Południowe Morawy. Tu najlepiej rozpocząć przygodę z Czechami

Honza i jego przyjaciel Jirka prują czerwonym fiatem między falistymi winnicami, uciekając przed policją. To jedna z wielu scen filmu „Młode Wino”, która obudziła we mnie zainteresowanie krainą południowych Moraw. Chciałem, tak jak oni, przejmować się pagórkowatymi krajobrazami i w wilgotnych piwnicach opijać się winem. By przenieść się w ich świat, wystarczą cztery godziny jazdy z Krakowa.  

znojmo-city-czech

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Byłem naprawdę strasznie napalony na to, co zobaczyłem w filmie. Właściwie od pewnego czasu byłem napalony na całe Czechy. Ale za nic nie chciałem rozpoczynać poznawania ich od Pragi. To by było zbyt oczywiste, a oczywistości w podróżach powoli stają się dla mnie bolesne. Wolałem zakraść się do ich świata, wejść tylnymi drzwiami, od zaplecza. Teraz już wiedziałem gdzie ich szukać.

Zaczęło się od Brna. Brno, drugie pod względem wielkości czeskie miasto, jest naturalnym miejscem postoju lub przesiadki dla osób podróżujących z Polski dalej na południe. W Brnie tak właściwie można zaciągnąć się po raz ostatni wielkomiejskim powietrzem i przystanąć w cieniu olbrzymich gmachów. Później takiej możliwości już nie będzie.

Później wpatrywać się można już tylko i wyłącznie w delikatne, ale to naprawdę idealnie delikatne wzgórza pokryte winnicami. Do wdychania pozostaje woń wydostająca się z kieliszków. Na wieczory kotwiczyć trzeba w którymś z przecudownych miasteczek. Ustrzeliłem takich portów kilka. Stały się dla mnie kwintesencją południowych Moraw, na spółkę z błogostanem leniwych i pagórkowatych przestrzeni.

Znojmo

Najpierw trafiłem do zagnieżdżonego w jednym z zawijasów rzeki Dyi Znojmo. Przed wyjazdem obejrzałem kilka zdjęć Znojmo i nie spodziewałem się żadnej spektakularności. Sądziłem raczej, że miasto jest interesujące ze względu na swoje położenie (zaraz za jego granicami rozpoczyna się Park Narodowy „Podyje”) i stanowi świetną bazę wypadową dla wędrowców. Bez wątpienia tak jest. Cała sieć szlaków zaczyna się, przechodzi, bądź kończy w Znojmo. Planując wycieczkę po okolicy ciężko nie uwzględnić miasta w planach.

To by było jednak zdecydowanie za mało powiedzieć o Znojmo, że jest zaledwie punktem na szlaku turystycznym. W mieście jest sporo interesujących zabytków (głównie budowle sakralne oraz mieszkalne) reprezentujących różne okresy oraz tarasów widokowych, z których ogląda się charakterystyczną pagórkowatość Moraw a także samo miasto. Najpiękniejsze kościoły i kamienice nie budzą specjalnej intrygi i nie zachęcają wybitnie do wstępowania w swe wnętrza, ale trzeba im oddać do, że doskonale komponują się z pozostałą przestrzenią i zabudową, co przekłada się na bardzo jednolity klimat miasta. Takie miejsca cenie sobie ponad stan. Co więcej, nie jest on kopią plątaniny uliczek toskańskich mieścin, czy francuskiej małomiasteczkowej elegancki i dokładności. To Czechy mniejszego formatu w swoim własnym oryginalnym wydaniu. Chwała, że przejawia się to także w pozostałych miejscowościach regionu, ale o tym jeszcze później.

Panoramy i widoki. W okolicach zamku rozpoczyna się wspaniała ekspozycja drugiej strony Dyi. Teren parku narodowego oglądać można z bardzo wielu miejsc, bardziej oczywistych (jak zamkowy taras), bądź oczywistych mniej (knajpek zalęgniętych gdzieś poniżej). Za każdym razem, gdy spoglądałem na południe z innej perspektywy w objęciach wzroku pojawiało się coś nowego. Wzgórze z kościołem na szczycie, niedostrzegalna wcześniej dzielnica miasta, inny fragment rzeki. Z kilku miejsc niebagatelnie jest też zerknąć w drugą stronę. To szansa na zobaczenie czerwono-pastelowo-zielonej kompozycji miasta. Takie barwy i odcienie wypełniają kolorowe Znojmo.

