Jedno oko na Maroko, czyli krótki acz bogaty w atrakcje wypad do Afryki.

Miejsce: Maroko! Tanger – Asilah – Fez – El-Jadida – Essaouira – Marrakesz

Czas: 8 dni (wrzesień 2011)

Skład: Aga, Kasia i Wojtek – studenci z Krakowa

Liczba przebytych kilometrów: w samym Maroku ok. 1150 km, większość stopem

Sposób transportu: przylot i powrót do Hiszpanii samolotem (Ryanair, bilety kupione 1,5 miesiąca wcześniej kosztowały mnie 70 zł w dwie strony), na miejscu głównie autostop, ale też autobus, a nawet taksy (ble!)

Noclegi: na dachach tanich hoteli – najlepszy wybór  + raz w apartamencie za darmo jako zbłąkane dzieci stopa w nocy. Mieliśmy ze sobą namiot – dawał więcej prywatności, ale na dachach są koce, pod którymi można miło spać.

Fez: polecam Hotel Cascade (na dachu ok. 3 euro/osoby), Marrakesz: Hotel Medina – podobnie.

W El Jadidzie za to nie polecam Hotelu France i Maghreb – ruina; a w Marrakeszu Hotelu Essaouira – czysto, ale nieprzyjemna obsługa.

Koszt:  60 euro na wszelkie dobra takie jak noclegi na dachach, jedzenie, pamiątki, transport, wstępy do nielicznych muzeów + 70 zł bilety Hiszpania-Maroko-Hiszpania

Wskazówki:

  •  Marokańczycy wiedzą co to autostop – sami często go łapią płacąc drobne sumy kierowcy; kiedy widzieli, że jesteśmy turystami nie chcieli pieniędzy – ale zawsze wcześniej pytaliśmy
  •  z większością ludzi można dogadać się po francusku/hiszpańsku/angielsku
  •  turyści są często zagadywani na ulicy „hasz hasz?”, ale lepiej nie korzystać z takich propozycji – podobno mogą to być tajniacy policji
  •  polecam przewodnik „Bezdroży” – tani (27 zł) i większość informacji zgadzała się, choć mapki medyn nie należą do najdokładniejszych
  •  w lecie w Asilah odbywa się festiwal, podczas którego artyści malują budynki w medynie, przez co można natrafić tam na ciekawy street art
  •  targować się! jednak nie o jedzenie i trzeba to robić z wyczuciem- proponując zbyt niską cenę Marokańczycy obrażają się i nie chcą już w ogóle rozmawiać : )
  •  spotkani ludzie zgodnie twierdzili, że w Casablance nie ma nic ciekawego, podobnie jak nasz przewodnik, dlatego zrezygnowaliśmy z niej bez żalu (nawet film „Casablanca” nie był tam kręcony! 🙂
  •  trasa lotnisko w Tangerze – centrum ok. 15 euro, do taksy może załadować się razem z kierowcą 6 osób! Mimo informacji, że nie dojeżdża tam autobus – owszem, dojeżdża. Przystanek jest tylko kawałek dalej w kierunku miasta.

Opis:

Lądując w Cordobie w Hiszpanii na Erasmusie przed całorocznym zaciskaniem pasa postanowiłam go sobie jeszcze na ostatnią chwilę popuścić – szczęśliwie Kasia i Wojtek, znajomi ze studiów, podchwycili pomysł wspólnej niskobudżetowej wyprawy i choć chwilami było ciężko (np. przy opędzaniu się od naganiaczy tak, żeby ich nie urazić) – tęsknimy za Marokiem!

Mieliśmy bilety Madryt-Tanger i Marrakesz-Madryt, a to, co będzie pomiędzy wymyślaliśmy na bieżąco. Tanger jako portowe miasto jest dość brudne i nieprzyjemne, choć w okolicach Kasby (rodzaj zamku) podziwialiśmy ładny widok na morze/ocean. Nie dać się zacząć oprowadzać miejscowym naganiaczom było dość trudno, ale w końcu udało nam się od nich uwolnić. Asilah, miasteczko oddalone o ok. 45 km od Tangeru zachwyciło nas ładną, zadbaną medyną (stare miasto), można tu także odpocząć na plaży, my jednak skierowaliśmy się do Fezu, w którym gubiliśmy się i odnajdywaliśmy w labiryncie uliczek wielkiej medyny, próbując lokalnych przysmaków sprzedawanych na ulicy. Niesamowity widok z tarasów domów na słynne farbiarnie i garbarnie Chouwara – podobno jest miejsce, gdzie nie trzeba płacić za wejście, jednak byliśmy już zbyt zmęczeni namolnością Marokańczyków i zapłaciliśmy. Później była El Jadida i portugalska medyna z cysterną z niesamowitym światłem i Marrakesz z placem Jamaa el-Fna, na którym spotkać można m. in. szarlatanów sprzedających suszone jeże czy kameleony i inne specyfiki na wszelkie dolegliwości duszy i ciała. Jest to miejsce, który nigdy nie zasypia, dźwięk bębnów rozchodzi się po placu w dzień i w nocy, bajarze opowiadają swoje historie, Marokanki zachęcają do zrobienia henny, a sprzedawcy soku z pomarańczy przekrzykują się w walce o klientów. Pełen odlot 😀

Próbowaliśmy też lokalnych potraw – hariry, tadżinu czy pastelli, zapijając je berber whisky, czyli słodką herbatą z miętą 🙂 Poza tym na ulicy kupić można różne placki, słodki jogurt czy soczyste opuncje…

Niestety po 8 dniach musiałam wracać do Cordoby do szkoły, Kasia i Wojtek zostali jeszcze kilka dni odpoczywając na kempingu na plaży w Essaouirze, po której podobno chodziły wielbłądy (chociaż jako atrakcja turystyczna)! Nic straconego – mam nadzieję jeszcze tam wrócić i pojechać dalej na południe… : )

PS: Więcej o naszej wyprawie możecie przeczytać na: http://czeka-nanas-swiat.blogspot.com/2011/09/byam-w-afryce-uczestnicy-wycieczki-aga.html

 

Garbarnia i farbiarnia w Fezie. Skóry najpierw są moczone w amoniaku, później farbowane, suszone i sprzedawane – wszystko odbywa się w jednym miejscu.

 

Medyna w Marrakeszu.

 

Asilah. Marokańczyk przy szklaneczce berber whisky uczy nas arabskiego i opowiada o okolicznych atrakcjach.

 

XVI-wieczna cysterna w podziemiach medyny w El-Jadidzie (wstęp 10 dh, czyli ok. 1 euro).

Agnieszka Bieniek