Fundamenty z dolara

Patryk Świątek
Patryk Świątek

Latest posts by Patryk Świątek (see all)

Nowy Jork mnie zmiażdżył. A historia powstawania potęgi tego miasta, jego tkanki społecznej, architektury, mentalności mieszkańców, dzieł i idei, które się tutaj narodziły przerosły wszystko co do tej pory słyszałem o jakimkolwiek innym mieście.

Z pewnością moje odczucia byłyby znacznie uboższe gdyby przed wyjazdem w moje ręce nie wpadła książka Magdaleny Rittenhouse „Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero”. Genialne dzieło literackie i studium miasta, bez którego dzisiaj nie wyobrażam sobie poznawania Nowego Jorku. Każdy kolejny akapit, który pochłaniałem w samolocie do USA sprawiał, że spacerując niedługo potem po Manhattanie czułem pod stopami każdy szfindel, każdy sukces, każdą porażkę, każde wydarzenie i każdego dolara, na którym zbudowane wyrosła ta metropolia.

Dlatego nie będę próbował poprawiać tego co doskonałe. Nowy Jork poznawałem z aparatem w ręku i książką Rittenhouse w głowie i tak też chciałbym przedstawić Wam moją podróż po tym miejscu.

Cytaty zapisane są kursywą, a moje krótkie dopiski znajdują się w kwadratowych nawiasach. Zanim zaczniecie oglądać dla wygody polecam użyć na klawiaturze klawisza F11 i przejść w tryb pełnoekranowy.

Początki


Pięćdziesiąt tysięcy lat temu topniejące lodowce wyrzeźbiły w skałach łupkowych głębokie koryta oblewających Manhattan rzek i zatok. Ale możliwe też, że losy i przyszła pomyślność miasta zostały wyryte w najtwardszych, metamorficznych skałach, na których spoczywa południowy kraniec wyspy – mówi się o nich bedrock – u zarania dziejów: gdy zaczynały się tworzyć kontynenty; 450 milionów lat temu. 

Na razie nikt nie ma jeszcze pojęcia, że miejsce, które niechcący odkrył kapitan Hudson, posiada jeden z najcenniejszych na świecie skarbów: naturalny port. Zatokę Lower Bay osłaniają przed wzburzonymi falami Atlantyku wyspy Staten i Long Island. Rozciągająca się na długości trzech kilometrów cieśnina prowadzi stąd do kolejnej zatoki, Upper Bay. Niewiele jest na świecie tak dogodnych przystani. Tylko trzy: Hongkong, San Francisco i Nowy Jork. 

Wybiegamy jednak myślą do przodu. Na razie nie ma jeszcze Nowego Jorku. Jest wyspa rozciągająca się na długości dwudziestu dwóch kilometrów. W najszerszym miejscu ma zaledwie trzy kilometry. Od ponad tysiąca lat gospodarują nią Indianie Lenape – „prawdziwi ludzie”. Słone, przesiąknięte zapachem mokradeł i jodu powietrze od czasu do czasu przeszywa pisk ptaków. Kołują nad wyspą, zniżają lot, ich skrzydła zbliżają się do powierzchni wody, która rozprasza promienie słońca. Niektórzy mówią, że są dzikie. Ale natura wyposażyła je w kompasy precyzyjniejsze od tych, które posiadał Hudson. Ilekroć lecą na północ lub południe, wracają z powrotem. 

Manhattan w 2015 roku.

Wall Street


Ulica, zamknięta dziś dla samochodów, wybrukowana jest kostką z szarego kamienia. Turyści, którzy przychodzą tu robić zdjęcia, najczęściej nie zauważają kawałków drewna pośrodku jezdni. Wciśnięte w nawierzchnię fragmenty belek – poszarzałe, pełne bruzd przypominających zmarszczki na twarzy starca – wyglądają prawie jak granit. To pamiątka po murze obronnym wzniesionym w 1652 roku na polecenie ówczesnego gubernatora Nowych Niderlandów Petera Stuyvesanta. Holandia właśnie wdała się w wojnę z Anglią. Chodziło o wpływy na morzu i nikt nie miał wątpliwości, że Nowy Amsterdam – ogromny, leżący na skrzyżowaniu najważniejszych szlaków handlowych port – wcześniej czy później stanie się obiektem ataków.