Bardzo rzadko zdarza mi się pomyśleć za granicą o jakimś miejscu, że jest ono dobre do zamieszkania. O Znojmo również tak nie pomyślałem, ale pojawiła się przesłanki ku temu, by zastanowić się nad całymi Morawami jako krainie, której może niewiele brakować do tego, by chcieć się tu kiedyś przenieść.

Mikulov

Jeszcze tego samego dnia dotarłem do Mikulova. Od pierwszych momentów na Starym Mieście dało się zauważyć, że czeski charakter zasmakowany w Znojmo rozlega się również i w Mikulovie. Przestrzeń bardzo spójna, jednolita i treściwa. Zabudowa niższa i skromniejsza, za to pałac górujący nad miastem bardziej wyrazisty. Mikulov położony jest zdecydowanie bardziej płasko, Znojmo jednak okalało wzgórze. Tak jakoś wyszło, że wizytę zacząłem od myślenia porównaniami.

Mikulov to disneyowa księżniczka wśród miasteczek. Zadbana, zgrabna, przebierająca w szytych na miarę sukienkach. Sukienkach skromnych i nierozwrzeszczanych, o krojach które od razu wpadają w oko i to głęboko, głęboko pod powiekę. Chce się z nią przetańczyć cały bal, ale wyłącznie w sposób elegancki i dostojny. Zero techno, hip-hopu czy r&b. Prowadząc taniec szybko okazuje się, że w dziewczynie jest mnóstwo słodyczy. Po tę słodycz sięgać można bez większego wysiłku. Wystarczy chcieć i czynić kolejne kroki do przodu. Zatracać się.

Co w Mikulovie jest bardzo znamienne – tak niewielkie miasto ma aż dwa punkty w swoich granicach, z których świetnie widać plan miasta. Pierwszym jest zamek Lichtensteinów a drugim wzgórze Svaty Kopecek. Na wschody słońca poleca się wizytę na zamku, na zachody, zdecydowanie Svaty Kopecek. Na siłę można by się pokusić, że Mikulov został wciśnięty między wzgórze, a zamkową wyniosłość. Chcąc dociekać jak miasto się rozpościera, jaki przyjmuje kształt, te dwa punkty są niesłychanie ważne.

Po to, co najlepsze, w Mikulovie sięga się będąc dociekliwym. Brzmi banalnie, no bo jak nie zajrzeć absolutnie wszędzie, w przeciągu dwóch dni, w miejscowości, w której mieszka ledwo ponad 7000 osób? Otóż okazuje się, że to nie takie proste. Każda z odwiedzanych w Mikulovie atrakcji jest niesamowicie absorbująca. Na zamku, bez zająknięcia, spędzić można pół dnia. Wyjście na wzgórze, ale po coś więcej niż tylko selfie, to też dobrych kilka godzin. Knajpy i winiarnie, których jest niestety jak na lekarstwo i wszędzie potrafią być kolejki (!) mają tak interesujące karty (co się je i pije w Czechach? Na dodatek w regionie słynącym z wina…), że można wybierać i wypytywać o dania i miejscowe trunki bardzo długo. Charakterystyczne kamienice, obrośnięte winoroślami, to temat na osobny spacer. Do tego wyjątkowy kościół z niesamowitym dziedzińcem, synagoga, historia Alfonsa Muchy i osiedla poza starym miastem. Sedno Mikulova tkwi w bacznym przyglądaniu się jego reprezentatywnym członom. Wydają się tak niepowtarzalne. Inaczej z miasta można wyjechać z niedosytem. Mimo że na Mikulov zaplanowałem najwięcej czasu, to właśnie to mi się przydarzyło.

Lednice

Położone zaledwie 15 km od Mikulova Lednice to już śpiewka na zupełnie inną nutę niż w przypadku poprzedników. Centralnym i najważniejszym punktem miejscowości jest osobliwy neogotycki pałac z wielkimi jak pastwisko ogrodami. Cała miejscowość to, można powiedzieć, przybudówka do byłych włości Lichtensteinów.

