Wulkan, gwiazdy, szczyt, bogini, szpan.

Lód i ognień. Ta podróż od początku miała takie założenie. Od stalowo-betonowej dżungli Nowego Jorku i najpiękniejszego pokoju świata, przez dzikie ostępy Kanady polarnym ekspresem, na daleką północ do miasta niedźwiedzi polarnych i zachodnie wybrzeże kontynentu dotarłem na sam środek Pacyfiku.
Patryk Świątek
Patryk Świątek

Latest posts by Patryk Świątek (see all)

Niniejszy wpis miał być opublikowany w marcu 2016 roku, ale jak to u mnie czasami bywa- zawieruszył się. Odwieruszam go więc, bo na to zasługuje. Aby z głowy nie wyparował i dla potomnych został.

3 grudnia 2015 roku. Tuż po wysiadce z samolotu buty trekingowe zamieniłem na sandały, a kalesony na krótkie spodenki. Jeszcze kilka dni temu, w Churchill, spacerowałem przy -25°C mrozu, tu, w Honolulu, było +25°C. Uwielbiam takie kontrasty. Jeszcze raz wciągnąłem w płuca ciepłe, lekko słone, wilgotne, pachnące kwiatami powietrze i udałem się do terminalu krajowego, skąd odlatywał mój samolot na największą wyspę archipelagu Hawajów – Big Island. Czekała tu na mnie znajoma, Asia, która przyleciała do Honolulu dzień wcześniej i planowała spędzić na wyspach następnych kilka tygodni.

Kiedy wylądowaliśmy na Hawaii (=Big Island) była 6:00 rano. Tradycyjnie nie mieliśmy żadnego planu czy rezerwacji na hotele, jedynie adres do couchsurfera, który zgodził się nas przyjąć na te kilka dni gdzieś na północy wyspy. Wiedzieliśmy natomiast jedno – żeby w miarę sensownie poruszać się po wyspie musimy wypożyczyć samochód.

Za wyjątkiem najbardziej zaludnionej wyspy archipelagu Oʻahu na Hawajach w zasadzie nie funkcjonuje coś takiego jak komunikacja publiczna. Każdy z mieszkańców posiada samochód, a turyści po prostu je wypożyczają. Liczne przyrodnicze atrakcje rozsiane są po całej wyspie, często poza głównymi drogami, więc na autostop musiałbym mieć znacznie więcej czasu, a chciałem z tych kilku dni na zwiedzanie wyspy wycisnąć tyle ile się da. Poza tym po głowach cały czas chodziła nam myśl – jak USA to Mustang, nie ma innej opcji. Wszystko rozbijało się jednak o finanse. Rozpoczęliśmy rekonesans.

W pierwszej wypożyczalni za najtańszy dostępny samochód na pełne 4 doby musielibyśmy zapłacić 380$. Za Mustanga 580$. Dużo. W kolejnej było trochę taniej. 300$ za najtańsze auto, 500$ za Mustanga. Przed drzwiami kolejnej firmy po dłuższej debacie ustaliliśmy taktykę: wchodzimy i mówimy, że chcemy Mustanga za 400$, jak dadzą to bierzemy. Prawie się udało. Prawie, bo faktycznie udałoby nam się za tę cenę wypożyczyć tutaj wymarzony samochód… gdyby aktualnie był on na stanie.

Powoli dopadało nas zmęczenie poszukiwaniami i w głowie nieśmiało pojawiała się myśl, że cudów nie ma i taniej samochodu nie wypożyczymy. Postanowiliśmy jednak, że jeżeli mamy wydać tyle kasy na wypożyczenie, musimy sprawdzić wszystkie dostępne opcje. Kierowaliśmy się ideą Zrównoważonego Taniego Podróżowania – wydać minimalnie tyle ile się da, za maksymalną dawkę przyjemności z podróżowania.

Czasem upór się przydaje. Ostatnia wypożyczalnia na naszej „trasie”.

– Dzień dobry. Chcielibyśmy wypożyczyć Mustanga, na 4 doby. Jest taka opcja? – spytaliśmy od razu.