Wall Street

Niewielka osada w dolnym skrawku Manhattanu od południa, wschodu i zachodu była otoczona wodą. Mur, który polecił wznieść Stuyvesant na jej północnym krańcu, przebiegał w poprzek wyspy, od rzeki Hudson do East River. Dziś zajmowałby blisko milę – południowy Manhattan poszerzano kilkakrotnie, zasypując brzegi obu rzek skałami i ziemią z miejsc, w których kopano fundamenty pod coraz to wyższe wieżowce (przy okazji budowy World Trade Center stworzono wręcz w ten sposób nową dzielnicę – Battery Park). Ale na początku wyspa była w tym miejscu wąska i mur miał niespełna kilometr długości. Zbudowany z grubych, drewnianych, zaostrzonych na czubkach pali – właściwie był to płot, a nie mur – wznosił się na wysokość czterech metrów. Czy to wystarczyłoby, by zniechęcić potencjalnych napastników? 

Mieszkańcy Nowego Amsterdamu nigdy nie mieli okazji się przekonać. Anglicy, którzy rzeczywiście postanowili zawojować miasto, przybyli w 1664 roku od strony morza. […] Kupcom i rzemieślnikom stawianie oporu wydawało się [jednak] bezsensowne. […] Najpoważniejszą zmianą, jaką pociągnęła za sobą ta angielska inwazja, była zmiana nazwy miasta – 29 sierpnia 1664 roku, dwa dni po podpisaniu aktu kapitulacji, Nowy Amsterdam przemianowano na Nowy Jork. Uczczono w ten sposób księcia Yorku, który sfinansował zwycięską wyprawę. Dzień później, 30 sierpnia, świeżo upieczeni nowojorczycy jak gdyby nic powrócili do pracy. Mur obronny przestał być potrzebny. Wręcz przeciwnie: miasto szybko zaczęło się rozrastać na północ, stanowił więc przeszkodę. W 1698 roku został rozebrany. Pozostała nazwa ulicy, która tymczasem wzdłuż muru powstała: Wall Street.

 

Trinity Church


Lista nazwisk na kamiennych nagrobkach [obok kościoła Świętej Trójcy] przypomina wykaz Who is Who: Robert Fulton, który stworzył w Nowym Jorku pierwsze regularne połączenie promowe; William Bradford, jeden z pierwszych wydawców nowojorskich gazet; Aleksander Hamilton, bez którego Wall Street prawdopodobnie nigdy by nie powstała. Poeci, pisarze, artyści, kupcy i bankierzy. Kiedyś każdy, kto chciał się liczyć w Nowym Jorku – bez względu na to, czy był niemieckim żydem, szkockim prezbiterianinem czy włoskim katolikiem – musiał się pokazywać w kościele Trinity. Ci, którym udało się osiągnąć sukces, trafiali po śmierci na ten właśnie cmentarz. 

Dziś w porze lunchu wśród kamiennych nagrobków położonego na kościelnym dziedzińcu cmentarza odpoczywają na ławkach mężczyźni rozluźniający krawaty i kobiety, które zdejmują szpilki ze zbolałych nóg. Za kilka chwil wrócą do swoich klatek i przegródek, do biurowych cubicles, z których próbują rządzić światem, ale teraz, przez parę minut, siedzą wśród kamiennych aniołów, sączą mineralną z plastikowych butelek; zamykają oczy. Wszystko nieruchomieje. Choć miejsce to od huczącego Broadwayu oddziela zaledwie niski płot z metalowych prętów – nie ma mowy o cmentarnej ciszy – panuje tu spokój.

