Patryk vs. Bartek – Gdzie jest granica taniego podróżowania?

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Co to w ogóle znaczy tanio podróżować i czy może to być klucz do podróżowania? Czy podróżowanie za grosze to chałtura i wstyd? Czy starając się ciąć koszty w czasie wyjazdów często robimy z siebie idiotów i ośmieszamy się za granicą? Czy ma sens podróżowanie w przypadku kiedy nie można spróbować lokalnych potraw czy brak jest pieniędzy na odwiedzanie najważniejszych muzeów? A może to w ogóle nie ma znaczenia ile wydaje się pieniędzy i liczy się tylko dążenie do spełnienia marzeń, nie ważne jakim sposobem? W dzisiejszym Patryk vs. Bartek o tym gdzie jest granica taniego podróżowania.   patryk-vsJa będę bronił taniego podróżowania w każdej postaci, bo nierozerwalnie łączy się ono z przygodą i niejako przymusem do szukania niekonwencjonalnych rozwiązań. Dziwnych miejsc noclegu, transportu autostopem lub zdezelowanymi autobusami, zwiedzania miejsc gdzie nie zaprowadzą nas przewodnicy. Jeśli masz pieniądze to je wykorzystasz, wybierzesz opcje wygodniejsze, a tym samym zazwyczaj pozbawione przygody. bartek-vsPytanie czy ekstremalne oszczędzanie w podróży, które objawia się spaniem w namiocie na dziko, tachaniem ze sobą kilogramów konserw, rezygnowaniem z wejść do co droższych muzeów czy atrakcji jest celem, czyli zależy podróżującemu bardziej na szlajaniu się, łapaniu chwili, czerpaniu przyjemności z małych rzeczy, dając ponieść się losowi podróżując na przykład autostopem czy jest ograniczeniem wynikającym z braku funduszy. Gdy zaczynaliśmy jeździć na wariata znajomi czy rodzice twierdzili, że mi się to kiedyś znudzi, w przyszłości będę potrzebował bardziej komfortowych warunków w podróży: pokoju z klimą, wygodnego fotela w busie, czystych sztućców i niezeschniętego chleba. Kilka lat minęło, znudzić mi się oczywiście nie znudziło, ale nie powiem, że w kręgu moich wyjazdowych zainteresowań pojawiają się rzeczy, które niekoniecznie da się zrobić tanio. Czy można w nieskończoność odmawiać sobie w podróży różnych rzeczy, byleby jeździć taniej, i mieć z tego zawsze satysfakcje?

Podróżnik czy żul?

Podróżnik czy żul?

patryk-vsNa dobre muzeum faktycznie czasem szkoda sępić grosza. I masz rację, im dłużej jeździsz i im jesteś starszy (my starcy…) coraz trudniej jest jeździć na wariata. Sam wiesz, że po pierwszej podróży po Bałkanach, którą przeżyliśmy w całości na konserwach nigdy więcej nie wzięliśmy „Chopped Pork” do ust, a w tanich krajach parę złotych na hotel też nie stanowiło już dla nas problemu. Ale musisz też przyznać patrząc na nasze wspólne wyjazdy, że im większy budżet i lepsze warunki tym mniej wspomnień, które moglibyśmy opowiadać wnukom przy kominku. Tej pokusie zwiększenia standardów w miarę upływu lat należy uciekać lub ulegać stopniowo i powoli jeżeli nadal podczas podróży chcemy przeżywać przygody. Mamy sporo przykładów choćby wśród naszych czytelników, jak Pan Andrzej, który mając 64 lata i pokaźną sumę pieniędzy na koncie zamiast samolotu i wygodnego hotelu wybiera autostop i spanie w komunikacji miejskiej, dzięki czemu czuje, że żyje. I odpowiadając na twoje ostatnie pytanie uważam, że trzeba wybierać taki sposób podróżowania, który przynosi Ci najwięcej satysfakcji, a nie wierzę, że w tym pojedynku muzeum może wygrać np. z przeżyciem prawdziwej gruzińskiej uczty. Czasem Ci, których wyprawowy budżet jest nieco większy mówią, że nie sępiąc grosza poznają więcej ludzi, lepiej poznają kulturę. Pytanie czy w takiej sytuacji tubylcy lubią ciebie czy twoje pieniądze? Idąc za przykładem gruzińskiej supry właśnie. Gdyby nie podróż autostopem, to na pewno nie trafilibyśmy do prawdziwego gruzińskiego domu, nie zaprzyjaźnilibyśmy się z domownikami, nie zjedlibyśmy tych wszystkich domowych potraw i nie poczulibyśmy czym Gruzja jest naprawdę. Mając większy budżet pewnie też próbowalibyśmy przeżyć coś takiego. Może zapłacilibyśmy na ustawianą imprezę w restauracji lub przewodnikowi czy znajomemu żeby nas wkręcił na coś takiego.

