Miasto niedźwiedzi polarnych

Najpierw nie wiedziałem, że takie miejsce na Ziemi w ogóle istnieje. Potem byłem przekonany, że dostęp do niego mają tylko wybrani – naukowcy i ludzie nieprzeciętnie bogaci. Na końcu jednak w wyniku zbiegu okoliczności wsiadłem do pociągu, który po 5 dniach zatrzymał się na ostatniej stacji przed Oceanem Arktycznym i sam znalazłem się w Churchill – mieście niedźwiedzi polarnych.
Patryk Świątek
Patryk Świątek

Latest posts by Patryk Świątek (see all)

Przed wyjazdem do Kanady grzebałem w sieci szukając najciekawszych miejsc do zobaczenia w trakcie tej podróży. Trafiłem wtedy na wzmiankę o miasteczku na północy kraju, odciętym od świata, które jest najlepszym miejscem do obserwacji niedźwiedzi polarnych na naszej planecie. Totalnie podpaliłem się, żeby zobaczyć to miejsce. Kopiąc jeszcze głębiej okazało się jednak, że jak to obecnie często bywa, taka perełka nie jest dostępna dla wszystkich, ot tak.

Nie dochodzi tam żadna droga dla samochodów, samoloty są bardzo drogie, a pakiety turystyczne zawierające przelot, zakwaterowanie i wyprawy obserwacyjne zaczynają się od kilku tysięcy dolarów. Za najlepsze opcje trzeba zapłacić nawet 10 000 dolarów kanadyjskich, czyli około 30 000 zł za tygodniowy pobyt. Na żadnej ze stron, które przeglądałem nie znalazłem choćby wzmianki o linii kolejowej, która tam dociera i opcji zobaczenia dzikiej przyrody niskobudżetowo lub na własną rękę. Dlatego wrzuciłem Churchill na listę miejsc do zobaczenia „kiedy już będę bogaty” i zapomniałem o całej sprawie, żeby niepotrzebnie tego nie rozpamiętywać.

W wyniku zbiegu okoliczności i całej przygody z kupowaniem biletu na pociąg w Toronto, którą opisywałem w poście Kolej Transkanadyjska, odkryłem jednak, że do Churchill dociera najprawdziwszy ekspres polarny, który mknąc prawie 2000 km przez dziką tajgę kończy swój bieg na brzegu Oceanu Arktycznego. Moje marzenia stały się realne i postanowiłem zrobić wszystko żeby je zrealizować.

Jak zwykle robiłem to na wariackich papierach. Nie wiedziałem, czy na miejscu można od tak, samemu, dotrzeć do miejsca skąd (być może) uda się dostrzec w oddali niedźwiedzie bez wykupywania wycieczki za kilka tysięcy dolców. Nie wiedziałem też czy uda mi się znaleźć nocleg w cenach, które byłyby w moim zasięgu (internet mówił, że będzie ciężko). Wiedziałem za to, że pogoda w najbliższych kilku dniach ma być okropna i raczej nie będę miał też okazji zobaczyć zorzy polarnej na co po ciuchu liczyłem, a co stanowi jedno z moich największych niespełnionych marzeń.

Mój plan minimum był prosty. Jeżeli noclegi i przewodnicy będą super drodzy zwiedzę miasto i mając do dyspozycji cały dzień udam się na samotną wędrówkę wzdłuż brzegów zatoki. Będę liczył na łut szczęścia, że uda mi się, choćby z daleka, zobaczyć niedźwiedzia polarnego. Następnie wsiądę do tego samego pociągu, którym tam dotarłem, a który odjeżdżał z powrotem do „cywilizacji” dopiero wieczorem.

26 listopada 2015 roku o wschodzie słońca wysiadłem z pociągu na stacji Churchill nie wierząc, że udało mi się dotrzeć do tego miejsca. Wbrew wszelkim prognozom pogoda była cudowna. Błękitne niebo, słońce, wiatr całkiem do zniesienia. I chociaż temperatura powietrza była ekstremalnie niska, około -25 stopni poniżej zera, po wyjściu z pociągu czułem się jak młody bóg.

