Kierowcy jak z bajki vol. 1

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Jeżdżąc stopem, chcąc nie chcąc, poznaje się mnóstwo ludzi. Niektórych zapomina się już 5 minut po opuszczeniu auta, z innymi przez jakiś okres utrzymuje się kontakt i niekiedy ich wspomina, ale są też i take sylwetki, które prędko z głowy nie wypadają. W mojej pamięci też zapisało się kilka takich postaci, a że czasami nasze wyjazdy wydają mi się być spełnieniem marzenia kalibru przeniesienia się do rzeczywistości z ulubionej dobranocki z dzieciństwa to postanowiłem porównać kilku najbardziej charakterystycznych kierowców z jakimi mieliśmy przyjemność jeździć do bajkowych postaci.

 

Gumisie Gumisie – ekipa przyjaznych i towarzyskich Chorwatów z Metkovic dopadła nas późnym wieczorem na plaży przy granicy z Bośnią, gdzie czekaliśmy, aż ostatni kuracjusze opuszczą wybrzeże i pójdą spać. Wtem znikąd pojawił się van, z którego wyskoczyła ekipa rozbawionej młodzieży. Od razu przyciągnęliśmy uwagę rozbrykanych tubylców. Zainteresowali naszą obecnością od razu przeszli do swoich towarzyskich rytuałów i poczęstowali nas gumisokiem. Nie trzeba było długo czekać i już po chwili mieliśmy tyle animuszu co oni. Zachęceni ich uprzejmymi prośbami wskoczyliśmy do gumipojazdu, w którym udaliśmy się do gumiśowej miejscowości na specjalny, nocny mecz piłki nożnej. Tam rozegraliśmy kilka pokazowych spotkań, których wyniki znacząco poprawiły polską pozycję w rankingu Fifa. W nagrodę za dobre wyniki menager drużyny przeciwnej załatwił nam ekskluzywny nocleg w vanie szefa myjni samochodowej, w której dorabia sobie, gdy nie musi martwić się o swoją kadrę.

 

Wilk Czerwony KapturekWilk z czerwonego kapturka – macedoński kierowca-cwaniak stanął na naszej drodze przy szosie pod Skopje. Z pozoru wyglądał groźnie. Zarost na serialowego mafiozę, czarne, owalne okulary, skórzane rękawiczki i niepokojąco pewny siebie ton głosu. Zaproponował, że zawiezie nas za 15 Euro. Mało doświadczeni w autostopowych sprawach szybko się zgodziliśmy, aby zaoszczędzić na czasie i czym prędzej dojechać do upragnionej Grecji. Po drodze kierowca mizdrzył się, podlizywał i był na siłę uprzejmy. Poczuliśmy lekką nutkę niepewności i smród oszustwa, ale twardo zdecydowaliśmy się jechać dalej. W końcu dotarliśmy do Salonik. Wysiadamy, wyciągamy z bagażnika plecaki i przystępujemy do zapłaty za wyświadczoną nam usługę. Przyszykowane 15 Euro przekazuję macedońskiemu kierowcy, a on nagle żąda dwudziestu! Skandal, kłótnia i bardacha. Grozi nam policją, gdzieś wydzwania, pokazuje, że jest taksówkarzem i jak nie zapłacimy mu tych 5 Euro więcej to będziemy musieli zapłacić 100 już po tym jak nas schłostają na posterunku. Nic z tego jesteśmy twardzi i się nie dajemy. Ciągle nam wygrażając, chciałoby się powiedzieć sprytny lisek, ale w to jednak wilk, wsiada do merca i odjeżdża. Znów czerwony kapturek uszedł cało z opresji.

Baba JagaBaba Jaga – Naszą wyjazdową Babą Jagą okazał się być pewien portugalski kusiciel w średniej marki samochodzie. Jedyna różnica polega na tym, że nie kusił on słodyczami i łakociami, a cielesnym zbliżeniem. Za podwiezienie o kilkadziesiąt kilometrów życzył sobie kilka uścisków i buziaków w miejsca, w które babcie na imieninach całować nie przywykły. Wytrwaliśmy jednak w cnocie i czystości, mimo że ruch był żaden i szansa na zatrzymanie nieskalanego samochodu graniczyła z cudem. Próbował więc, niczym szatan, kusić nas kilkukrotnie, lecz nic mu było po tych cmokliwych podchodach. Jaś i Małgosia Jaś nie dali się wciągnąć do ‚chaty Baby Jagi’ i nazajutrz musieli skorzystać z transportu publicznego.