Nocleg na dziko w Grecji.

Nocleg na dziko w Grecji.

bartek-vsJak już jesteśmy w temacie zostania przez kogoś zaproszonym do domu to tutaj jest bardzo cienka granica pomiędzy tymi, którzy zaproszeni w podróży do czyjegoś domu autentycznie traktują to jako przyjacielski gest respektując wszystkie zasady domowników, nie szczędząc im wdzięczności i ciepłych słów, a tymi, którzy obierają konkretne kierunki tylko dlatego, że słyszeli o gościnności mieszkańców i liczą, nieładnie mówiąc, na żerowanie na tych ludziach. Taki Gruzin na przykład, każdego przyjezdnego chętnie ugości, fascynujące i wyjątkowe jest podejście tych ludzi do turystów, ale z reguły nie są  to ludzie mający na kontach ośmiocyfrowe sumy więc wizyta każdego takiego gościa odbija się mniej lub bardziej na zawartości portfela. A w przypadku gdy ktoś tam jedzie bo słyszał, że „u Gruzinów to się napić można za darmo i pojeść” i z góry zakłada niski budżet wyjazdu bo przecież zawsze będzie można o jakąś biesiadę zahaczyć to jest to już wiocha. Zresztą więcej było na ten temat w tekście o wpływie turystyki na gościnność w Gruzji. A jak widzisz wizerunek „Polaka za granicą” jaki tworzą wszyscy podróżujący z namiotami na dziko, łapiący stopa często niekoniecznie w najświeższych ubraniach, nie dający napiwków, śpiący na lotniskach? Za granicą często patrzą na nas z niezrozumieniem, czasem nawet drwiną czy żalem. Czy sami sobie przynosimy wstyd? Często, szczególnie podróżując stopem, staramy się być nie widziani? patryk-vsPo kolei. Namiot rozbity w parku czy na placu zabaw raczej budzi zainteresowanie i otwiera umysł na nowe myślenie niż budzi poczucie strachu lub zagrożenia. Nieświeże ubrania też raczej nie powinny razić, w końcu ludzie się pocą i brudzą, choć oczywiście w rozsądnych granicach. Odnośnie napiwków to ja mam w tej kwestii bardzo radykalne zdanie w ogóle, chociaż wiem, że kultury świata sam nie zmienię. Uważam, że kelner czy kelnerka powinni dostawać uczciwą pensję za swoją pracę od pracodawcy, a nie głodowe stawki licząc na napiwki od klientów. Jeśli właściciele restauracji nie są w stanie płacić więcej, niech podniosą cenę posiłków i klient od razu będzie wiedział ile płaci za obiad z obsługą. Nie trafiają do mnie argumenty, że w ten sposób można nagrodzić lepszą obsługę, bo tym tokiem myślenia powinniśmy dawać napiwki ekspedientkom w sklepie, kierowcom autobusów czy obsługującym klientów w salonie sieci komórkowych. Czemu oni nie dostają napiwków za swoją pracę? Z drugiej strony jeśli nie dasz kelnerowi napiwku to następnym razem napluje Ci do zupy, a jeśli któryś jest dla Ciebie miły to dlatego (świadomie lub nieświadomie), że liczy na hojny napiwek. Nie tak powinno być! On powinien być miły z założenia i dla każdego! I to właśnie ten chory system sprawia, że skupia się na pieniądzach. To mechanizm na którym tracą i pracownicy i klienci, a zyskują tylko właściciele restauracji czy hoteli. Kiedy ludzie przestaną dawać napiwki, pracownicy nie będę chcieli pracować za grosze i pracodawcy będą zmuszeni do podniesienia stawek. Spanie na lotniskach faktycznie może kojarzyć się z żulerstwem w naszej zachodniej kulturze. Ale zważ, że w Indiach ludzie nawet jak czekają na autobus kładą się gdzie popadnie i czekają. Jesteś zmęczony, to śpisz, co w tym dziwnego? Jedyną kwestią, na którą faktycznie pieniądze trzeba mieć to dobre jedzenie, ale tylko w krajach wysoko rozwiniętych.