[Trinity Church] to jeden z najpiękniejszych przykładów popularnego w tamtym czasie w Nowym Jorku neogotyku. Na Manhattanie gotyk ten szybko jednak został zdławiony. Otoczone ze wszystkich stron szklano-kamiennymi gigantami wieże katedr i kościołów skurczyły się jak Alicja w Krainie Czarów po wypiciu magicznej mikstury. Dziś trudno się oprzeć wrażeniu, że kościół Świętej Trójcy – a może raczej kościółek – nie do końca tam przynależy. Wciśnięty między sięgające nieba banki i biurowce, zdaje się zmagać z tą nowoczesną materią, walczyć o przetrwanie. Ale na pożółkłej fotografii z 1860 roku, którą oglądam dziś w Muzeum Finansów, przypominająca maszt statku wieża Trinity zdecydowanie góruje nad otoczeniem, wyznacza granice tego świata.

On


Do budynku [Federal Hall] zwieńczonego portalem wspartym na surowych doryckich kolumnach wiodą kamienne schody. Mniej więcej w ich połowie na granitowym piedestale umieszczono odlaną z brązu rzeźbę pierwszego prezydenta [USA – Georga Washingtona]W ciągu dnia, kiedy schody pełne są namiętnie fotografujących turystów, jego figura wydaje się ogromna, majestatyczna. Jest kilkakrotnie większy niż stojący tuż obok policjanci i żołnierze, którzy czuwają nad bezpieczeństwem ulicy.

Prezydent unoszący dłoń nad Biblią z tawerny spogląda w kierunku przyszłej giełdy, która mieści się dziś po przeciwnej stronie ulicy. Widać w nim jakąś determinację. Ale choć moment jest wzniosły i uroczysty, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Waszyngton zatrzymał się tu tylko na chwilę, bo tak naprawdę się spieszy, ma dużo ważniejszych spraw do załatwienia.

Pod wieczór okolica pustoszeje. Znikają policjanci, maklerzy i bankierzy. Zostaje tylko obnażony kamień. Kiedy tak stoi wśród doryckich kolumn i udających greckie świątynie banków, Waszyngton zmienia rozmiary; przestaje być potężny. Jest raczej niepewny i samotny.

 

i Ona


Statua Wolności była hołdem, jaki temu szaleństwu i ludzkiej woli składał Stary Świat. We Francji przyszłość liberté, égalité, fraternité wydawała się zagrożona. Postanowili wysłać Lady Liberty do Ameryki. W darze na setne urodziny nowej republiki. Frédéric Auguste Bartholdi, rzeźbiarz, któremu powierzono wykonanie pomnika mówił o niej „moja Amerykanka”. Nadał jej twarz własnej matki i ciało kochanki. „Stworzenie wielkiej statui nie polega tylko na wzniesieniu czegoś ogromnego – pisał, zabierając się do projektu. – Statua musi też wywoływać emocje w piersiach tych, którzy ją widzą – nie z powodu swej objętości, lecz dlatego, że rozmiary są proporcjonalne do idei, którą wyrażają, i zajmującego miejsca”.

Rzeźbiarz nie miał wątpliwości, że rozmiary powinny być imponujące. Bez większych rozterek postanowił, że Wolność Oświetlająca Świat będzie wyższa niż wzniesiony niedawno most Brookliński – ósmy cud świata i największe inżynieryjne osiągnięcie epoki. Statua miała stać się najwyższą konstrukcją na świecie. A miejsce? Wąski przesmyk Verrazano Narrows – brama wiodąca do nowojorskiego portu, wrota Nowego Świata – wydawał się miejscem najbardziej odpowiednim.

