Lalisz – 3-dniowa wizyta u Jezydów

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Ostatnim miejscem, które chciałem w irackim Kurdystanie zobaczyć była wioska Lalisz. Jeśli przyszłoby się zastanowić nad tym co zasługuje na miano największej atrakcji turystycznej w północnym Iraku to ze względu na swoje walory krajobrazowe, burzliwą historię, niezłamliwą ciągłość praktykowania dyskryminowanej religii a także niezrozumiałe outsiderstwo mieszkańców należałoby wskazać Lalisz. Tyle, że nie ma tam żadnych turystów, a informacji o tej mikroskopijnej wiosce jest zaskakująco niewiele.

Nie jest to też za bardzo miejsce, do którego można dojechać autobusem czy jakimkolwiek środkiem transportu publicznego. Jadąc do Lalisz nie dysponowałem zbyt dokładną mapą (nadawała się bardziej do nauki kierunków geograficznych w podstawówce niż lokalizowania kilkudziesięcioosobowych wiosek), brak było też stosownych znaków drogowych, które mógłby mi pomóc trafić. Żeby dojechać do celu polegać mogłem jedynie na dobrym słowie napotkanych ludzi. Bywało różnie.

Zrozumiałem, że aby móc dojechać do Lalisz najpierw koniecznie muszę dostać się do miasta Ayn Sufne. Takiej lokacji nie miałem ani na mapie, ani nie słyszał o niej żaden z zaczepionych przeze mnie kierowców czy przydrożnych sprzedawców. Masowe wypytywanie napotkanych ludzi doprowadziło w końcu do małego nieporozumienia. Wszyscy Kurdowie są nad wyraz mili, ale niektórzy chcą pomóc tak bardzo, że zdarza się tak zwane „przedobrzenie” czyli mimo że ktoś nie do końca wie jak pomóc to i tak z przekonaniem radzi co w danej sytuacji zrobić. Tak właśnie „przedobrzył” jeden z wypytywanych panów, który posłał mnie w cholerę, 30 km nie w tą stronę co trzeba. Skierował mnie do miejscowości, której nazwa brzmiała bardzo podobnie do Ayn Sufne. Z jednej strony niby straciłem czas, ale z drugiej przyjemnie było przejechać przez kompletnie pustynną drogę, krainę pyłu i piachu, która łączy zapomniane górskie wioski z średniej wielkości miasteczkami. No i dzięki temu mogłem zobaczyć najbardziej country widok w swoim życiu:

 

kurdystan bezdroza

Jakoś trzeba było wrócić do właściwej trasy. Może się wydawać, że łapanie stopa w takim miejscu nie jest zbyt krzepiącym zajęciem, ale zwykle, kiedy częstotliwość ruchu to jeden samochód na 10 minut, szczególnie w miejscu, w którym być może jesteś pierwszym białym łapiącym stopa, dość szybko jakiś kierowca skusi się na wspólny przejazd. I dzięki uprzejmości kilku kierowców najpierw dotarłem do odpowiedniej drogi a potem do Ayn Sufne. Tam już o Lalisz słyszeli nieco więcej. Wszyscy wskazywali jeden kierunek. Doszedłem na rogatkę miasta, dyżurny wojskowy (w irackim Kurdystanie przy wyjazdach z miast posterunki kontrolne są normą) stwierdził, że sam złapie mi stopa. Jestem pewien, że zrobiłbym to szybciej, ale nie chciałem podważać jego kompetencji więc to on wziął się za robotę. Ja schowałem się w jego budce marząc o tym, że pozwoli mi zrobić sobie zdjęcie ze swoim kałachem i tak czekałem na transport na ostatnie 10 km.


Wyświetl większą mapę                                                       Odcinek z Ayn Sufne do Lalisz

Nie wyszło źle. Zatrzymał się pick-up i mogłem zasiąść wygodnie na pace. Od 2009 pierwszy raz jechałem na stopa w ten sposób. Właściwie to nie wiem czy można trafić przyjemniej. Możliwość rozłożenia się na pace, mimo regularnego towarzystwa smarów, mazi, rdzy oraz różnorodnych okruchów i paprochów jest dla autostopowicza jak grzechotka dla niemowlaka. Bawiłem się niestety jedynie 10 minut, grzechotka popsuła się przy rampie oddzielający ostatni, kilkuset metrowy odcinek drogi do Lalisz. Tam wysiadłem i przywitałem się z żołnierzami, którzy decydują o tym kto do Lalisz wjedzie a kto nie.

Wioska otoczona jest specjalnym nadzorem. Zamieszkują ją Jezydzi, wyznawcy XII-wiecznej, synkretycznej religii, łączącej elementy islamu, chrześcijanizmu i zaratusztranizmu. Od początku swego istnienia i urzędowania w tym miejscu ich włości były palone i niszczone 72 razy. Wyznawcy jezydyzmu byli jedną z najbardziej dyskryminowanych i zwalczanych grup społecznych w historii tych ziem. Teraz panuje spokój i nic specjalnego im nie grozi, ale mimo to żołnierze grzebią mi w plecaku w poszukiwaniu broni. Wszystko jest okej, częstujemy się nawzajem prowiantem i po 15 minutach jeden z mundurowych postanawia odprowadzić mnie do samej wioski.