Pierwszy klasyczny stop na tabliczkę. Węgry.

Pierwszy klasyczny stop na tabliczkę. Węgry.

bartek-vsJa mam na to nieco inne spojrzenie i uważam, że podróże Polaków, te niskobudżetowe, podczas których często zwracają na siebie uwagę rozbitym namiotem gdzieś w krzakach czy brudnym plecorem opartym o stolik w McDonaldzie po 22 są raczej powodem do dumy i wizytówką rodzimej chęci odkrywania i poznawania. Fakt, czasem podróżujący stopem wyglądają bardziej jak łachmyci niż pracownicy banków ale ich chęci zobaczenia czegoś nowego nie tamuje brak kasy. Lepiej nie mieć pieniędzy i nie pojechać w ogóle nigdzie czy lepiej nie mieć kasy i spróbować ruszyć się z domu? Czasem ten wybór wygląda właśnie tak. Pewnie dlatego też spotkani w trasie ludzie często z miejsca reagują szczerym „Wow!” kiedy podróżujący powie im, że dojechał tutaj (np. do Gambii) stopem. Z jednej strony podróże na wyśrubowanym budżecie wzbudzają pogardę (wydaje mi się, że bardziej na Zachodzie), a z drugiej ogromny szacunek, że ktoś, kto w ogóle w tej przykładowej Gambii nie powinien się znaleźć, jednak dał radę. Pytanie czy powinniśmy ludzi do takich akcji zniechęcać żeby przypadkiem ktoś za granicą nie powiedział o nas żeśmy biedaki, czy wspierać ich aby mogli realizować swoje cele i marzenia. Mnie tam osobiście mało obchodzi, że ktoś na przykład w Hiszpanii powie swoim znajomym, że widział jak ktoś śpi na plaży, że to pewnie Polacy, przyszywając nam niemiłe łatki. Dla mnie to nie ja robię w takiej sytuacji z siebie idiotę, a on nie jest w stanie pojąć pewnych najprostszych rzeczy, mimo że kasa na przynajmniej te 4 gwiazdki pewnie jest. Jak jednak najlepiej zbilansować podróż aby była jednocześnie niedroga, a przy okazji maksymalnie satysfakcjonująca? patryk-vsWydaje mi się, że warto przed wyjazdem określić czego się oczekuje. Jeżeli interesuje mnie tylko przygoda, nie muszę planować budżetu. Jeżeli nie potrzebuję spać w komfortowych warunkach i korzystać z wygodnego transportu, albo nie mam za dużo kasy, ale chciałbym zobaczyć jakieś muzea, atrakcje czy zasmakować trochę regionalnych potraw to muszę sprawdzić ile mnie to będzie kosztować i zwyczajnie zaplanować wydatki. Wtedy rezygnujemy z wygody, ale zobaczymy wszystko co sobie zaplanowaliśmy. Wiadomo, są sytuacje, w których samo miejsce noclegu pozwala coś więcej zobaczyć i przeżyć, wtedy nie ma co sępić grosza i można wydać kilka lub kilkanaście euro na hostel czy kwaterę. Zawsze można przed wyjazdem spiąć cztery litery, złapać dorywczą robotę i zwyczajnie zarobić na wyjazd. Słyszałeś kiedyś kogoś kto był choć raz na wyjeździe na własną rękę, żeby bardziej zadowolony wrócił z wycieczki all inclusive? bartek-vsNie znam nikogo i właściwie jest to pierwsza rzecz jaką powtarzam ludziom, którzy mają wątpliwość czy jechać po raz któryś z biurem czy porwać się na samodzielną organizację jakiegokolwiek wyjazdu. Wracając do pytania przewodniego: nie ma takiej podróży, która ze względu na konieczność zaciskania pasa byłaby niegodna czy też powinna budzić wstyd. Każdy wyjazdowe finanse powinien mierzyć własną miarą i, jeśli wszystko robi z głową, to nie przejmować się krytycznymi czy złośliwymi opiniami innych. Nawet na Europę Zachodnią nie trzeba mieć worka dolarów żeby się tam dobrze bawić – wszak nie każdy musi być zainteresowany próbowaniem regionalnych dań w miejscowych restauracyjkach czy zwiedzaniem muzeów przepełnionych eksponatami znanymi na całym świecie. Solą podróżowania powinno być przeżywanie odpowiednich dla siebie wrażeń, a to jak dążymy do tych celów, i czy musi to kosztować, jest już sprawą przynajmniej trzeciorzędną. patryk-vsPoza tym, nie poruszyliśmy jeszcze jednej ważnej kwestii. Często tanią podróż (np. tanimi liniami) zamiast pieniędzmi opłacasz po prostu swoją wiedzą i czasem. Nie kupisz lotu za parę złotych jeśli nie wiesz jak to zrobić i nie poświęcisz sporo czasu na szukanie okazji. Podobnie sprawa wygląda z noclegami. Można spać w bardzo fajnych miejscach, hotelach, hostelach, płacąc za nie naprawdę niewielkie kwoty. Ale żeby tak się stało trzeba takie opcje wcześniej znaleźć. Podobnie jest z zakwaterowaniem poprzez couchsurfing. Taki nocleg nie kosztuje Cię nic i chyba nie da się lepiej poznać miejscowej kultury, ale żeby to zrobić musisz przełamać nieśmiałość i nauczyć się wcześniej paru słów po angielsku czy hiszpańsku jeżeli nie uważałeś na lekcjach w szkole. A Wy? Jesteśmy ciekawi co sądzicie na ten temat.

