miesiąc podróży (ale, przyznaje, gdyby nie pozwalanie sobie od czasu do czasu na odrobinę luksusu, wykwintniejszy obiad czy szybszy transport, ta kwota mogłaby być niższa) Zawierają się w tym m.in.: wizy do Wietnamu i Kambodży, przelot z Sajgonu do Hanoi, noclegi, jedzenie, wejściówki do rozmaitych atrakcji, autobusy, pociągi, taksówki, tuk-tuki i wszystkie inne środki transportu, które pozwoliły nam pokonać te 3,5 tys. km.

Środki transportu:

samochod, statek, samolot, buty, kolej, inne

Wskazówki dotyczące odwiedzonego kraju:
  • Należy przyzwyczaić się do nieustannego nagabywania na ulicy w celu sprzedania nam (czasem najdziwniejszych) produktów. Nieustanne „Hello Mister! Good price for you”, będzie nam towarzyszyło przez całą podróż. Jeśli nie mamy ochotę na zakupy – kierujemy wzrok w dal i pewnie kroczymy do przodu! Spojrzenie na proponowany towar i mamy zapewnione towarzystwo na następny kwadrans.
  • Szokiem kulturowym jest przechodzenie przez ulicę, szczególnie w Sajgonie. Według ekspertów – powolny, jednostajny krok do przodu gwarantuje przeżycie. Ja dodałabym do tego jeszcze odrobinę rozsądku i nieco ćwiczeń na mniejszych skrzyżowaniach zanim rzucimy się na głęboką wodę.
  • Jeśli mamy więcej czasu, polecam zejście z utartych szlaków – będzie autentyczniej, taniej i na pewno trafimy na prawdziwe perełki. Wystarczy pożyczyć skuter, wybrać dowolną drogę wyjazdową z miasta i ruszyć przed siebie.
Wskazówki dotyczące obniżenia kosztów podróży:
  • Przede wszystkim: nie dać się oszukać! A będą próbowali. Ciągle. Kilkakrotnie wyższe ceny dla turystów, zepsute taksometry, nie wydawanie reszty – wszystkie chwyty dozwolone! Ważne to: w miarę możliwości płacić odliczoną kwotę, dokładnie upewniać się co do uzgodnionej ceny (najlepiej ją napisać albo wystukać na kalkulatorku sprzedawcy, jeśli nie chcemy żeby „fifteen” nagle magicznie zamieniło się w „fifty”), ogólnie – być czujnym!
  • Targować się! Jak sprawdzić jaka jest faktyczna cena? Najlepiej prowadzić negocjacje z dwoma sprzedawcami, oddalonymi od siebie o kilka stoisk. Szybko dowiedzą się o konkurencji i podadzą bardziej realną kwotę. Na pocieszenie – po trzech tygodniach podróży, paru dniach bez prysznica i kolejnych dziurach w jedynym posiadanym podkoszulku, możemy spodziewać się mniej „europejskiej” ceny już na wstępie.
  • Nie jest to reguła, ale zwykle jeśli przyjazny miejscowy oferuje, że pomoże nam coś załatwić, znaczy to że można to zrobić samemu i taniej.
  • Kiedy opanujemy już sztukę targowania, w mieście najtaniej przemieścimy się podwożeni na skuterkach. Podobnie jak ukraińskie autobusy i hinduskie pociągi, mają one nieograniczoną pojemność. Sprawdziliśmy – nocny kurs po Hanoi w cztery osoby na jednym motorze – niezapomniany.
Opis:

Podróż do Wietnamu i Kambodży miała być moim pierwszym spotkaniem z Azją. Nieprzespane noce, bóle brzucha, tiki nerwowe – bilet lotniczy w szufladzie doprowadzał mnie do szaleństwa. Co ja sobie myślałam? Jak sobie poradzę? Kto będzie wyciągał mnie z wietnamskiego więzienia albo szukał mnie w dżungli w Kambodży? Nerwy usiłowałam ukoić stertą przeczytanych przewodników i szczepieniami na wszystkie możliwe azjatyckie choroby.
Wylądowaliśmy w Hanoi. Busik do centrum (pierwszy raz dajemy się naciągnąć), pierwszy obiad (jak wytrzymają to nasze europejskie żołądki?), pierwsza podróż autobusem (na pewno nie powinniśmy jechać tak szybko i to w dodatku pod prąd!).
Ale z każdym dniem wszystko stawało się coraz łatwiejsze. Pływając po Ha Long wiedziałam już, że przemieszczanie się z punktu A do B zajmuje średnio 2 godziny dłużej niż powinno. W deszczowym Hue nauczyłam się, że nie należy wierzyć każdemu napisowi: „Polecane przez Lonely Planet”. W Phnom Penh wiedziałam już jak rozpoznać kierowcę tuk-tuka, który FAKTYCZNIE zna adres, pod który chcemy dojechać. Na Okęciu z przyzwyczajenia usiłowałam wytargować kawę za pół ceny.
Po czterech tygodniach, wylądowaliśmy z powrotem w Hanoi. Mieliśmy za sobą takie przeżycia jak zatoka Ha Long, nieziemski Angor Wat, kambodżańskie Pola Śmierci, ruchliwy Sajgon czy przepiękne Hoi An. Ale dla mnie najważniejsze były nie odwiedzone atrakcje, ale to jak sprawnie potrafiłam się już poruszać po tym, bardzo różnym od naszego, świecie.

więcej na: http://blog.travelpod.com/travel-blog/ddlv/1/tpod.html