Wcześniej założyłem na siebie prawie wszystkie ubrania jakie miałem w plecaku. 4 koszulki, polar, kurtkę, dwie pary szmacianych rękawiczek, dwie pary najgrubszych skarpet. Dziury w spodniach i butach, które „zarobiłem” w trakcie ostatniego tygodnia, załatałem srebrną taśmą, żeby wiatr nie wciskał się nimi pod poszczególne warstwy odzieży. W planie miałem też zakleić nią odcinek od butów do kolan tworząc w ten sposób nieprzemakalne, prowizoryczne stuptuty.

Pierwsze spojrzenie na okolicę wprawiło mnie w zachwyt. To wyglądało jeszcze lepiej niż „Przystanek Alaska”. Kilkadziesiąt domów, jedna szeroka droga i kilka dochodzących do niej ulic. Cisza i spokój przecięte jedynie chwilowym rykiem skutera śnieżnego, który minął mnie z naprzeciwka.

Z zachwytu wyrwał mnie katar, który zaczął zmieniać się w moim nosie w bryłki lodu. Ruszyłem „w miasto” w poszukiwaniu informacji. Okolica była podejrzanie pusta. Centrum Turystyczne było zamknięte do odwołania. Podobnie kilka kwater, które wcześniej zaznaczyłem sobie na mapie jako możliwie najtańsze. Wróciłem więc na stację kolejową podpytać o sytuację dyżurnego ruchu. I tutaj na pytanie o możliwość zobaczenia w okolicy niedźwiedzi dostałem odpowiedź jak obuchem w głowę.

– Sezon oficjalnie skończył się 17 listopada. Turyści dawno wyjechali, agencje organizujące wyprawy i kwatery są pozamykane, a niedźwiedzie są już w zatoce i polują na foki. Jeżeli jednak jakieś ostatnie sztuki kręcą się w okolicy to tylko jeden człowiek może spróbować je wytropić – usłyszałem i dostałem do ręki ulotkę z adresem i numerem miejscowego przewodnika. – Szanse są marne, ale próbuj.

Dotarłem pod zapisany adres i wszedłem do niewielkiego sklepiku z zimowym sprzętem.

– Dzień dobry. Jest tu kto? – zawołałem po wejściu do pustego pomieszczenia.

– Już idę! – Usłyszałem odpowiedź i po chwili ujrzałem młodego chłopaka, na oko dwudziestoparoletniego, zmierzającego w moją stronę.

– Szukam człowieka z tej ulotki, tropiciela niedźwiedzi – zdradziłem od razu cel swojej wizyty.

– No to dobrze trafiłeś. To ja. Mam na imię Remy! – odpowiedział z uśmiechem. – Co mogę dla ciebie zrobić?

– Pewnie cię nie zaskoczę. Chciałbym zobaczyć niedźwiedzia polarnego. Jest jeszcze na to jakakolwiek szansa?

– Hmmm, będzie ciężko…

Niedźwiedzie polarne to zwierzęta, których okres największej aktywności przypada zimą. Wtedy to polują na lodowych krach Oceanu Arktycznego na foki, wędrują, rozmnażają i generalnie dobrze się bawią. W okresie letnim misie spędzają czas mniej aktywnie, na lądzie, czekając aż zatoki zamarzną ponownie i będą mogły udać się na kilkumiesięczną, foczą wyżerkę.

W okolicy Churchill do Zatoki Hudsona, która stanowi część Oceanu Arktycznego, wpływa więcej słodkiej wody z rzek niż w innych miejscach w okolicy. A słodka woda zamarza szybciej niż słona. Dlatego właśnie zatoka pokrywa się lodem w tym miejscu jako pierwsza. A niedźwiedzie instynktownie to wiedzą. I dlatego właśnie to tutaj, w okolicy miasteczka, pojawiają się co roku, wiedząc, że lada dzień będą mogły po lodowych krach udać się wgłąb akwenu i rozpocząć wielkie polowanie.