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • http://hotelspotter.pl/ Rafal • HotelSpotter

    „Można spać w bardzo fajnych miejscach, hotelach, hostelach, płacąc za nie naprawdę niewielkie kwoty. Ale żeby tak się stało trzeba takie opcje wcześniej znaleźć.” – ja się tym kieruję 🙂

    • Gabi

      a ja uważam, że Wy wszyscy naraz macie racje. nie da sie poznac kultury nie wsiadając na stopa, bo czy w Prowansji czy w Gruzji czy w Czarnogorze widzi się więcej, inaczej, trochę prawdziwiej. wsiadając do autobusu miejskiego czasem sie narazasz (mi „zginął” aparat po całym wyjedzie który złodziej sprytnie wyciągnął), ale spotykasz fajnych ludzi. lepsza jest czasem kwatera u miejscowych i kanapka w barze na przeciwko niz full wypas w restauracji, bo tam spotykasz tych z ktorymi chcesz pogadac. poza tym mam wrazenie ze „podroznik” ktory wsiada do „ich” – miejscowego srodka transportu zawsze jest troche pod ochronna społecznosci lokalnej. wtedy jest taki troche „swoj”. nie szpanuje autokarem dla turystow, drogim hotelem, ale daje zarabiac pani Czesi na bazarze czy Krysi ktora prowadzi skromny wynajem pokoi. ciagle sie mowi o niebezpieczenstwie takich „przyjazni”, ale moim zdaniem to bzdura. spolecznosc lokalna czesto czuje moralny obowiazek pomocy i opieki nad ludzmi, ktorzy tak jak oni ida do sklepu po piwo, czy spia u ich znajomych. bo poza turystami sa ich jakby goscmi. jasne ze sa wyjatki od tego, ale im biedniejsze czesto kraje, tym ludzie sa bardziej zyczliwi. przykładem jest pewna miejscowosc na poludniu Maroka. rano wloczylam sie szukajac otwartego sklepu, mnostwo zebrakow i innych „ciemnych” typow. spotkalam tam europejke ktora mowila po berbersku i pracowala w jakims programie charytatywnym i mieszkala na miejscu. siedziala i czytala caly dzien ksiazke czekajac na kogos z couch surfingu. kiedy ja zagadnelam zaczela wypytywac tych ludzi wokol po berbersku. po raz pierwszy zobaczylam jak ogromny szacunek Ci ludzie do nas mieli(faceci w kraju arabskim do dwoch samotnych kobiet), jak przyjacielscy i opiekunczy byli, a przeciez nie mieli w tym zadnego interesu. mam wrazenie ze ludzie z natury w biednych spoelcznosciach sa dobrzy, to czesto nasze ostentacyjne „turystyczne” zagrywki nas przekreslaja i buduja nieufnosc…:)