Całe Lalisz to może 40 domów oraz świątynia, w której znajduje się grobowiec Szejha Adiego (najważniejsze miejsce pielgrzymkowe Jezydów na świecie). Poprzeplatane kilkusetletnimi drzewami i trawskiem zabudowania sprawiają wrażenie miejsca kompletnie wyjętego z kontekstu dzisiejszej rzeczywistości. Nawet w porównaniu z innymi wioseczkami pochowanymi w górach. Czy to w irackim Kurdystanie czy gdziekolwiek indziej. Nie wiem co sprawia, że tak jest. Może to po prostu nadwyżka energii, która się we mnie skumulowała gdy tu dotarłem, może to miejsce faktycznie ma wybitną osobliwość i da się ją odczuć z marszu, ale zdecydowanie trudniej jest ją ubrać w słowa. W każdym bądź razie przebywając tam momentami byłem w stanie bez zająknięcia stwierdzić, że świat kończy się na horyzoncie, a za pobliską górką nie ma już niczego.

Pod żadnym względem Lalisz nie sprawia wrażenia epicentrum religijnego jakiegokolwiek wyznania. Brak tu monstrualnego przepychu charakterystycznego dla sacrum chrześcijan, hindusów czy muzułmanów. Nie obowiązują żadne wzniosłe zasady, jest jedynie kilka symbolicznych komnat, których nie wolno odwiedzać przyjezdnym. Wszyscy za to potrafią ze sobą zgrabnie funkcjonować. Wyrazem tego jest na przykład wspólne, codzienne zamiatanie ulic o określonych porach.

Ta 100-osobowa wioska dwa razy do roku przeżywa ogromne oblężenie pielgrzymów (najważniejsze święta) i dopiero zdjęcia i filmy, które pokazali miejscowi uzmysłowiły mi jak wielką rolę pełni ta ledwo zauważalna osada w życiu tysięcy osób. Ludzie spali gdzie popadnie i uzupełniali się bezinteresownie w codziennych czynnościach. Szacuje się, że na świecie Jezydyzm wyznaje około miliona osób. Każdy z nich chce kiedyś odwiedzić Lalisz. To tak jakby chrześcijanie mieli bazylikę Św. Piotra w Trzebini. A tu, oprócz świąt, zwiedzający pojawiają się bardzo sporadycznie.

Pominę już wszystkie rzeczy tyczące się stricte Jezydów – obrzędy, wierzenia, ewolucję tradycji, historię świątyni i zasady praktyk religijnych. Nie czuje się w tym mocny, wiele kwestii pozostaje dla mnie niezrozumiałych. Gdyby kogoś ten temat bardziej pociągał to wydaje mi się, że dość solidnie od strony merytorycznej opisał to na swoim poprzednim blogu Łukasz Supergan tutaj.

portrety lalisz

W Lalisz znajduje się budynek, w którym wiesza się portrety jego zmarłych mieszkańców. Ciała grzebie się poza miejscowością.

grob lalisz

W samej wiosce swoje nagrobki mają jedynie kapłani.

Wioskę udało mi się obejść w pół godziny, tyle samo spędziłem pewnie w świątyni. Można było z czystym sumieniem i poczuciem odhaczenia miejsca zwijać manatki ale uznałem, że świetnie będzie tu posiedzieć kilka dni. Nie ma tam niczego w rodzaju hoteli, pokojów gościnnych. Nie polecano mi również rozbijania namiotu. Jedyny chłopak, który płynnie rozmawiał po angielsku, wybił mi to z głowy opowiadając jak to ledwo przeżył ukąszenie skorpiona. Chętnie przygarnęli mnie żołnierze mający swoją budkę bezpośrednio przy rozpoczynających się zabudowaniach Lalisz. Korzystałem z niej 3-krotnie. Budka miała wymiary może 6x3m. Z chłopakami popołudniami grywaliśmy w kółko i krzyżyk, trochę tłumaczyłem im angielski, wspólnie gotowaliśmy. Kiedy zmierzchało żołnierze przenosili się do lokum w budynku obok a mi pozostawiali budkę. Takie zakwaterowanie bardzo mnie ucieszyło, tym bardziej, że miałem w środku telewizor i kiedy koledzy szli do siebie mogłem ukradkiem oglądać kurdyjskie wiadomości, sport oraz, archaiczne dla człowieka mającego dostęp do kablówki, teledyski.

swiatynia lalisz

Kadzie znajdujące się w świątyni, w których przed setkami lat przetrzymywana była oliwa.

