Bardia National Park i okolica

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Cel był prosty. Zobaczyć tygrysa. Ale nie w ZOO, ani w programie dokumentalnym na Discovery. Zobaczyć tygrysa w jego własnym domu, wpaść na wizytę, w odwiedziny bez zaproszenia. Mieliśmy całkiem niezłe namiary. Na południu Nepalu, na nizinie Teraj dysponowaliśmy dwoma aktualnymi adresami zameldowania. Park Narodowy Bardia bądź Park Narodowy Citwan. Wybraliśmy ten pierwszy, rzadziej nawiedzany i bardziej tajemniczy.

To było jednak bardzo górnolotne marzenie. Dziko żyjące tygrysy nie mają w sobie nic z modelek i rzadko pozwalają nacieszyć ludzkie oczy swoim unikatowym widokiem. Podeszliśmy do sprawy z dystansem znajdując też inne pozytywy wycieczki. Sam fakt odwiedzenia nepalskiego parku narodowego, w przytłaczającej większości porośniętego nieokiełznaną dżunglą, potraktowaliśmy jako celującą okoliczność do przeżycia nowej przygody, zaznajomienia się z nieznanymi dotąd warunkami bytu i zintegrowania się z egzotycznymi pijawkami. Na przypadkowe spotkanie czekały także krokodyle, małpy, nosorożce, słonie, diaspora robali i insektów i opatulająca tę całą zgraję zagadkowa flora. Nic tylko przewiązać czoło opaską Rambo, spakować do kieszeni garść ryżu, złapać mocno bambusowy kijek i w dzicz! Ale nie od razu…

Takie mieszkalne chatki kosztują Nepalczyków 4000zł za sztukę i stawia się je w 2 tygodnie

Tak jak nam się wydawało, do dżungli nie wchodzi się niczym do miejskiego parku. Na kilka rzeczy trzeba zwrócić uwagę, aby później nie potykać się o własne nogi, w trosce o bezpieczeństwo przyswoić garść informacji, wybrać na wejście odpowiedni moment i niestety załatwić sobie przewodnika. Prawny wymóg. Zakwaterowaliśmy się więc w schludnym (bo niemalże pustym) domku oczekując na odpowiednią pogodę przeprowadzając jednocześnie wywiad środowiskowy. Całkiem sporo nam opowiedziano, a kolejne wiadomości tylko pobudzały ducha przygody. Że przed nosorożcem najlepiej uciekać na grząski grunt bo tam wielgachny ssak już sobie zręcznie nie radzi, że przed wyjściem nie należy używać absolutnie żadnych kremów lub pachnideł bo to odstrasza zwierzęta, że tygrysy nie potrafią atakować od frontu, a jak już się znajdą za naszymi plecami w stosunkowo bliskiej odległości to nawet usilne prośby nie pomogą. I co najważniejsze, że przewodnicy z naszych bungalowów są oczywiście najlepsi w całej wiosce. Posiedliśmy więc elementarną wiedzę z zakresu dżunglistyki stosowanej, potrzebna była już tylko dobra pogoda. A tu jak na złość lało. Jeden dzień, drugi, trzeci, mały test na cierpliwość.

Wioska, w której mieszkaliśmy przez ten czas, Thakurdwara, to jedno z tych miejsc, gdzie kończy się droga. Niespodziewanie osada tętniła życiem, choć 40 lat wcześniej, gdy malaria miała tu swój prime time, lądowali tu przestępcy z wybitnie nieczystym sumieniem. Na ulicy i jej bocznych odnogach radośnie panoszyły się dzieciaki. Mnóstwo dzieciaków. Wszystkie poubierane w szkolne, niezatarte mundurki. Malowniczo prezentowały się te uśmiechnięte, skore do harców brzdące wciśnięte w wyłącznie jasnoniebieskie, granatowe i różowe, oficjalne uniformy. Cała ta rubaszność przetaczała się wężykiem przez trakt rozrywający na dwie połacie miejscowe wielkie, słoneczno-zielone ryżowe pole. Gdzieś tam w tle dzwonił rowerowy dzwonek, obok szumiał leniwy krok kobiet tachających na głowach pokaźne wory słomy. Od czasu do czasu spokój scenerii przecinał ostro pęd motocykla, których w Thakurdwarze naliczyć wielu nie można. Tak właśnie mijał nam czas gdy padało. Gapiliśmy się leniwie na otaczającą nas rzeczywistość.

