Wesołe miasteczko w Nepalu

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Będąc w podróży człowiek natyka się na miejsca dziwne i dziwniejsze, na pierwszy rzut oka odpychające, ale to właśnie ta niepewność, wywołana na ich widok, ostatecznie przyciąga. Często są to miejsca, które na swój sposób znamy, tyle, że w zupełnie innej formie i kondycji. Będąc małym chłopcem nigdy nie mogłem oprzeć się urokom wesołego miasteczka. Dziś nie robią już na mnie takiego wrażenia (chyba, że wymyślne rollercoastery), ale nie da się przejść obojętnie obok parku rozrywki położonego 10 tys. km od domu. Ta sama koncepcja zabawy, ale w tym przypadku lekko wyleniały materiał. Z tej okazji kilka słów o wesołym miasteczku w Nepalu.

 

Przyjechaliśmy do miejscowości Pokhara. To jedno z większych nepalskich miast, z reguły jeśli ktoś już jest w Nepalu to Pokharę odwiedza. Z kilku okolicznych wzgórz rozpościera się doskonała panorama masywu Annapurny, na jeziorze Phewa, które leży bezpośrednio przy mieście, bez problemu można popływać łódką czy łowić ryby, w dzielnicy turystycznej nie trudno o agencje organizujące paragliding, zaledwie kilka kilometrów od centrum znajdują się jaskinie pełnie nietoperzy i startuje stąd sporo różnych tras trekkingowych. Jeśli więc Kathmandu jest ekspedycyjnym i turystycznym sercem Nepalu to Pokharę z czystym sumieniem mogę nazwać wątrobą, płucami czy żołądkiem nepalskiego rynku wagabundów. Mimo tego, przyjezdnymi wypełniona jest praktycznie tylko jedna dzielnica, Lakeside, znajdująca się zaraz przy wspomnianym wyżej jeziorze. W pozostałej części miasta białe twarze pojawiają się bardzo wybiórczo.

W Pokharze postanowiliśmy spędzić kilka dni. Każdy z nich miał być przeznaczony na wybraną atrakcję. Nie było mowy o wyjściu na dłuższą trasę w góry – niestety nie mieliśmy na to czasu. Tak więc jeden dzień poświęciliśmy na łódkę, nazajutrz pożyczyliśmy rowery i objechaliśmy pobliskie jaskinie, był też czas na zdobycie otaczających Pokharę hopków i próba wypatrywania wierzchołków Annapurny zza olbrzymich, kłębiastych chmur (spełnione jedynie w 30%). Przyszedł też dzień, w którym postanowiliśmy zwyczajnie przejść się po mieście. Nie było w Pokharze żadnych zabytków, znanych budowli czy „obowiązkowych punktów programu” więc wybraliśmy się na luźny spacer na zasadzie „teraz pójdziemy trzy uliczki w prawo, potem jedną w lewo, potem 300 m prosto i zobaczymy co dalej”. Taka forma zwiedzania jest zawsze przyjemna. Nigdy nie wiadomo co się ujrzy za rogiem, dokąd się dojdzie, a każdy kolejny zakręt luzuje taki ciekawski, tajemniczy zapęd, który wytwarza się po drodze. Przy okazji to dobry sposób na poznawanie miasta „od kuchni”.

Tak doszliśmy na wzgórze, na którym znajdowała się hinduska świątynia. Rozejrzeliśmy się dookoła – normalny widok na najbliższą część miasta, nic szczególnego. Aż Patryk dostrzegł, że 4 ulice dalej „coś się kręci”. To był diabelski młyn. A skoro jest diabelski młyn to przecież powinno być też całe wesołe miasteczko! Wesołe miasteczko w Nepalu! Wcześniej nawet przez myśl nam nie przeszło, że na coś takiego możemy się natknąć.

A tu tak. Na środku zaśmieconego klepowiska stoi ogrodzenie z powyginanej blachy ukrywające zagadkowy park rozrywki. Wszystko jest tajemnicą, gdyż blacha nie jest przezroczysta (sic…) a przy tym także jest dość wysoka, widać z nad niej tylko diabelski młyn, który kręcił się tak szybko jakby ktoś ustawił go na podwójne przewijanie. Podeszliśmy bliżej do mocarnej bramki i w mikroskopijnej szparze, pomiędzy jedną blachą a drugą, kupiliśmy bilety wstępu (10 groszy).

