Tbilisi retro

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Po tych wszystkich niecodziennych przygodach, wpadaniach w szczeliny, napadach w środku lasu i wyścigach zwalniamy tempo żeby opowiedzieć o burzonej 28 razy gruzińskiej stolicy, którą wiele osób lepiej zna dzięki drużynie grającej w eliminacjach do europejskich pucharów niż lekcjom geografii. Będzie to tekst zdecydowanie bardziej opisowy. Metafory kosztem wybuchów i akcji. Po jego przeczytaniu każdy pozna odpowiedź na pytania czy tam na wschodzie żyje się w glinianych chatkach, kim jest matka Gruzja, gdzie zaraz po mszy można przejechać się 60metrowym rollercoasterem, jak trafić do odpowiedniej marszrutki na dworcu, czy gruzińskie druhny to fajne laski i specjalny bonus dla płci pięknej – jakich rozmiarów jest największa na świecie podpaska, której każdy może w dowolnej chwili użyć. Doprawiam tekst fotkami z XIXw. bo jak wiadomo nasze nie wróciły razem z nami.

Do Tbilisi wpadliśmy wracając z Kazbeku. Było to jedyne spore miasto na naszej dość spontanicznie kreowanej trasie. Zależało nam na szybkim znalezieniu noclegu. Trafiliśmy do guesthouse’u Sofiko. Za 12 lari można się przykleić do łóżka i do tego napisać artykuł. Położone w dolinie rzeki miasto rozciąga swoje zabudowania na okoliczne wzgórza po obu jej stronach. Stolica jest bardzo wąska,  na całej swej długości przyklejona do Mtkvari dzielącą ją na lewy i prawy brzeg. W książce z 76 napisali, że w najszerszym miejscu miasto miało 5km a w najwęższym 1,5 więc teraz już pewnie czujesz o co chodzi.

 

Od środka Tbilisi wygląda jak uśmiech przez łzy z przewagą uśmiechu. W wielu miejscach jak w gówno wdepnąć można w pozostałości po niewesołych czasach  socjalizmu, lecz miasto rozwija się na modłę europejską i coraz więcej tutaj świecidełek oraz renowacji.  Już po 15 minutach spacerowania po centrum wiedziałem, że to miasto zostanie moją ulubioną stolicą. Nie taka wielka jak Rzym, gdzie bardziej męczy harmider niż cieszy piękno budynków.Nie jest to światowe centrum czegośtam, co atrakcyjne wygląda tylko na papierze.Tbilisi wolne jest także od napompowanych grubymi rybami pokazów mody, przez które na miasta spływa sztuczny splendor.  Nie ma w centrum przepustowych, szerokich ulic przypominających autostrady, nie ma rynku z pięknymi strzelistymi kamienicami w barokowym stylu, nie ma drogich i ogromnych galerii handlowych, ani międzynarodowego dworca autobusowego z tablicami w 4 językach. Metro jest w standardzie PKP, komunikacja miejska wciąż czeka na swoją drugą młodość i w całej stolicy są jedynie trzy McDonaldy! (skandal..)

Czym więc tak się podniecam?


Gołym okiem widać, że czas płynie tutaj wolniej niż w przeciętnej, europejskiej stolicy nie mówiąc już o Nowym Jorku czy Bangkoku. Czułem się tam bardzo lekko i to nie ze względu na to, że spacerować mogłem bez dodatkowych 20kg na plecach, ale po prostu centrum generowało atmosferę, która pozwalała wyluzować się jak na wsi . Miasto w ogóle nie jest, jak to się mówi po angielsku, overcrowded. Na dodatek mnóstwo cienia, sporo zieleni, ciche zakamarki i przestrzeń. W wielkich stolicach często chce się tylko dotrzeć od atrakcji do atrakcji: -Ok zaliczyliśmy Luwr, jak teraz do diabła dostać się pod Notre Dame ?! Tutaj chcesz po prostu spacerować i zmieniać knajpki. Mimo tego Tbilisi ma kilka miejsc, z których słynie. Aleja Szota Rustawelego to główna ulica w centrum prowadząca na stare miasto. Przy niej znajduje się gmach opery, parlament, butiki, sklepy z pamiątkami, restauracje i główne muzea. Takie połączenie warszawskich alei Ujazdowskich i Nowego Świata. Kościół Mamadaviti położony na wschodnim zboczu wzgórza Mtatsminda, byłby pewnie moim ulubionym gdybym chodził do kościoła. Kilkadziesiąt metrów wyżej, na szczycie tego wzniesienia znajduje się spory rollercoaster. W krótkim odstępie czasu zaspokoić można nie tylko potrzeby duchowe, ale i zapewnić sobie mały zastrzyk adrenaliny. Jeśli ktoś pragnie jednak pozostać nadal w skupieniu i duchowej zadumie obok stoi diabelski młyn.

Widok alei Szota Rustavelego w XIXw.

Mamadaviti church - rollercoasterowy kościół. Mam jednak wątpiliwości czy w czasach, w których zdjęcie zostało zrobione można było z niego korzystać.