Pałac z kremową elewacją i szarym dachem wygląda jak skrzyżowanie podręcznikowego gotyckiego kościoła i klocków Lego z serii o rycerzach i piratach. Jego bryła jest tak nieoczywista i wręcz pokrętna, że aż fascynująca i właściwie od pierwszych momentów ciężko się z nią rozstać. Otoczona palmami przywołuje też momentami skojarzenia przaśnych konstrukcji z egipskich kurortów Szarm el-Shejk czy Hurghady, ale to absolutnie złudne wrażenie. Pałac to czyste piękno. Z zewnątrz – co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

W środku – niestety nie widziałem. Z jednej strony brakło na to czasu. Z drugiej, może i by się ten czas znalazł, ale kompletnie nie spodobała mi się organizacja zwiedzania. Pałac podzielono na cztery trasy turystyczne: sale reprezentacyjne, apartamenty, pokoje dziecięce, jamę ze straszydłami. Całkiem ciekawie, ale odstrasza fakt, że za każde wejście płaci się osobno, i to wcale nie mało. Nie ma również możliwości, by wejść do środka bez przewodnika. Obowiązują jedynie wycieczki grupowe, rozpoczynające się i kończące o określonych godzinach. Żałuję, na zdjęciach komnaty wyglądały mało atrakcyjnie, ale taki styl zwiedzania, jeszcze po tym, jak kiepsko czułem się w otoczeniu przewodnika i grupy na zamku w Mikulovie, był nie do przyjęcia.

Znalazło się zatem mnóstwo czasu na zapuszczenie się do pałacowych ogrodów i oranżerii. Ogród składa się z dwóch części. Przed pałacem moc kwiatów, przystrzyżone trawniki i grube żywopłoty. Za nim – rozległe przestrzenie, spontanicznie rosnące drzewa i system kanałów, którymi można spływać i zwiedzać park. Nie wiem jaka jest łączna długość wszystkich ścieżek, ale najkrótsza trasa, do minaretu i z powrotem, liczy dobre kilka kilometrów.

Tak, w dalszej części parku znajduje się minaret. Biała wieża przebija się przez roślinność w wielu miejscach trasy. Wybudowali go Lichtenstainowie po zakupie posiadłości. Ciężko odmówić sobie spojrzenia na parkowy kompleks z jego szczytu. Jestem łasy na wszelkie panoramiczne widoki: górskie, czy miejskie. Objąć spojrzeniem taką połać, przypisaną do kiedyś prywatnej posiadłości, to była prawdziwa przyjemność.

Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, gdy okazało się, że po ogrodach, przynajmniej ich frontowej części, można było spacerować po zmroku. Ciężko było mi uwierzyć, że zdecydowano się udostępnić ludziom, bo nie tylko turystom, tak cudowny i niezwykle cenny fragment lednickiego pałacu. Wspaniałe i budujące.

Odwiedziłem jeszcze Valtice i Breclav. Już wracając ocknąłem się, że nie przejeżdżając więcej niż sto kilometrów zatopiłem się w konkretnym pierwiastku Czech. Wstrząsające jak blisko było do siebie wszystkim miejscom, w których byłem. Każda kunsztowna na swój sposób, ale wszystkie utrzymane w tym samym rytmie. Uwielbiam, kiedy czuć charakter na obszarze, który jest już z góry określony nazwą. Takie są Południowe Morawy.

Nie było za wiele styczności z winem i zaglądania do piwniczek od rana do wieczora. Na miejscu okazało się, że chyba nie do końca będzie to potrzebne. Albo inaczej. Że energię warto poświęcać jednak na inne rzeczy. Choć o czeskim winie nie mogę powiedzieć złego słowa.

Tak czy siak obejrzyjcie „Młode Wino”. Potem jeszcze drugą część. Dołóżcie do tego reportaże Szczygła, albo którąś z książek Kundery i jeździe na Morawy. To, o czym tu przeczytaliście, to jedynie zaczątek tego, co zobaczyć możecie na południe od Brna. Praga? Zostawcie ją na inną okazję.

Zdjęcia zostały wykonane aparatem Huawei P9 Plus mającym możliwość zapisywania fotografii w formacie RAW.

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.