Będzie tu stać i pozdrawiać wszystkich, którym udało się przeprawić na drugi brzeg. Zmęczonych i znękanych, którzy po raz pierwszy oglądają wyłaniające się z mgły blade zarysy miasta. Drżą. Nie mają jeszcze pojęcia, co ich czeka. Myślą, że zakończyli właśnie wielką podróż, a ona tymczasem dopiero się zaczyna.

 

Brooklyn Bridge


Kiedy go wznoszono, neogotyckie wieże miały stać się najwyższą konstrukcją na kontynencie. W Nowym Jorku odebrały palmę pierwszeństwa kościołowi Świętej Trójcy, który do tej pory niepodzielnie górował nad portem. W jakimś sensie to most Brookliński miał teraz pełnić funkcję katedry; stać się zawieszoną między niebem a wodą świątynią ze starego jak świat granitu i ze stali – metalu, do którego należała przyszłość. Historyk James Marston Fitch zauważył kiedyś, że do wielkich przełomów w architekturze dochodzi, gdy pojawienie się nowych teorii, materiałów i technologii zbiega się w czasie z nowymi potrzebami społecznymi. Most Brookliński był także bramą wiodącą do nowej epoki – epoki wielkiego przemysłu i nauki, imponujących miast i ogromnych fortun; epoki, w której dokonywano rzeczy niemożliwych bez względu na cenę.

Budowa mostu trwała prawie czternaście lat i była najeżona trudnościami. Pierwszym wyzwaniem okazało się skonstruowanie pneumatycznych kesonów, które miały zapewnić stabilność dwóm ogromnym – zajmującym długość połowy przeciętnej nowojorskiej przecznicy i wznoszącym się na wysokość osiemdziesięciu czterech metrów – wieżom. Kesony były odwróconymi do góry dnem drewnianymi komorami, z których wypompowano powietrze i które umieszczono na dnie rzeki. Dzięki podciśnieniu nie wpływała do nich woda. Pracujący w ich wnętrzach robotnicy mieli za zadanie dokopać się do najtwardszych skał Manhattanu, na których to skałach zamierzano oprzeć masywne wieże z granitu.

„W kesonach noce przemieniają się w dni, a dni w noce – opisywał budowę reporter dziennika »New York Herald«. – Podczas gdy czerwone i niebieskie światełka płonące na drewnianych wieżyczkach parowców suną po taflach rzeki niczym ogromnych rozmiarów świetliki, ci podwodni giganci ryją, kopią, drenują, wiercą, przeprowadzają eksplozje. Praca uwięzionego pod ziemią budowniczego mostu jest jak płynący w przód strumień wieczności”. „Ameryka nie widziała jeszcze czegoś podobnego – wtórował mu dziennikarz »Brooklyn Eagle«. – Nawet Europa nie posiada konstrukcji o tak wielkich rozmiarach. Najsłynniejsze katedry i zamki Starego Kontynentu są jak pigmeje w obliczu tej wielkiej wieży Brooklynu”.

Most Brookliński został pomyślany jako brama wjazdowa do miasta – wspaniała, wywołująca podziw i szacunek, budząca ambicje i nadzieje; miał być pomnikiem ludzkich marzeń i dokonań, odwagi i wytrwałości.
To, że udało się go zbudować, zakrawało na cud. Dziś rzadko kto myśli o trudnościach, które trzeba było pokonać, aby do tego doszło. Jego istnienie wydaje się oczywiste, nieuchronne.

 

Betonowe niebo


[…] dopiero pod koniec wieku, w roku 1996, pojawią się urządzenia umożliwiające przesyłanie informacji i dokonywanie transakcji „in real time”, czyli w czasie rzeczywistym. Dopóki to nie nastąpi, dopóki minuty czy nawet sekundy będą stanowić barierę, dopóty przestrzeń – fizyczna bliskość, bycie w centrum wydarzeń, w orbicie finansowej elektrowni – będzie dla graczy [giełdy] z Wall Street sprawą życia i śmierci.