  • Natalia

    Nie jestem bardzo doświadczoną stopowiczką, byłam na takich wyprawach po Europie dwa razy. I nigdy nie zdarzyło mi się, że ktoś otwarcie potępił taki sposób podróżowania, wyśmiał, że np. biwakujemy na stacji benzynowej czy rozbijamy namiot na dziko. Jednak w pewnych sytuacjach było zasadne pokusić się o trochę luksusu, np. hostel i nie ma co wtedy zgrywać żądnego przygód podróznika wbrew zdrowemu rozsądkowi, tylko po prostu wpisac to w koszty. Bez zensu jest ograniczanie do minimum kosztów (choć może byc to też jakieś wyzwanie :P), ale generalnie im kiedy sobie odmawiamy wygód, spotykają nas najlepsze przygody. Trzeba zachować zdrową równowagę 🙂

  • http://hannatravels.com/ Hanna

    czytam waszą dyskusję i mam wrażenie, że rozmawiam sama ze sobą, bo się ze wszystkim zgadzam 😀

  • Paweł Karwat

    Ekskluzywne podróże można porównać do teleportacji, a wielogwiazdkowe zakwaterowanie do hibernacji. Czasami odnoszę wrażenie, że ich głównym (i jedynym) celem jest zapewnienie 100% wygody. A przecież nie o to tutaj chodzi. Spanie na dziko nie jest czymś gorszym. Wręcz przeciwnie. To pewnego rodzaju wyzwanie, któremu trzeba sprostać. I tak jak zostało to wspomniane – przygoda. Powiem więcej, niezapomniana przygoda! Ujadające psy, dzika zwierzyna, wycie wilków po nocach, nocleg w myjni samochodowej albo na polu ornym (bo kemping wyglądał zbyt profesjonalnie) itd. Takie wspomnienia po pierwsze są, a po drugie pozostają na długo. I jeszcze jedno. Też jestem za zniesieniem napiwków!

  • http://poriomaniacy.blogspot.com Justyna Kloc

    Podrozujemy obecnie po Ameryca Poludniowej i staramy sie to robic tanio. Sa jednak rzeczy, na ktore pieniedzy nie skapimy: dobre lokalne jedzenie (najczesciej na rynkach, ale od czasu do czasu zdarza sie nam pojsc do poleconej nam restauracji) oraz zabytki (ale najczesciej nie muzea, bo te nas za bardzo nie pociagaja, a raczej ruiny, zabytkowe domy i kolonialne klasztory). Ostatnio jednak spotkalismy chlopaka, Argentynczyka, ktory podrozowal za przyslowiowy usmiech, a wedlug nas po prostu zerowal na innych. Oczywiscie korzystal z couch surfingu (spotkalismy sie u wspolnego hosta) i jezdzil autostopem, ale ciagle oczekiwal, ze wszyscy dookola go beda karmic, dawac mu mydlo, paste do zebow i jeszcze najchetniej papierosy i piwo, no bo on nie ma pieniedzy. No halo! Sa chyba jednak jakies granice „taniego” podrozowania. Jezeli ktos chce ci cos oferowac sam z siebie jak najbardziej mozesz to przyjac i jest to w porzadku, ale jesli ciagle o cos prosisz (bo inni maja wiecej od ciebie wiec przeciez moga sie podzielic) to chyba cos jest nie tak. Tak wiec chyba jak we wszystkim z zyciu i w tym tanim podrozowaniu powinien byc jakis umiar, bo podrozujac zupelnie bez pieniedzy traci sie caly sens podrozowania.

    Pozdrawiamy z Brazylii 🙂

    http://poriomaniacy.blogspot.com/

  • http://wojazer.co/ Marcin | Wojażer

    Ja uważam, że przede wszystkim najważniejsze jest to, że w „podróżującym narodzie” panuje różnorodność. Jedni jadą z wycieczką, bo po prostu kompletnie nie potrafią planować, albo ich to po prostu nie interesuje. Inni odkładają zarobione pieniądze i wybierają się w ciekawe podróże, które planują sami. Jeszcze inni stawiają na maksymalną przygodę i idą na żywioł.

    Z racji mojej pracy i pewnego ograniczenia czasowego, moje podróże, których i tak rok rocznie jest sporo, muszą być planowane z wyprzedzeniem. Kieruję się poglądem, że w czasach internetu, gdy świat naprawdę jest mały, zawsze, ale to zawsze, znajdzie się możliwość taniego zorganizowania wyjazdu. Trzeba tylko szukać, szukać i jeszcze raz szukać.