kubuś puchatek

Kubuś Puchatek – to bez wątpienia Turek, który przewiózł nas przez całą swoją ojczyznę w trakcie naszego odwrotu z Gruzji. Dlaczego Kubuś? Utkwił mi w pamięci jako trochę niezgrabny, zabawny, ‚głupiutki’, ale dobry człowiek. Cała jego dobroć płynęła jednak prosto z serca i była zupełnie bezinteresowna. Zawsze dzielił się z nami swoim miodkiem i akurat podczas naszej, wspólnej wycieczki nigdy go nie brakowało. Faktem jest, że przez całą drogę wymieniliśmy może ze 4 zdania, ale uwierzcie nam na słowo – ten język ze Stumilowego Lasu jest na prawdę trudny do zrozumienia. Mimo bariery językowej bardzo się cieszę, że poznaliśmy tam prawdziwego przyjaciela. Kto wiem, może następnym razem natkniemy się ta Tygryska albo Prosiaczka?

 

BatmanBatman – Prosto z czteropasmowych dróg Gotham City na rozpalone od słonecznego żaru albańskie szosy przybył na spotkanie z nami Batman we własnej osobie. Zapoceni, w trudzie i znoju, maszerowaliśmy ku granicy z Czarnogórą. Romskie dzieci wisiały nam na plecakach jak bombki na świątecznych choinkach i już nawet miejscowi rolnicy wychodzili z domów i częstowali nas wodą niewiadomego pochodzenia. Nagle przy jednym z dziurawych płotów zatrzymał się błyszczący czerwony Batmobil. Batman prostym skinięciem głowy przywitał się z nami i zaprosił nas na miejsce Robina. Zawadiacko wskoczyliśmy na pokład i już po chwili pruliśmy w stronę granicy. Trasa nie należała do najprostszych, ale styl jazdy Batmana był tak pewny, że to raczej nie my, a przepaście za zakrętami dostawały ataku paniki na samą myśl, że Batmobil mógłby w nie wpaść.

[youtube width=”560″ height=”320″ video_id=”GSwSdC_VOrc”] Babia Wieżba – Zawsze służy dobrą radą, pomaga i zna życie od podszewki. Takiej osobistości potrzebowaliśmy podczas naszej debiutanckiej, wyjazdowej kłótni. Poszło o bardzo ważną sprawę. Patryk chciał łapać stopa na przystanku, a ja 50 metrów dalej. Nie dało się dojść do porozumienia więc kosa. Usiedliśmy na dwóch osobnych kamieniach w odległości 20 metrów od siebie i czekaliśmy, który pierwszy ustąpi. Nie upłynęło dziesięć minut, a pomocną dłoń wyciągnęła do nas Rosjanka. Tak! Rosjanie jednają Polaków w Czarnogórze. Autostop sam do nas podszedł i zapytał co jest nie tak, jak może nam pomóc i gdzie nas podwieźć. Oczy zaświeciły nam się jak za dotknięciem magicznej różdżki i w moment wszelkie swary zostały zażegnane. Gdzieś tam, w Ameryce Północnej, serce prawdziwej Babci Wieżby urosło nagle jak na drożdżach.

Rodzice Jetsons

Zawsze porządni i czyściutcy Jetsonowie – o takich ananasów zahaczyliśmy jadąc do gruzińskiej Swanetii. Kilkanaście centymetrów nad jezdnią suną bogaty, kosmiczny, sterylnie czysty kamper. Wszystko super technologia! Gdy się zatrzymał pomyśleliśmy, że skończyło im się paliwo rakietowe, ale nie! To dla nas! Jedziemy! Pani Jetson urodziła się w Mołdawii, pan Jetson korzenie ma słoweńskie. Zapraszają nas do wnętrza swej machiny. W środku, w naszej astralnej kajucie nie potrafiliśmy nawet sami zamknąć okna. To bardzo zaawansowana technologia zamykania okien była. Pani Jetson poprawiała po nas za każdym razem. Drzwi wejściowych też nie daliśmy rady sami zamknąć. Dobrze, że Pani Jetson przerwała na chwilę międzygalaktyczną nawigację i dociągnęła zasuwę do końca. Specjalne ultrasonary prowadzące przez wąskie serpentyny Swańskich gór nie szwankowały, ani przez chwilę. Na miejscu przez moment wydawało mi się, że Jetsonowie pomylili planety, ale jednak nie. To własnie tu chcieli przylecieć. Lądowanie zakończyło się pełnym sukcesem, a nam już nigdy później nie było dane stanąć na pokładzie takiego wahadłowca.

A jak u Was z tymi sprawami ?

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • P

    Forma artykułu absolutnie mistrzowska, czytam to już trzeci raz! Rewelacja! 🙂

  • Kasia

    Forma mistrz !