To nie przypadek, że właśnie w tej części miasta pojawią się pierwsze wieżowce i że tu rozpocznie się szaleńczy wyścig architektów, inżynierów, deweloperów – epidemia, która szybko opanuje pozostałe części Manhattanu, ale która tu będzie miała swój szczególny wymiar. Będą burzyć i budować, kłócić się i negocjować, handlować parcelami i prawami do wznoszenia coraz wyższych pięter (w 1916 roku miasto wprowadzi ograniczenia – dozwolona wysokość budynku zostanie uzależniona od zajmowanej przezeń powierzchni; ci, którzy nie wykorzystają swojego limitu, uzyskają możliwość odsprzedawania swoich „praw powietrznych” sąsiadom). Bez sentymentów i ceregieli. Byle do przodu. Byle do góry. Wyżej niż konkurencja.

 

Zbudowany u zbiegu ulic Wall i Nassau Gillender Building przetrwa na przykład zaledwie trzynaście lat. Nie pomoże fakt, że w chwili, gdy go wzniesiono w 1897 roku, miał dziewiętnaście pięter i był najwyższym wieżowcem w mieście. W ciągu najbliższej dekady cena gruntu na tym skrzyżowaniu wzrośnie ponad dwukrotnie – do siedmiuset dolarów za stopę (czyli około siedmiu tysięcy dolarów za metr). Bez większych rozterek właściciele budynku zdecydują się więc na jego wyburzenie. Ustąpi miejsca dwukrotnie wyższemu, liczącemu trzydzieści siedem pięter Bankers Trust Building.

Koniec dziewiętnastego stulecia to okres spektakularnego rozkwitu amerykańskiej gospodarki. W okamgnieniu rodzą się zawrotne fortuny. Kolejowi czy stalowi magnaci, nawet jeśli do bogactwa dochodzą na Dzikim Zachodzie, wcześniej czy później z walizkami pieniędzy przyjeżdżają do Nowego Jorku. Jednym z pierwszych jest Frank Woolworth, właściciel sieci sklepów z artykułami za dolara, który w roku 1910 postanawia wznieść na Manhattanie „katedrę handlu”. […] Na przedsięwzięcie przeznacza zawrotną sumę trzynastu i pół miliona dolarów. Oszołomieni bankierzy nie chcą mu udzielić kredytu – po co mu tak wielki budynek? Plan zdaje się pozbawiony sensu. Woolworth wykłada więc na stół gotówkę.

Architekt Cass Gilbert, któremu powierza zadanie, szuka inspiracji w europejskim gotyku – front budynku ozdobią wielobarwne ceramiczne kafle, wieżyczki, zwieńczenia, podcienie, rzygacze. Jest jednak świadomy, że Woolworth Building „ma być maszyną do wyciskania pieniędzy z gruntu”. W kwietniu 1913 roku „arcydzieło materializmu” – pięćdziesiąt siedem pięter, dwieście czterdzieści jeden metrów wysokości – jest gotowe. Podczas uroczystej inauguracji prezydent Woodrow Wilson dotyka w Białym Domu niewielkiego, zdalnego włącznika i w jednej chwili w Woolworth Building rozbłyskuje osiemdziesiąt tysięcy świateł. „Ten budynek nie drapie nieba, on je pozdrawia” – chwali się dumny Gilbert. Ale w Nowym Jorku o subtelnych pozdrowieniach mało kto chce wtedy słyszeć.