    Ja osobiście podziwiam ludzi takich jak Wy, którzy potrafią naprawdę tanio podróżować, jednak sam takiego modelu nie jestem w stanie wdrożyć. Ale cóż – piękno w różnorodności, prawda?

    Co do poznawania ludzi, szczególnie tych lokalnych, w miejscach, które odwiedzamy – osobiście uważam, że nie ma to związku z tym, jak podróżujemy, a bardziej z tym, jacy jesteśmy. Niektórzy po prostu mają łatwość w nawiązywaniu ciekawych znajomości. I pobyty w wielu miejscach pokazały mi, że jeśli się chce, zawsze uda się spotkać kogoś ciekawego!

    A tak na koniec – naprawdę fajny artykuł! Pozdrawiam!

  • themanbehindthecamera

    Obojetne mi jak kto podrozuje. Nie jest mi natomiast obojetne jak sie niektorzy zachowuja po powrocie z takiej podrozy. A odkad podrozowanie stalo sie powszechne i wrecz „modne” – co raz czesciej widze wlasnie tego typu dyskusje miedzy ludzmi. Licytowanie sie kto taniej, kto lepiej, kto wiecej i kto dalej. Czy po to sie podrozuje, zeby nawrzucac tysiac zdjec na FB i by znajomi piali z zachwytu badz usychali z zazdrosci? Wolalbym przeczytac artykul obnazajacy ludzkie motywy – po co ludzie podrozuja a nie kto ma wiecej racji, bo wiadomo, ze w naszym narodzie kazdy ma swoja niepodwazalna opinie..
    Trzeba troche to wyposrodkowac, bo nie ma sie co szczycic ani podroza „na biedaka” do Japonii z niecalym 1000zl w kieszeni ani tez tzw. wyprawą do Kenii gdy sie spedza czas w hotelu Rainbow Tours. Sam podrozuje tanio i prowadze bloga dla znajomych ale troche irytuje mnie to podroznicze celebryctwo, na fali ktorego rosnie pokolenie pseudoekspertow mowiacych jak lepiej sie poruszac po swiecie i co ogladac po drodze. Nie wiem po co tracic tyle energii na takie rozkminy. W koncu: „All those moments will be lost in time, like tears in rain”.

    • http://www.mateuszstachniuk.wordpress.com Mateusz Stachniuk

      true story, wszyscy jestesmy pozerami

  • Jędrzej

    Dla mnie dobrą opcją na tanie podróżowanie (przyznajmniej po Polsce) są wspólne przejazdy. Korzystam w sumie z kilku równolegle, w zależności gdzie znajdę interesujący mnie przejazd: yanosik autostop, blabla, grupy na fb i musze powiedzieć, że pociągami już w ogóle nie jeżdzę. Taniej, wygodniej i szybciej, no i można poznać ciekawe osoby 🙂

  • http://bezkalendarza.blogspot.com bezkalendarza.blogspot

    Podróżuję już drugi miesiąc. W Indiach poznałam wspaniałych ludzi z całej Europy i Świata podróżujących z plecakiem, budżetowo i na dziko. Wydaje mi się, że tylko my, Polacy, boimy się łatek z zewnątrz, bo tak na prawdę ludzie reagują raczej szokiem z zdziwieniem, niż pogardą. Trzeba być bardzo złym człowiekiem, aby naśmiewać się z plecakerów. Jestem właśnie na Sri Lance i pomagam lokalnej rodzinie rozkręcić knajpę. Przypadkowo. Od czterech miesięcy zero ludzi. Dziś puściłam Louisa Armstronga i wszystkie stoliki były zajęte. Wdzięczność rodziny, lokalne skromne obiady w zamian za moją pomoc.. nie rusza mnie, że zaoszczędzę (chociaż to oczywiście duży plus). Mnie rusza to, że z nimi żyję. Jem to co oni. Bawię się z pięcioletnimi bliźniaczkami i mówię w ich języku, że je kocham. Hotel? Luksusy? Luksus to ja mam w domu, bo mam łóżko i ciepłą wodę. Wszystko reszta to już dobrobyt ponad normę. Mam pralkę. Mam pralkę! Czy doceniłabym to i tak chętnie robiła pranie, gdyby nie dziesiątki godzin z proszkiem spędzone nad wiadrem gdzieś w południowych Indiach? Go go budżetowcy!