Podziwiając panoramę warto przespacerować się na sąsiednią górkę gdzie stoi 20 metrowa Matka Gruzja(Kartis Deda) – symbol kraju. Matka Gruzja jak wszyscy wiedzą, bo wszędzie jest to o niej napisane – trzyma w jednej ręce miecz, który symbolizuje waleczność, a w drugiej czarę z winem – oznakę gościnności. Stąd już tylko rzut beretem do twierdzy Narikala z której pozostały głównie ruiny, ale wiadomo oglądanie panoramy tak umiejscowionej stolicy z zamku to co innego niż oglądanie jej z łysej polany.

Teraz wystarczy zejść 10 minut w dół żeby rozłożyć się w wygodnym fotelu eleganckiej knajpki i zjeść pożywne chaczapuri. Tutaj wszędzie jest blisko.

Wybrałem jednak inną drogę i zszedłem w część starego miasta gdzie turyści nosa zbyt często nie wtykają. Kamienice prezentują się tutaj jakby tydzień temu kręcono tu sceny do „Zakazanych Piosenek”. Wciąż kupuje się tu w małych, prywatnych sklepikach ulokowanych na parterach kamienic. Sprzedawczynie stoją w progach bacznie wyglądając klientów. Obok tych sklepów na prowizorycznych taboretach siedzą babulki sprzedając z kartonów pomidory po cenach, za które polscy studenci dali by się poszatkować. Poranne dialogi sąsiadów w tej dzielnicy zdecydowanie częściej wyglądają jak : -Cześć Misza, chodź pomóc popchać Ładę, bo ta landara znowu nie chce palić niż -Dzień dobry panie Gatesshivili, jak tam notowania Gazpromu? Nie chce przez ten opis przekazać, że jest tam bieda. Wystarczy przypomnieć sobie polską erę sklepów Społem i pierwszych chodników z kostki brukowej. To nie do końca to samo, ale ten klimat. Pewnie nawet w niektórych kioskach można dostać gumy-kulki i Turbo. Nie wiem jak Ty, ale ja to kupuję.

Wzgórze z twierdzą

Ciągnąc dalej temat zabytków, najciekawsze w Tbilisi do zwiedzania są kościoły. Mamy kilka pozycji z IXw-XIIw. oraz największą gruzińską katedrę – Samebę. Tam właśnie uczestniczyliśmy w ślubie. Goście siedzą równo w ławeczkach, ojciec panny młodej roni pierwsze łzy od wielu lat, organista gra wzniosłe pieśni. W kościele tworzy się specjalna atmosfera, każdy skupiony jest na młodej parze. Jeśli dobrze pamiętam, tak wygląda to u nas w kraju. Tam oprócz tego, że odbywa się ślub ludzie spacerują po kościele, sprzedaż dewocjonaliów się kręci, a państwo młodzi oprócz założenia sobie obrączek mają też inne zadania do wykonania. Namiastkę tego jak to wygląda i jak się mają gruzińskie druhny można zobaczyć w poniższym filmiku.

 

Kościół Metechi i pomnik Wachtanga - legendarnego założyciela Gruzji

Drugi ślub zaliczyliśmy w kościele Metechi przedstawionym na zdjęciu powyżej. Pierwsza sakralna budowla powstała w tym miejscu już ponoć w V w. więc ma spore znaczenie historyczne. Zresztą popatrz jak wiekowo wygląda.

Docieramy wreszcie do momentu oglądania Tbilisi by night. Wtedy miasto staje się najbardziej urocze. Jeśli będziesz miał okazję do zabrania dziewczyny do Tbilisi tylko na chwilę zrób to wieczorem. Jeśli jesteś dziewczyną nalegaj żeby chłop zabrał Cię tam po zachodzie słońca. Władze miasta nie oszczędzają na oświetleniu. Mnóstwo budynków, czy to zabytkowych czy nie, ma własne iluminacje. Ponadto, wszystkie te stare kościoły i inne charakterystyczne budynki stoją w nocy w promieniach specjalnego oświetlenia. Wszystko to doskonale widać z przyrzecznego deptaka, gdzie niedawno uruchomiono tańczącą fontannę.  Skupia ona uwagę połowy przechodniów. Oprócz dźwięku, światła i wodnej choreografii, na mgle, która unosi się ponad wodą, wyświetlane są animacje tańczącej pary lub ruszających się nutek. Awesome. Z jednej strony promenady na drugą można przejść korzystając z podpaski. Tak właśnie wygląda nowy, świecący się nad Mtkvari most. Nie jest to mój osobisty wymysł, taką nazwą ochrzcili go sami mieszkańcy. Jeszcze lepszą atmosferę można odnaleźć na wzgórzu nieopodal Matki Gruzji. Znajdują się tam schowane między iglakami ławeczki, z których doskonale widać świecące się, spokojne Tbilisi.