W środku pustka. Oprócz nas na terenie wesołego miasteczka byli jedynie pracownicy tj. dwóch, 7-8 latków pilnujących wejścia (są na filmie poniżej), kobiety sprzedające pod ogromną białą plandeką zimne napoje (cola i woda) oraz kilka osób obsługujących urządzenia, z których chyba i tak 75% nie było na chodzie. Wszystkie karuzele i huśtawki wyglądały baardzo wiekowo i domyślam się, że musiały przebyć naprawdę długą drogę zanim znalazły się w prowizorycznym parku na obrzeżach Pokhary. Na pierwszy ogień wybraliśmy diabelski młyn, który chyba kręci się tak cały czas, bo jakby go całkowicie zatrzymać to nie wiem czy jeszcze byłaby szansa aby ponownie go napędzić. Podchodzimy do kasy, żeby kupić bilety na młyn ( 2 zł) i widzimy to:

diabelski młyn

Wow… Chłopaki siedzący cały czas przy zabawce potrzebują mocniejszych wrażeń, więc opatentowali sobie inny styl korzystania z koła. Dość wstrząsający. Przyznam, że na prawdę zamarliśmy. Ma gość jaja.

Nie koniec atrakcji związanych z młynem jeszcze za nim zasiedliśmy w jednym z przeżartych przez rdzę wagoniku. Cały mechanizm koła opierał się na taśmie i bardzo prostej konstrukcji stworzonej z kilku belek i zaworów, którą obsługiwał 16-letni kolega. Uśmiechną się zachęcająco i wskazał nam drogę do wejścia.

pokhara

Zachwiało to naszą pewnością siebie jeszcze bardziej, ale przecież bilety już kupione, no to jak mogliśmy nie pójść. Odsprzedać i tak nie było przecież komu. Zasiedliśmy wygodnie, zapięliśmy pasy i ruszyliśmy. Koło rozpędzało się zupełnie spontanicznie. Wagoniki bujały się jak wahadło w zegarze, a podłoga i ściany naszego były podziurawione jak po serii z porządnego kaema. Zrobiliśmy jedno kółko, drugie, szóste, jedenaste. W pewnym momencie dostałem sygnał od żołądka, że obiad chciałby już wysiąść. Ale jeszcze będę twardy, przecież zaraz powinniśmy skończyć. Zrobiliśmy trzynaste, czternaste, siedemnaste. Dobra, nie zatrzyma się samo z siebie. Wołamy z góry do młodego, że już się wybawiliśmy. On, że nie ma problemu, że już zatrzymuje i w tym momencie, gdzieś między tą taśmę a belkę wpycha spory, wyheblowany kij, którym hamuje całą maszynerię. Czapki z głów.

Wysiadamy i rozglądamy się za następną zabawką. Ja mam już dosyć, najchętniej to bym poleżał, Patryk też niespecjalnie znajduje coś dla siebie więc oglądamy tylko wystawiony sprzęt i zaraz się zwijamy. Wizyta była krótka, lecz bardzo intensywna.

wesołe miasteczko

Karuzele dla najmłodszych

Zaraz po tym jak się otrząsnąłem po tej szaleńczej jeździe zacząłem zadawać sobie pytania. Skąd to wesołe miasteczko się tu wzięło? Jak to możliwe, że zajmują się nim same dzieciaki? Kto tym wszystkim nadzoruje? Czy oni na tym w ogóle zarabiają skoro nikogo tu nie ma? Jaką drogę przebyły te wszystkie urządzenia, z których można skorzystać (bądź tylko tu stoją)? Dlaczego nikt nie martwi się o jakikolwiek standard bezpieczeństwa? Czy młyn się będzie kręcił dopóki sam się nie urwie?

Nie potrafię odpowiedzieć. Wtedy wydawało mi się to normalne, gdyż wiele rzeczy w Nepalu, a tym bardziej już w Indiach i działa prowizorycznie, ale po powrocie do domu, kiedy przywykłem już do starych standardów i kiedy teraz to piszę zdecydowanie bardziej zaintrygowany zacząłem nad tym myśleć. I dalej nie potrafię odpowiedzieć.

Jednego za to jestem pewien. Nigdy nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek zwykłe wesołe miasteczko wywoła we mnie tyle zaskakujących i szokujących emocji. Brakowało tylko baloników wypełnionych helem w kształcie postaci z Disney’a.

A poniżej krótki film obrazujący działanie wesołego miasteczka plus mały bonus.

bartek podpis

 

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • Zkurcwald

    w tym samym czasie byłam też tam byłam tyle że jednak wybrałam trekking masywem Annapurny który bym nie zamieniła na żaden inny odpoczynek 🙂 pozdrawiam