– Dzień dobry. Mamy akurat jeden wolny samochód.

– Ile by to kosztowało?

– Już sprawdzam. Możecie mi Państwo podać jakiś adres na Hawajach? – popatrzyliśmy po sobie zdziwieni bo takie pytanie usłyszeliśmy po raz pierwszy, ale podaliśmy namiary na naszego couchsurfera.

– Hmmm. Tutaj to, tu to. Dwójka kierowców? Dobrze, Do tego to. Mhm. Mam to. To będzie 260 dolarów.

– Ile?! – nie mogłem uwierzyć. – Asia, czy ona powiedziała 260$?

– Noo, tak powiedziała.

– I to jest cena za Mustanga? – upewniałem się.

– Tak.

– Ale to pewnie jakiś starszy model?

– Nie, najnowszym tegoroczny model.

– Można go zobaczyć? – nadal nie mogłem uwierzyć.

– Oczywiście, stoi tutaj, tuż za budynkiem.

Bang.

Dotknąłem karoserii, uszczypnąłem się. „A jednak mi się to nie śni”. Wróciliśmy do biura z trudem kryjąc ekscytację i czym prędzej podpisując papiery. Ostatecznie, powyższy samochód, okazał się w ogóle najtańszą dostępną opcją do wypożyczenia na najbliższe dni, tańszą nawet od najmniejszych aut najniższej klasy! Wiadomo, że 260$ to nie jest mało pieniędzy w przeliczeniu na złotówki, ale to są Hawaje i odnoszenie się do polskich cen nie ma żadnego sensu. Na warunki hawajskie zdecydowanie byliśmy górą. Na fali zwycięstwa i wiary w niemożliwe nie braliśmy już żadnych dodatkowych ubezpieczeń, wrzuciliśmy rzeczy bo bagażnika, odpaliliśmy nasze 310 cudownie brzmiących, mechanicznych koni i ruszyliśmy w drogę.

– No właśnie, tylko gdzie? – padło z uśmiechem na pierwszy skrzyżowaniu.

– Aaaa dawaj w lewo!

Uśmiechnięci od ucha do ucha, szczęśliwi i podekscytowani, ruszyliśmy naszym kabrioletem wzdłuż wybrzeża w stronę kolejnej przygody.

Jazda Mustangiem po Hawajach to było nieziemskie uczucie. Za każdą godziną odkrywaliśmy jego kolejne nowinki i sprawiało nam to ogromnie dużo radości. W końcu niezbyt często nadarza się okazja żeby prowadzić tego typu samochód.

Całkiem inaczej podziwia się uroki wyspy kiedy przestrzeni dookoła nie ogranicza dach.

Szczególnie kiedy skręca się z głównej drogi w hawajską dżunglę.

A kiedy robi się za gorąco, można włączyć sobie klimatyzację… siedzeń.

A poza tym, nie ma co ukrywać tego faktu, jazda taką furą to jest szpan. I z czystą przyjemnością pozwoliliśmy sobie poszpanować. A Mustangi mają to do siebie, że stworzone są do szpanu. W środku wszędzie gdzie się tylko da założone są podświetlenia, których kolory można zmieniać w dowolnej konfiguracji. A na zewnątrz… No właśnie, na zewnątrz największy bajer w samochodzie jaki do tej pory widziałem. Hologramy koni wyświetlane po prawej i lewej stronie samochodu, które „jadą” razem z Tobą po jezdni.

Mustang dawał nam powera do działania i dzięki niemu każde miejsce na wyspie było w naszym zasięgu. Szybko okazało się, że bez samochodu na Big Island w te kilka dni zobaczylibyśmy jedynie niewielką część atrakcji wyspy. I ani przez chwili nie żałowaliśmy wydanych na ten cel dolarów.

Proud to be Polish

Tak się złożyło, że nasz pierwszy dzień na Hawajach przypadł w niedzielę. Postanowiłem więc wybrać się do lokalnego kościoła na popołudniową mszę. Katolicka wspólnota w dziewięciotysięcznym miasteczku Waimea nie była duża. Za to jak bardzo różniła się od naszych, polskich kościołów!