Didude Station to główna stacja autobusów w Tbilisi. Nie istnieje tutaj nic takiego jak budynek dworca, gdzie znajdowałaby się informacja, kasy z biletami czy rozpiska odjazdów. O miejsce postoju upragnionej marszrutki należy wypytywać kolejnych kierowców. To najszybszy sposób na to, aby sprawnie trafić na miejsce odjazdu. Za bilety płaci się najczęściej przy WYSIADANIU z busa. Drugie wyzwanie to zajęcie miejsca w pojeździe. O tym kto pojedzie decyduje czasem zwierzęcy instynkt. Niekiedy 25-30 osób czeka aż marszrutka zostanie podstawiona. Najczęściej jednak nie ma potrzeby się pocić – kierowca nie pozwoli nikomu zostać. Przejażdżka niejednym takim pojazdem będzie wspomnieniem na lata. Wiele maszyn wożących pasażerów to 20-30 letnie ciężarówko-traktory czy kamazopochodne maszyny. Co ciekawe, może i są zardzewiałe, karoseria pokiereszowana, a przednie szyby pęknięte, ale auta wciąż są na chodzie i nie wygląda na to żeby często musiały odwiedzać warsztat.

Przez dworzec przewija się mnóstwo ludzi więc jest to doskonałe miejsce na obnośny handel. Cała przestrzeń dookoła zapełniona jest sklepikami i stoiskami. Kasyna, sklepy z dewocjonaliami, warzywniaki, muzyczne, pierdoły i pierdółki. Dodatkowo do czekających na odjazd busów zaglądają drobni sprzedawcy oferując m.in pastę do zębów, scyzoryki, pampersy i inne takie tam. Na drogę. Nie tylko ten dworzec, ale ogólnie dworce w Gruzji sporo różnią się od naszych. Nie powiem, że są orientalne czy egzotyczne, bo tak nie odczułem. Wyglądają na chaotyczne i powiedzmy, że ich działanie jest oparte na udzielaniu zaufania kierowcom, które jest dla miejscowych niepodważalne. Żeby udanie odbyć podróż gruzińskim publicznym środkiem transportu trzeba zrobić tylko dwie rzeczy: znaleźć pojazd i zaufać kierowcy.

Z Tbilisi chcieliśmy wydostać się pociągiem. Ta stacja jest zdecydowanie bardziej rozwojowa. Żeby dostać się do kas na perony przejść trzeba przez spore centrum handlowe pełne butików zachodnich firm. Mimo iż sklepy kuszą zza witryn markowymi ubraniami i promocjami tłumów nie było widać. Właściwy dworzec jest bardzo schludny. Sporo kas, są nawet automaty do kupowania biletów. Jeden minus – wszystko napisane alfabetem gruzińskim. Istnieją na szczęście przyjazne panie w pracowniczych uniformach, które z uśmiechem na twarzy pomogą się odnaleźć. Dodatkowy plus za to, że bilety na kolej są naprawdę tanie. Trasa Tbilisi-Zugdidi(pewnie z 300km) jest do pokonania za 5 lari (8-9zł) w 3 klasie. Nie wiemy niestety jak standard tych wagonów wygląda bo dla nas biletów brakło i obeszliśmy się smakiem.

Po raz kolejny żałuję, że nie mamy tych zdjęć. Nie możemy pokazać tych wszystkich, ciekawych metalowych figurek pochowanych w centrum miasta, młodych ludzi bez zastanowienia kąpiących się w fontannach, ciekawych graffiti, wspaniałych drewnianych balkonów, arbuzów 50gr/kg i pewnie jeszcze 15 innych rzeczy, które właśnie wyleciały mi z głowy. Kolejny powód żeby tam pojechać znów.

Więcej o Tbilisi:

http://www.info-tbilisi.com/ – wszechstronne info o stolicy Gruzji

http://www.tbilisiairport.com/en-EN/Pages/Main.aspx – strona lotniska

A Tobie jaka stolica podoba się najbardziej?

<<<Czytaj wcześniejszy post z Gruzji                                                          Czytaj kolejny post z Gruzji>>>

Mapa:


Wyświetl większą mapę

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • Pszygedna

    Bardzo ładne. Może tylko te okołopolityczne, spłaszczone frazesy zbędne – bo świadczą o przerażającej ignorancji młodego pokolenia. Ale w całości – bardzo, bardzo sympatyczne

  • Marshmallow0808

    Od 4 lat jestem zakochana w Gruzji. W końcu na 18 urodziny dostałam wymarzoną wycieczkę do tego kraju. Wyruszam w przyszłym tygodniu i po przeczytaniu powyższego opisu Tibilisi żałuję, że będę tam tylko dwa dni. Mimo, iż jeszcze nigdy tam nie byłam, mam wrażenie, że wywiezione stamtąd wspomnienia na długo wryją mi się w pamięć.

  • Kowalskijurek

    byliśmy 2 tygodnie, widzieliśmy, najpiękniejsza stolica świata.

  • Dagmara

    Mała uwaga: DiduBe