Urodzony w 1875 roku w Kansas Walter Chrysler zaczynał jako szesnastoletni chłopak od zamiatania składów kolejowych. Zarabiał dziesięć centów na godzinę. Szesnaście lat później był głównym mechanikiem potężnej kompanii kolejowej Chicago Great Western. W 1911 roku uratował przed upadkiem General Motors, przestawiając jej przestarzałą technologię (samochodowe szkielety cały czas budowano z drewna) na stal. Kiedy w 1920 przeniósł się do Nowego Jorku, zarabiał milion dolarów rocznie. Założył rodzinę, kupił ogromną posiadłość pod miastem. Za sąsiadów miał Scotta i Zeldę Fitzgeraldów. Tak jak Wielki Gatsby posiadał też przystań, z której było widać lśniącą w oddali metropolię. […]

Budynek, który dla samochodowego magnata wybudował Van Alen, to najpiękniejszy esej w stylu art déco. Do dziś nie ustają spekulacje, co tak naprawdę przedstawia wieża – korony, tiary czy elementy karoserii pięknych samochodów Chryslera. Uszlachetniony diamentami stop chromu i stali, z którego została wykonana, sprowadzono z hut Kruppa w Niemczech. Przez niemal sto lat nie wymieniono ani jednego metalowego fragmentu wieży. Srebrzysta, połyskująca w słońcu, zdaje się darem niebios. Technologia spotkała się z metafizyką, sprawiając, że surowy modernizm rozkołysał się w rytm dźwięków jazzu, zaczerpnął oddechu, roześmiał zalotnie. Mówią, że Van Alen, niczym Francis Scott Fitzgerald i Duke Ellington, w tych kilku taktach i akapitach z kamienia oraz metalu zdołał skondensować ducha epoki – szalonej, rozbawionej, lekkiej jak lampka szampana.

 

Był październik 1929 roku. […] Chrysler był w Nowym Jorku najwyższym budynkiem zaledwie przez kilkanaście miesięcy. Tuż obok, przy Piątej Alei, piętro po piętrze zaczął się piąć w górę Empire State.

Najsłynniejszy wieżowiec świata. Wzniesiony nie w porę, w nieodpowiednim miejscu, w oparach spekulacyjnego obłędu, wbrew logice i rozsądkowi. Był jak spóźniony gość, który przychodzi na przyjęcie, gdy wypito już alkohol, a po podłodze poniewierają się puste butelki i rozbite szkło. Kierujący całym przedsięwzięciem – Al Smith i John J. Raskob – zjawili się na tej imprezie na ostrym kacu, który postanowili leczyć klinem.

Wznoszenie drapaczy chmur do złudzenia przypomina prowadzenie wojny, tyle że w warunkach pokojowych – notował pułkownik William A. Starrett, współzałożyciel legendarnej firmy Starrett Brothers and Eken zawiadującej budową. – W istocie analogia jest niewiarygodnie trafna, tym bardziej że raz po raz okaleczenia [jakich doznają robotnicy] i śmiertelne wypadki przypominają nam, że prowadzimy wojnę z siłami natury”.

W ciągu roku na budowie zginęło sześć osób – dwóch murarzy, spawacz i trzech stolarzy. Zważywszy na karkołomne warunki, w jakich toczyły się prace (brak jakichkolwiek zabezpieczeń!), liczba ta, choć tragiczna, wydawała się niewiarygodnie mała. Wśród pracujących na wysokościach było kilkuset Indian z plemienia Mohawk, którzy pozbawieni są ponoć lęku wysokości. Być może jednak unoszące się wówczas nad całą Ameryką strach, panika i rozpacz zahartowały wszystkich robotników? Budowę stu dwóch pięter ukończono w ciągu niespełna jedenastu miesięcy – szybciej niż komukolwiek kiedykolwiek cokolwiek podobnego wydawało się możliwe. Recesja sprawiła, że spadły ceny materiałów budowlanych – przede wszystkim stali – oraz siły roboczej. W efekcie koszt całego przedsięwzięcia okazał się sporo niższy, niż pierwotnie szacowano (był to chyba jedyny tego rodzaju przypadek w historii budownictwa wielkich wieżowców). Po południu 18 marca zakończono montaż iglicy.