Ławki również w większości zajmowane były przez babcie. Ale, ale, nie takie zwykłe, z chustkami na głowach i skulone cichutko w ławkach. To były hawajskie babcie! Na ten przykład tuż za mną siedziała Pani w wieku 70-80 lat (ciężko było dokładnie ocenić). Cała, od stóp do głów ubrana była w jaskrawy różowy. Na głowie miała fikuśny kapelusz, a na nosie wielkie, różowe okulary o futurystycznym kształcie. Ksiądz zamiast zwykłego mikrofonu używał mikroportu (jak prezenter w TV) i mając wolne ręce żywo gestykulował i chodził po całym kościele. A chór był doskonale przygotowany i animował resztę parafian.

Siedziałem zafascynowany chłonąc tę katolicką odmienność i czekając na rozpoczęcie nabożeństwa. Tuż przed tym jednak kierownik chóru powiedziała do mikrofonu, że mają tutaj u siebie taki zwyczaj żeby się lepiej poznać, że każdy z obecnych w kościele gości wstaje, przedstawia się i mówi skąd przyjechał. Trochę się zestresowałem – na szczęście siedziałem na samym końcu. Ludzie po kolei wstawali i mówili: John, Montgomery, Alabama. Peter, Springfield, Illinois. Amy, Kentucky, Frankfort. Po każdej wypowiedzi następowały skromne brawa. Nieco większe przy pewnej parze z Kanady. Poza nimi wszyscy goście stanowili obywateli USA.

W końcu przyszła pora na mnie. Wstałem i trochę speszony oznajmiłem: „Jestem Patryk i przyjechałem z Polski”. A tu bang! W tem rozległy się gromkie oklaski, uśmiechy, jęki zdziwienia, uśmiechy. Ktoś mnie poklepuje po plecach, ktoś gratuluje, ktoś wita na Hawajach, ktoś dziękuje, że przyjechałem. Jedna Pani podała mi rękę, mrugnęła i wskazując palcem na swojego partnera powiedziała, że jej mąż też jest pół Polakiem, ale po polsku już nie mówi i się wstydzi zagadać. Czułem się jakbym stał na scenie po udanym występie. I czułem się u siebie. Mimo, że byłem dokładnie na drugim końcu świata. Fajna to rzecz być dumnym, że jest się Polakiem.

Mauna Kea

Jako pierwszy cel z naszej listy na Big Island obraliśmy wulkan Mauna Kea – najwyższą górę na Ziemi licząc od podstawy na dnie Oceanu Spokojnego. Jej wysokość względna wynosi aż 10 203 m. Nad poziomem morza wznosi się na 4205 m co czyni ją nie tylko najwyższym szczytem Hawajów, ale także całego Pacyfiku. Gdyby mieć wzrok jak Superman z jej szczytu nic nie zasłoni nam widoku w obrębie paru tysięcy kilometrów. Przed wyjazdem nie miałem pojęcia, że na Hawajach może być tak wysoki szczyt. Obstawiałem 1000, 1500 metrów maksymalnie. A tutaj taka niespodzianka!

Co więcej, szczyt Mauna Kea to jedno z najlepszych miejsc obserwacji astronomicznych na Ziemi. Znajduje się bowiem ponad linią inwersji powietrza – prostymi słowami: chmury zawsze znajdują się poniżej szczytu. Sprawia to, że powietrze jest odpowiednio suche i wolne od zanieczyszczeń. Na ostatnie masz też wpływ bardzo małe zagęszczenie ludności na wyspie. W pobliżu nie ma też żadnego mocnego źródła światła, które utrudnia obserwacje. Na szczycie góry znajduje się 13 nowoczesnych teleskopów należących do ośrodków badawczych z 11 krajów świata.