Dzieciaki w Thakurdwarze czują się w swoich szkołach dość swobodnie

Aż przyszedł dzień dobrej pogody! 6 rano, szybko, prawie duszkiem pijemy po dwie FILIŻANKI herbaty i ruszamy w groźny las! Bambusowy kijek w dłoń, opaska Rambo na łeb, ryż do kieszeni (no akurat ryż jednak nie bo funduszy za brakło) i wkraczamy w dżunglę rozglądać się za tygrysem! Prowadzi nas dwóch, oczywiście najlepszych w wiosce przewodników więc jakże wysokie mamy szanse!

A zaczęło się rzeczywiście obiecująco. Już po pokonaniu kilkuset metrów natknęliśmy się na pierwszą, zdziwioną naszą obecnością łanię. Zaraz potem przez szuwary gnomim kalopem swoją obecność zasygnalizowała dzika świnia, nie zapomniały się przedstawić pijawki i kolorowe ptaki. Po przejściu części podmokło-bagnistej dotarliśmy na rzekę. Dosłownie na sekundę z wody łeb wynurzył krokodyl, a ponad nurtem przez ledwo trzymający się most ospale przedefilowało stado małp. Rozkręcaliśmy się z momentu na moment, nadzieja na spotkanie tygrysa wydawała się być coraz mniej naiwna.

dzikie zwierzęta

Nawet w dżungli trzeba czasem postać w kolejce

Aż dotarliśmy do…

-„Be quiet guys, this is the best place to see wild animals. Be really quiet”

… kluczowego miejsca obserwacji.

Wspięliśmy się na wysokie drzewa i zaczęło się niespokojne wiercenie się między gałęziami w oczekiwaniu na pojawienie się wymarzonego celu. Czekamy, wypatrujemy jak Krzysztof Kolumb brzegów Indii. Coś drgnęło w wysokiej trawie! Przewodnik woła Looook! Looook here! Serce staje i … widać przycupniętego przy brzegu rzeki żółwia. Pobite gary, fałszywy alarm. Siedzimy dalej. W skupieniu i konsternacji zapominam o mrówkach, które oblazły mi rękę traktują ją jak kolejną gałąź. Czuje, że wrastam w dżunglę. Mija pół godziny, mija godzina. Nic nowego. Ktoś przyszedł, inni turyści, zrobiło się tłoczno choć to tylko 5 nowych osób. Zmieniamy miejsce. Przedzieramy się przez krępe zarośla nie będąc do końca pewnym gdzie my tak naprawdę dalej idziemy. Ciekawość dodaje sił zmęczonym nogom i daje ukojenie narastającemu uczuciu zwątpienia. Docieramy na nową miejscówkę. Spokojną i zdecydowanie bardziej oddaloną od głównego „szlaku”. Lecz tutaj również tygrys się nie pojawia. Napięcie opadło całkowicie, upłynęło już sporo czasu. Przenosimy się na oklepaną wieżę widokową skąd widać znaczną niezalesioną część parku. Przed granicą lasu pasie się stado jelonków. Podziwiamy. Są udomowione słonie, na które po trąbach wchodzą ich opiekuni, nawet nosorożec chwilowo wywlókł na widok swój zad, ale do pełni szczęścia brakło kontaktu z pręgowatym kotem. Cóż, trudno, następnym razem. Pora wracać.

Park Narodowy Bardia

Nasze bocianie gniazdo

W drodze do bazy trafiamy jeszcze na ślady. Prawdziwe, klarownie odciśnięte w błocie porządne łapska dają nam w głowach intensywny obraz tego, co mogliśmy zobaczyć. Kroczymy jeszcze jakiś czas z myślą „A może jednak?!” Wyglądało na to, że kociak kroczył tą samą ścieżką co my poprzedniej nocy. Dawka pozytywnych emocji uderzyła na chwilę do głów, ale nie trzeba było długo czekać na otrzeźwienie. Ostatecznie nie udało się przeciąć wzajemnych szlaków.