Smaczku dodaje też fakt, że niedźwiedzie polarne w przeciwieństwie do swoich kuzynów żyjących w lasach, nie boją się człowieka i traktują go jak każde inne mięso, chociaż drugiego sortu (prima sort to foki). Dlatego w okresie wędrówek niedźwiedzi miasto jest czymś w rodzaju twierdzy. Nie wolno wypuszczać się samemu poza teren zabudowany, a okolicę patroluje specjalna służba odpowiedzialna za niedźwiedzie, która odstrasza je od miasta. Także z powodu niedźwiedzi mieszkańcy sprowadzają koleją do Churchill samochody, mimo, że nie bardzo jest gdzie nimi jeździć – jest to bowiem najbezpieczniejszy sposób poruszania się po okolicy.

W rejonie Churchill mieszka około 700 niedźwiedzi polarnych, a w samym miasteczku 900 ludzi. Pewnie gdyby misie wydały im walną bitwę ciężko byłoby je pokonać. Na szczęście raczej należą one do grupy samotników.

Zazwyczaj zatoka zamarza w okolicy miasteczka w październiku lub na początku listopada. To wtedy misie rozpoczynają swoją wędrówkę i wtedy liczne agencje organizują wyprawy obserwacyjne, zazwyczaj specjalnymi autobusami terenowymi. Oficjalny koniec sezonu przypada na dzień 17 listopada i w normalnych warunkach w dzień, w którym pojawiłem się w Churchill, 26 listopada, nie byłoby już nawet widać śladów niedźwiedzi. W tym roku jednak zatoka zamarzła znacznie później niż dzieje się to zazwyczaj i niedźwiedzie wyruszyły na polowanie również nieco później.

Jak powiedział mi Remy istniała w związku z tym szansa (niewielka, ale zawsze szansa), że w okolicy znajdują się ostatnie osobniki, którym nie spieszyło się na wędrówkę tak bardzo. Odpowiedziałem, że nawet jeżeli istnieje 1% szans, chciałbym spróbować.

– Zróbmy tak. Przyjdź tutaj z powrotem za dwie godziny. Jeżeli znajdą się jeszcze jacyś turyści to wezmę was za 150 dolców od łebka, na 4-godzinny objazd po okolicy. W tym czasie dowiem się też gdzie ewentualnie możemy złapać jakiś trop. Jak nikt więcej się nie zgłosi to raczej nie będę mógł cię zabrać – dla jednej osoby organizacja takiego wypadu jest dla mnie kompletnie nieopłacalna. Mam nadzieje, że rozumiesz.

Miałem trochę czasu, więc ruszyłem na poszukiwania ewentualnego noclegu. Większość hoteli i guest house’ów była zamknięta na cztery spusty, ale udało mi się zlokalizować jedno miejsce, które jeszcze działało – „Iceberg Inn”. W sezonie za noc trzeba zapłacić tu około 300 dolarów, ale, jako że byłem prawdopodobnie ostatnim i jedynym obecnie gościem hotelu, właściciel zaproponował mi przytulny pokój za 60 dolarów. Obiecałem dać znać ostatecznie za półtorej godziny i udałem się na obchód okolicy.

Stacja benzynowa.

Stałem nad brzegiem oceanu i wpatrywałem się w zamarzniętą zatokę ważąc w myślach wszystkie „za” i „przeciw” pozostania w Churchill na kolejne trzy dni. Opcji pośrednich nie było, bo pociąg kursuje tutaj tylko dwa razy w tygodniu. Mróz doskwierał tak mocno, że nie dało się zbyt długo stać w jednym miejscu i powoli godziłem się z myślą, że samotna wędrówka wzdłuż zatoki w tych warunkach to niezbyt mądry pomysł. W pewnym momencie z zadumy wyrwał mnie samochód, który podjechał z tyłu. Wysiadła z niego kobieta w średnim wieku i skierowała się w moją stronę.

– Witaj. Jak długo planujesz u nas gościć? – zapytała prosto z mostu.

