Kraj kontrastów w każdym calu – Maroko

Miejsce: Maroko: Fez- Meknes- Rissani- Zagora- Quarzazate- Essaouira- Marrakesz

Czas: 14 dni

Sposób transportu: samolot, autobus, lokalne taksówki

Noclegi: hostele, namiot na Saharze

Koszt: 

– przelot 450zł,

noclegi 300zł,

jedzenie 200zł, transport 150zł,

wycieczka na Saharę 100zł,

muzea i inne 100zł

RAZEM: ok. 1300zł

Wskazówki:

  •  dobrze jest zabrać ze sobą starszą siostrę, która swoją europejską urodą potrafi zredukować ceny w restauracjach lub hostelach;
  •  sprzedawcy ciastek na plaży w swoim asortymencie mają też inny „stuff”;
  •  jeśli potraficie powiedzieć jakieś słówko po arabsku to lepiej uważajcie, część Marokańczyków to Berberowie, którzy mogą nie tolerować zwrotów w tym języku;
  •  nie wdawać się w tematy związane z królem albo Saharą Zachodnią;
  •  lokalne taksówki są bardzo tanie, można z nich często korzystać, zwłaszcza podróżując w większej grupie;
  •  warto wybrać się na Saharę i spędzić noc pod gołym niebem, zwykle organizowane są wycieczki na wielbłądach, a w cenę wliczone są posiłki i noclegi;
  •  wydaje mi się, że lepiej nie spędzać zbyt wiele czasu w dużych miastach, tylko zboczyć ze szlaku i wybrać się w Góry Atlas;
  •  dłuższe dystanse dobrze pokonuje się autobusami nocnymi, można też zaoszczędzić na noclegu.

Opis:

Nie bez powodu nazywam Maroko krajem kontrastów. Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego- czerwone, surowe góry pnące się ku niebu, a tuż pod nimi tętniące życiem, zielone doliny. Gorąca pustynia, zimny ocean. Spokojny, leniwy dzień- ruchliwa i tłoczna noc. W tym kraju warto poświęcić więcej czasu na penetrację przyrody niż miast.

Do Maroka wyruszyłem z Londynu, w którym akurat byłem, korzystając z tanich linii lotniczych. Po odwiedzeniu dwóch byłych cesarskich miast, stwierdziłem, że chyba lepiej zboczyć z drogi i skupić się na mniej znanych miejscach, zwłaszcza tych w górach i na pustyni. To był dobry wybór, mimo że nie odwiedziłem Casablanki i Agadiru, odkryłem coś więcej. Nie zapomnę nocy pod gwiazdami na Saharze, tażinu prosto z ogniska i tego dreszczyku emocji kiedy się wie, że w czasie snu skorpion może przejść obok. Zmieniłem też podejście do pustyni, wcześniej myślałem, iż nic się na niej nie dzieje, jest martwa. Ta jednak ciągle zmienia swoje oblicze, dynamicznie przenosi się z wiatrem, robi niespodzianki w postaci rozsypanych między wydmami oaz.

Jadąc zatłoczonym autobusem po krętych i wąskich drogach w Atlasie, patrząc w liczne przepaści, zauważa się, że puls dziwnie przyspiesza. W miastach gliniane budynki przypominają konstrukcje obcej cywilizacji, wokół unosi się zapach przypraw i suszonych owoców.

Przez całą podróż towarzyszyło mi uczucie gorąca, jednak kiedy tylko przyjechaliśmy nad wybrzeże pojawił się kojący podmuch oceanicznego wiatru. Niestety przyniósł też ze sobą zapach złowionych ryb i dymu, na którym były przyrządzane. Nie mogłem go znieść, ale żeby się oswoić odwiedziłem port gdzie cumowały kutry. Nie tylko się przełamałem, ale odkryłem barwne morskie stworzenia, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Zadziwili mnie tamtejsi ludzie, którzy pod płaszczykiem sprzedawców ciastek, handlowali na plaży haszem. Zastanawiali się dlaczego przyjechałem do tego kraju, skoro nie chce kupić od nich zioła…

Pierwszy raz piłem tak słodkie, świeżo wyciskane soki, jadłem kuskus, figi prosto z drzewa. Dałem się nawet namówić na wizytę w hammamie. Było tego naprawdę dużo, nie wszystko opisałem, ale na pewno mam w pamięci.

Prawie wszystkie budynki w tym kraju tak wyglądają

Dwa tygodnie na najlepszych sokach na świecie

Port w Essaouiri- ładne miejsce, zdjęcie tylko trochę mroczne

Wielbłąd siostry wywęszył daktyle w moim plecaku

Radek Mamoń