Bardii poświęciliśmy również jeden z odcinków naszego programu:

Szkoda, ale i tak było wyśmienicie. Spacer przez dżunglę był doświadczeniem zupełnie nowym, przedsmakiem tego, co być może będziemy jeszcze robić w przyszłości. Ekwilibrystyczne kształty drzew, ekwilibrystyczne kształty robali, nowe dźwięki, zapachy, nowe zadrapania obudziły w duszy pierwiastek eksploratora, który jakoś coraz ciężej jest nam w sobie wzruszyć na prawdę. Sceneria naprawdę wyjątkowa, tym bardziej mając świadomość, że zaledwie 200km na północ znajduje się już najwyższe na całym świecie pasmo górskie. Przy dobrych wiatrach jednego dnia da się latać po gęstym lesie, a następnego wykładać nogi na hamaku oglądając ośmiotysięczniki. Niespotykanie możliwości, wydaje się, że Nepal ma to na wyłączność, choć nie jestem pewien. Wrażenia nie do zapomnienia. A tygrysa w sumie i tak udało się zobaczyć:

Bardia National Park

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

-Jechaliśmy od strony zachodniej z miasta Mahendranagar. Dojechać należy do miejscowości Anbasa (bilet 300 rupii, ok. 12 zł)

-Z Anbasy trzeba dotrzeć do miejscowości Thakurdwara. Nie ma z tym problemu, wysiada się zaraz przy drodze prowadzącej doń, a transport momentalnie oferują właściciele bungalowów. My szliśmy do Thakurdwary na piechotę. Jest 13 km, trochę przez las, większość po drodze przez wioski. Można też pojechać autobusem, których jest kilka. Wiemy, że jeden jest koło 15. Kosztuje ok. 40 rupii. Łatwiej jest z Thakurdwary wyjechać. Kilka busów rano (6:00, 7:00 i później), dokładnie info na miejscu. Jest w wiosce tabliczka z rozkładem jazdy. Również około 40 rupii.

– W Thakurdwarze działa około 15 hoteli/bungalowów. Dobrą ceną za noc jest kwota od 200 do 300 rupii. My spaliśmy w ośrodku King Fisher. Bardzo fajne domki https://www.facebook.com/pages/Bardiya-kingfisher-resort-bardia-nepal/111236262231492 aczkolwiek właściciele, mimo że coś tam pogadają to raczej nastawieni na zdzieranie kasy

– W samej wiosce nie ma restauracji gdzie można by zjeść posiłek (przynajmniej nie w sezonie). Jeść trzeba więc tam gdzie się śpi. Ceny wyższe niż normalnie. Około 150-300 rupii (6-12zł) za posiłek. Herbata za 20. Do dżungli można dostać pakiet (ryż, sok, coś tam jeszcze) za ok. 200 rupii (8zł).

-Ceny: wstęp do Parku kosztuje 1000 rupii (40zł), przewodnik od. 500 do 2000 rupii (20-80zł) za dzień. Zależy od umiejętności targowania się i umiejętności przewodnika. Aczkolwiek nie radzimy inwestować sporo w przewodnika, gdyż turyści prowadzeni są i tak w te same, najpopularniejsze miejsca, chyba, że ktoś ma ambicje pochodzić po dżungli coś więcej. Takiego najgorszego też brać nie radzimy. Przewodnik jest obowiązkowy.

– Jeśli ktoś nie zobaczył krokodyla, zwierzaki te można zobaczyć w klatce przy wejściu do Parku.

– Dobrze ubrać się w długie spodnie i w bluzę z długim rękawem aby się zbytnio nie pochlastać i nie zostawić pijawkom pola do popisu.

– Nie można spędzić nocy w Parku. Wchodzi się wcześnie rano, a wyjść należy przed całkowitym zachodem słońca.

– W Thakurdwarze brak jest opracowań na temat samego Parku więc jeśli ktoś się interesuje lepiej oczytać się wcześniej.

– Prąd jest zależnie od pory dnia, ciepła woda raczej nie stanowi problemu. Nie ma co kupować wody butelkowanej, wystarczy zapytać o studnie. Woda jest ok, sprawdzaliśmy:)

– Dookoła jest spore pole ryżowe, lepiej zadbać o dobrą moskitierę jeśli nie chce się zostać podziurawionym.

– Oprócz chodzenia po Parku można także skorzystać z safari na słoniu lub safari jeepem. Wszystko odpowiednio droższe.

– W porze monsunowej jest zdecydowanie mniej turystów i warunki do chodzenia po Parku są lepsze. Minusem są jednak trawy, które nie pozwalają często dostrzec zwierząt. Jednak nie wyobrażam sobie za bardzo łażenia po Parku w sezonie i szukania dzikich zwierząt w towarzystwie 30-40 innych osób, które przemieszczają się równolegle.

– Jeśli potrzebujesz jeszcze jakiś informacji na temat Bardia National Park pisz w komentarzu lub na pzpodrozy[at]gmail.com. Chętnie pomożemy!

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.