– Jeszcze nie wiem. Może jeden, może trzy dni – odpowiedziałem zaskoczony.

– To trzymaj, bo nie możemy patrzeć jak spacerujesz po okolicy w tych swoich szmaciakach – i z uśmiechem podała mi parę grubych, dwupalczastych rękawic z foczej skóry. – Jak będziesz wracał to możesz zostawić je na stacji.

I odjechała. Jeszcze przez chwilę stałem w osłupieniu nie wierząc w to co przed chwilą się stało. I wtedy podjąłem decyzję. Nawet jeżeli Remy nie zabierze mnie na poszukiwania niedźwiedzi zostaję w Churchill na dłużej.

Stawiłem się w biurze Remiego o umówionej godzinie.

– I jak? – zapytałem z nadzieją.

– Niestety nikt oprócz ciebie się nie znalazł, więc z „wycieczki” nici. Ale dostałem cynk, że w okolicy dog yard za miastem niedawno kręciły się jeszcze jakieś osobniki, więc i tak chciałem tam jechać. Jak chcesz się zabrać ze mną to wsiadaj.

Nie zastanawiałem się ani chwili. Zapakowaliśmy do terenowego pickupa Remiego potrzebny sprzęt – karmę, lornetkę, strzelbę i zapasowe naboje i ruszyliśmy w drogę.

– Podstawowa zasada – instruował mnie Remy – wysiadasz z samochodu tylko na mój znak. Muszę być ze strzelbą zawsze między tobą, a niedźwiedziem i musisz trzymać się blisko drzwi, żeby w razie czego wsiąść do środka. One wyglądają niepozornie, ale potrafią bardzo szybko biegać.

Nie miałem wielkich oczekiwań. Jeżeli uda mi się zobaczyć niedźwiedzia, choćby jako odległy punkcik na zatoce, będę szczęśliwy – myślałem. Moje marzenie spełniło bardzo szybko.

– O, jest! Widzisz go tam po prawej? Widzisz? To jest zły niedźwiedź. Bardzo zły niedźwiedź. Zobacz na zieloną kropkę na jego karku. To znaczy, że właśnie został wypuszczony z więzienia za zbytnie zbliżanie się do ludzi. Najwidoczniej niewiele się nauczył, bo znowu idzie do miasta.

Tak, w Churchill istnieje coś takiego jak więzienie dla niedźwiedzi. Zdarza się, że niektóre osobniki zamiast ruszać na łowy na zatokę wolą wpaść na rozrywkę do miasta. Niektóre robią to z ciekawości, a niektóre wolą po prostu sięgnąć po świeże mięsko, które czeka na nich tuż obok. Co jakiś czas zdarza się sytuacja, w której atakują ludzi. Dlatego odpowiednie służby patrolują okolicę i odstraszają misie od miasta. W strategicznych punktach porozkładane są także pułapki, gdyby któryś z osobników przemkną się przez ludzką linię obrony.

Misiek, który mimo wielu ostrzeżeń uparcie przychodzi do miasta zostaje wsadzony do paki.

Standardowa kara wynosi pół roku. Po tym czasie niedźwiedź zostaje oznaczony zieloną kropą na karku i wypuszczony w odpowiednim miejscu. Jeżeli resocjalizacja nie daje rezultatów próba jest ponawiana, a misiek transportowany jest samolotem znacznie dalej od miasta. W skrajnych przypadkach, kiedy jakiś osobnik za wszelką cenę chcę żyć wśród ludzi, przenoszony jest do zoo, bo jego egzystencja na wolności jest bardzo niebezpieczna dla mieszkańców miasta.

Miś recydywista sprawił, że czułem się spełniony. Widziałem w naturalnych warunkach niedźwiedzia polarnego! To było niesamowite przeżycie. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść.

– Dobra, jedziemy na dog yard – zakomenderował Remy.