Odpowiadała mi luźna atmosfera i to, że już po pierwszych godzinach pobytu praktycznie wszystkich znałem z widzenia. Cały swój czas poświęcałem głównie na siedzenie, obserwowanie, czytanie książek i luźne rozmowy. Każda wymiana zdań wychodząca poza „skąd jesteś”, „jak się nazywasz” była rarytasem. Sporo dowiedziałem się dzięki bratankowi najważniejszego kapłana Lalisz, Enesowi, który jako jedyny w Lalisz płynnie rozmawiał po angielsku. Opowiedział mi trochę o Jezydach, o swoich planach i perspektywach na przyszłość. Zaciekawił się też tym, jak ja się tu właściwie znalazłem. Niewyobrażalne było dla niego to, że przyjechałem tu autostopem… z jakiejś Polski. I po cholerę. Żeby bardziej uzmysłowić mu swoje pochodzenie i pokazać, że o Kurdystanie co nieco wiem wyciągnąłem książkę, w której była wzmianka o Lalisz i zdjęcie jednego z Jezydów. Gdy je zobaczył krzykną coś w stylu: „Aaa, to Azad, chodź, zaprowadzę Cię do niego! Zawsze siedzi pod świątynią!” Za 5 minut byliśmy pod świątynią gdzie faktycznie spotkaliśmy Azada. Jego fotografia znajdująca się w książce została zrobiona mniej więcej 10 lat temu. Tak właśnie powstało zdjęcie współczesnego Azada dzierżącego w rękach Azada sprzed dziesięciu laty:)

jezyda lalisz

Wioska jest mała, wszyscy oczywiście muszą się znać.

Jakiś czas później zobaczyłem wujka Enesa, najwyższego kapłana świątyni Lalisz. Od razu odebrałem go jako najbardziej dostojną postać w całej wiosce. Długa broda dodająca powagi, postawna sylwetka, płynny, jakby uświęcony chód, przenikliwe spojrzenie. Stał ode mnie 10-15 metrów ale żeby zbliżyć się do niego chociażby o krok czułem, że musiałbym łamać jakieś boskie pole, niedostępne dla nieuświęconego. Bardzo chciałem zagadać, usłyszeć dobre słowo od duchowego przewodnika nie tylko Lalisz ale również Jezydów w ogóle. Poznać punkt widzenia na bieżące sprawy ale i płaszczyznę duchową kogoś, kto spędził lata na studiowaniu zagadnień religijnych. Usłyszeć być może jakąś ocenę albo osąd swojej osoby, która byłaby mi wskazówką w dalszych życiowych poczynaniach. Dotknąć bramy mistycznego uniesienia właśnie tutaj, w odległym Kurdystanie, podczas nieprzewidywalnej podróży autostopowej. Kiedy tak rozważałem jak poczynić ten pierwszy krok kapłan podszedł do mnie, wyciągnął z kieszeni paczkę fajek i poczęstował mnie bez słowa papierosem. Wtedy dopiero zrozumiałem jak ten człowiek doskonale zna życie i dlaczego może być autorytetem dla tylu osób.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Widok na wioskę z okolicznego wzgórza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Klaszyczny dom w Lalisz. Większość budynków to po prostu gołe ściany. 

Szczególnym dniem w Lalisz jest środa. Jest jak niedziela dla chrześcijan. Do Lalisz, z okolicznych wiosek czy nawet bardziej odległych miejscowości, przyjeżdżają na nabożeństwa i wielki piknik całe rodziny. Akurat w tym czasie byłem jedynym człowiekiem ‚z zewnątrz’ w całej wiosce. Oblężenie przeżywało nie tylko Lalisz ale również przeżywałem je i ja. Każdy chciał spędzić ze mną trochę czasu, czymś mnie poczęstować, zaprosić do swojej rodziny. Nie mogłem się niestety rozerwać, byłem ciekaw historii ludzi, chciałem też zaspokoić i ich ciekawość. Trafiłem ostatecznie na obiad do 40-osobowej rodziny gdzie musiałem wcisnąć w siebie chyba z połowę jedzenia przeznaczonego na cały posiłek. Ludzie byli przy mnie cały czas, czy tego chciałem czy nie. Wydarzenia żywcem z wioski liczącej 40 domów.

I tak myślę sobie czasem, że gdyby ten iracki Kurdystan był bardziej dostępny, czy, gdyby nie miał tak złego PR-u w mediach, to do Lalisz waliłyby tłumy? Autokarów zajeżdżałoby więcej niż pod najważniejsze obiekty sakralne w całej Europie. Ja czułem się tam jak w kurorcie, z tą przewagą, że zajmowali się mną żołnierze :). Miejscowość jest bardzo interesująca, tak samo jak i losy Jezydów, ale nie słyszał o nich nikt poza tymi, którzy tam byli lub rozważali ich odwiedzenie(prawda?). Jeśli ktoś szuka miejsca, w którym można poczuć autentyczną odmienność i poznać ludzi, których życie opiera się na zasadach wydających się z europejskiego punktu widzenia fantazyjnymi, pobyt w Lalisz będzie odmrożeniem spojrzenia na inne kultury zahibernowanego przewodnikowymi frazesami.

 

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • Wolak

    Lalisz fantastyczne, ale co to jest chrześcijanizm?

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      Też jest w użyciu.

  • Laotańskie Opowieści

    Rewelacyjnie, chyba dodam Lalisz do mojej bucket list!