Wejście na tak ciekawą górę to nie lada gratka. I nie bułka z masłem. Szczególnie jeśli ktoś zdecyduje się rozpocząć wspinaczkę od wybrzeża. Większość turystów decyduje się jednak na najprostszą opcję – wynajęcie samochodu terenowego i wjazd na sam szczyt po szutrowej drodze. My pierwszy etap trasy pokonaliśmy na grzbiecie naszego Mustanga i na własnych wystartowaliśmy z parkingu przy Centrum Informacyjnym znajdującym się na wysokości 2800 m n.p.m. Wspinaczka nie była tak łatwa jak mogłoby się wydawać. Wysokość robiła swoje i posuwaliśmy się powoli podziwiając widoki przywodzące na myśl krajobrazy wysyłane z marsjańskich sond.

Na szczyt dotarliśmy po 8 godzinach wędrówki. 4200 metrów różnicy do naszej wysokości bazowej, bez aklimatyzacji, mocno dawało się odczuć w naszych głowach. Tradycyjnie jednak widoki ze szczytu wynagrodziły nam wszelkie trudy.

Jak wyglądało nocne niebo z Mauna Kea? Nie zdradzę. Musicie zobaczyć to kiedyś na własne oczy.

Waipiʻo Valley

Po czerwono-brunatnych, marsjańskich krajobrazach musieliśmy się przenieść na tę część wyspy, która najlepiej ze znanych mi miejsc reprezentuje Matkę Ziemię i jej kolory – Waipi’o Valley. Absolutnie najbardziej niesamowita dolina jaką kiedykolwiek widziałem. Niegdyś zamieszkiwana przez hawajskich królów, przez tubylców nazywana jest Świętą Doliną. Przez wieki zamieszkiwały ją tysiące ludzi. Znajdowały się w niej kościoły, szkoły, hotele, restauracje. Do 1946 roku. Wtedy to Matka Natura się zbuntowała. W dolinę wtargnęło potężne tsunami niszcząc wszelki przejaw ludzkiej działalności. Cywilizacja nigdy tutaj nie wróciła. I dobrze. Popatrzcie sami.

Wściekła zieleń, słońce i błękitne niebo na plaży zamienia się w mroczną, ciemną dolinę, wystarczy spojrzeć wgłąb wyspy. Dokładnie tak wyobrażam sobie scenerię z Lostów.

Obecnie dolinę zamieszkuje kilkudziesięciu farmerów, rybaków, samotników, dziwaków i artystów. Może warto byłoby się kiedyś do nich dołączyć?

Noc z bogini

4:00 w nocy. Ja i Mustang mkniemy w ostatnią wspólną trasę dookoła wyspy. Zanim pożegnamy się na lotnisku musimy odwiedzić jeszcze kogoś. Ognistą bogini Pele. W deszczu mijamy pola magmy, dżunglę, skaliste wybrzeże. Oprócz nas na drodze jest pusto. Mijane krajobrazy, ryk silnika, muzyka zlewają się w całość. Skręcam do Parku Narodowego Wulkanów Hawaiʻi. Podjeżdżam na parking. Tu także nikogo. Podchodzę do krawędzi krateru. Deszcz zasłania mi widok, ale ziemia drży i co jakiś czas z zagłębienia terenu przede mną wydobywają się pomruki wulkanu. Powitanie bogini. Nie do końca wiem czy śnię, czy to dzieje się naprawdę. Po chwili deszcz ustaje i z mgły wyłania się piekielna czeluść.

Jak zahipnotyzowany wpatruję się w czerwień wznoszącą się wraz z oparami lawy coraz wyżej i wyżej.

Z czasem czerwień przechodzi we wściekłą żółć. Bogini pluje w niebo i w powietrzu rozlega się kolejny huk.

Stoję jak wmurowany. Mijają kolejne minuty. To jednak nie koniec spektaklu. Na nocne spotkanie z Pele przybył także i pokazał się na niebie Księżyc w towarzystwie tysięcy gwiazd.

Przeżycie wręcz mistyczne. Niemal godzinę patrzę, słucham, chłonę. I upewniam się, że zapamiętam tę chwilę do końca życia.

Kilkadziesiąt godzin później wyszedłem z metra w San Francisco. Rozejrzałem się dookoła. W głowie kołatała mi się tylko jedna myśl. Świat jest cudowny.