Dog yard to miejsce, w którym mieszkają psy zaprzęgowe. Nie ma tam żadnych zabudowań, ani ogrodzenia, jedynie umowny obszar gdzie czworonogi w przerwach od treningów spędzają czas ograniczone długością łańcuchów, mając jednak do dyspozycji naprawdę spory zasięg. To konkretne miejsce do którego zmierzaliśmy jest szczególne. Znajduje się daleko za miastem, ponieważ zwierzęta tu mieszkające to najczystszej krwi zaprzęgowe psy północy sprowadzone przez ich właściciela, Bryana, z odległych innuickich osad i nie ma obaw, że jakiś przypadkowy pies z miasta podejdzie się „pobawić” i zaburzy całą linię genetyczną. Żeby było jasne – maszerzy kochają swoje czworonogi bardziej niż własną rodzinę i spędzają z nimi bardzo dużo czasu. To, że pieski w przerwach od wypraw mieszkają w takich warunkach jest dla nich normą i biegając samotnie po okolicy narażałyby się na duże niebezpieczeństwo.

Byliśmy już prawie na miejscu.

– Wow wow wow wow! Patrz tam! – Remy z ekscytacją pokazał w dół na wielkiego niedźwiedzia, który kręcił się obok psów – ale mamy szczęście!

To jest jeden z tych momentów, kiedy masz ochotę porzucić wszelkie środki bezpieczeństwa i biec, żeby czym prędzej uchwycić jakąś niesamowitą chwilę, bo przecież zaraz może ona zniknąć. My jednak spokojnie i powoli podjechaliśmy na odległość jakiś 5, 6 metrów od wielkiego samca upewniwszy się wcześniej, że jego uwaga całkowicie skupiona jest na jednym z psów.

– Tam dalej jest jeszcze jeden, młody! – Remy miał oczy dookoła głowy.

Podjechaliśmy do niego na odległość 3 metrów.

Młodszy z niedźwiedzi nie był zainteresowany psami jak jego starszy towarzysz, ale nas też miał w dalekim poważaniu. Leżał spokojnie i obserwował.

Jednak prawdziwe cuda wyprawiał duży samiec.

To nie jest normalna rzecz, że dziki niedźwiedź polarny bawi się z psem.

Remy, mimo iż był doświadczonym tropicielem, nie mógł wyjść z podziwu dla sceny, która rozgrywała się przed nami. Cały czas powtarzał tylko: „Dlaczego nie zabrałem swojego aparatu! Dlaczego nie zabrałem swojego aparatu? Dlaczego tego nie zrobiłem?”

W międzyczasie tłumaczył mi, że od kilku lat, przez cały sezon, codziennie prowadzi grupy na obserwacje niedźwiedzi i czegoś takiego jeszcze nigdy nie widział. Mieliśmy nieprawdopodobne szczęście. Nie dość, że było dawno po sezonie, nie dość, że w okolicy są to prawdopodobnie ostatnie niedźwiedzie, to jeszcze trafiliśmy na coś takiego.

W normalnych warunkach zdarza się, że niedźwiedzie atakują i zabijają czworonogi. A ci dwaj tutaj…

Co ciekawe, żaden inny pies nie dopuścił do siebie samca tak blisko. Żadnym innym miś nie był też zainteresowany. Tak jakby tych dwóch łączyło coś więcej niż tylko przelotna znajomość.

W pewnym momencie misiek w końcu zainteresował się jednym z samochodów, który w międzyczasie pojawił się obok nas. Przez chwilę zrobiło się groźnie kiedy zaczął się na niego wspinać, ale dźwięk klaksonu i szybka reakcja kierowcy skutecznie go zniechęciły.

Zrobił sobie jeszcze dwuminutowy spacer,

ale szybko wrócił do swojego przyjaciela.

W końcu jednak położył się na plecach i zaczął przewracać się to na jeden,

to na drugi bok.

Aż po tej całej zabawie padł ze zmęczenia i zasnął.

A my wróciliśmy do miasta.

Przez następne dwie godziny dochodziłem do siebie po tym co się stało. W najskrytszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że będę przez godzinę, jak gdyby nigdy nic, z odległości kilku metrów, obserwował niedźwiedzia polarnego w tak bajkowej scenerii. „Teraz mogę umierać” – pomyślałem. Ale to nadal nie był koniec przygód tego dnia.

W miasteczku funkcjonował katolicki kościół, więc postanowiłem wybrać się na wieczorne nabożeństwo. Zdziwiłem się, że w tak małej miejscowości msze odprawiane są codziennie, ale o wyznaczonej godzinie znalazłem się pod drzwiami świątyni. Były jednak zamknięte. W środku ciemno, a dookoła nikogo. Za to w budynku obok paliło się światło i wisiała tabliczka z rozpiską nabożeństw. Wszedłem na schody i zapukałem.

Drzwi otworzył mi ksiądz w habicie. Popatrzył się na mnie i zanim zdążyłem się odezwać wypalił:

– Dzień dobry!

Po polsku! Zamurowało mnie.

– Ale skąd ksiądz wiedział, że jestem Polakiem? – odpowiedziałem zmieszany.

– Od razu zobaczyłem, że jakaś polska ta twoja gęba – odparł z uśmiechem. – Wchodź do środka. Biskup będzie odprawiał. „Biskup?” – pomyślałem. – „Dzisiejszego dnia nic już mnie chyba nie zdziwi.” A jednak…

Po nabożeństwie, na którym byłem jedynym „wiernym”, okazało się, że biskup nazywa się Wiesław Krótki i też jest Polakiem. Jego diecezja jest terytorialnie największą na świecie, liczy 2 300 000 km² arktycznych ziem (7x pow. Polski), a zarazem niemal najmniejszą liczebnie – ma tylko nieco ponad 8000 wiernych.

Będąc wiele tysięcy kilometrów od domu, na północy Kanady, nad Oceanem Arktycznym, w miasteczku odciętym od świata, w którym mieszka 900 osób, spotkałem dwóch Polaków, z których do tego jeden okazał się być eskimoskim biskupem!

Szybko weszliśmy na przyjacielski rodzaj relacji. Obaj oblaci byli też dla mnie świetnym źródłem wiedzy o życiu w Churchill. A historie jakie misjonarze opowiadali mi w trakcie naszych wspólnych kolacji, z 25 lat życia na dalekiej północy wśród Innuitów, były zdumiewające. Nie często można z pierwszej ręki dowiedzieć się jak wygląda obecnie życie Eskimosów, jak do ich osad dociera cywilizacja i jak zmienia się ich patrzenie na świat.

Rzeczą, która najbardziej mnie zaskoczyła i zasmuciła jednocześnie był fakt, że osobami, które najbardziej starają się zachować innuickie tradycje, spisywać ich legendy i wierzenia, notować przepisy, są właśnie misjonarze, a nie oni sami. Biskup opowiadał, że kiedy rusza z miejscowymi na polowanie jest jedyną osobą, która chce i potrafi zbudować prawdziwe igloo. Tubylcy wolą spać w namiocie, którego rozłożenie zajmuje im trzy minuty. Taki biskup…

Tuż obok kościoła misjonarze założyli muzeum innuickie (Innuici nie lubią być nazywani „Eskimosi” bo to określenie znaczy „zjadacz surowego mięsa”). Gromadzą w nim wszelkie materiały, które uda im się przywieźć i udokumentować w trakcie swoich wypraw na północ oraz bezpłatnie wprowadzają turystów w świat ludów dalekiej północy.

Cały ten dzień był dla mnie jak cudowna symfonia. A każda cudowna symfonia musi posiadać wbijające w fotel zakończenie.

Późnym wieczorem udałem się jeszcze na spacer, żeby ochłonąć po tych wszystkich zdarzeniach. I mimo księżyca w pełni, spoglądając na skuty lodem Ocean Arktyczny, dojrzałem na niebie ją… 

Kiedy tylko otworzyłem oczy następnego dnia rano, gorączkowo zerwałem się z łóżka i rzuciłem się na leżący obok aparat wciskając przycisk „podgląd zdjęć”.

– A jednak, to nie był sen…