„Empire State zdaje się płynąć w powietrzu nad miastem niczym zaczarowana wieża z bajki – napisali autorzy opublikowanej jeszcze w tym samym roku monografii Empire State: A Short History [Empire State. Krótka historia]. – Budynku tak wyniosłego, tak spokojnego, tak cudownie prostego, tak świetliście pięknego nikt dotąd nie był sobie w stanie wyobrazić. Dziś możemy spojrzeć wstecz na starannie zrealizowane marzenie”.

„Najwspanialsze drapacze chmur – te, które stały się najbardziej znanymi budynkami – zostały wzniesione w celach reklamowych. Idea wykorzystywania budynku do promowania i komunikowania czegoś, zanim jeszcze pojawiły się inne środki masowego przekazu, narodziła się w Nowym Jorku. Drapacz chmur jest zachętą dla wszystkich naszych amerykańskich słabości: umiłowania abstrakcyjnej wielkości, zainteresowania nieruchomościowym hazardem, pożądaniem i tęsknotą za ostentacyjnym marnotrawstwem”. [Lewis Mumford]

 

High Line


Miało go nie być. Powstał niemalże przez pomyłkę. Położony w zaniedbanej kiedyś części Manhattanu park High Line to zawieszony nad ulicami ogród. Zamiast klombów z begoniami i tulipanami porastają go trawy i polne kwiaty. Został stworzony na pordzewiałym, przeznaczonym do rozbiórki wiadukcie kolejowym dzięki zapałowi garstki marzycieli. Postanowili ocalić fragment industrialnej historii miasta, tchnąć w niego nowe życie. Przedsięwzięcie okrzyknięto jednym z najciekawszych i najbardziej udanych projektów rewitalizacyjnych na świecie. Co było potrzebne? Pasja, wyobraźnia, nieszablonowe myślenie. I może jeszcze szczęśliwy zbieg okoliczności.

Położona w pobliżu doków rzeki Hudson, na zachodnim brzegu Manhattanu, Dziesiąta Aleja była niegdyś krainą fabryk i hurtowni. W połowie XIX wieku do ich obsługi wybudowano naziemną linię kolejową. Choć w trosce o bezpieczeństwo pieszych przed każdym pociągiem jechał na koniu wymachujący czerwoną flagą jeździec – nazywano ich kowbojami z West Side – ofiar było tak dużo, że ulica zyskała miano Alei Śmierci.

Na początku lat trzydziestych władze miasta postanowiły wybudować wznoszący się na wysokość trzech pięter wiadukt. W odróżnieniu od pociągów pasażerskich w innych częściach Manhattanu ta linia towarowa nie przebiegała nad głównymi ulicami, lecz przecinała w poprzek kwartały budynków. Wagony towarowe wjeżdżały prosto do wnętrz hurtowni czy fabryk (między innymi słynnej fabryki Nabisco, która dziś stanowi zadaszony fragment parku).

W połowie wieku, wraz z pojawieniem się autostrad, TIR-ów i kontenerów, kolej w Stanach Zjednoczonych zaczęła podupadać. Ostatni pociąg z trzema wagonami mrożonych indyków przejechał przez zachodni Manhattan w 1980 roku. Jeszcze w latach sześćdziesiątych zburzono południowy odcinek wiaduktu. Pozostała część, przebiegająca przez Meatpacking District i Chelsea, zaczęła rdzewieć.

Urozmaicona promenada pomyślana jest przede wszystkim jako miejsce, w którym można odpocząć, spojrzeć na miasto z innej niż chodnikowa perspektywy. Między fragmentami torów, w które wtapia się bujna i dzika z pozoru roślinność, umieszczono proste ławki z betonu, teku i cedru. W kilku punktach pojawiają się też drewniane szezlongi na kółkach, które przesuwają się po torach jak wagony; zwłaszcza w porze zachodów słońca (rozciąga się z nich wyśmienity widok na rzekę Hudson) należą do najbardziej obleganych miejsc w parku.

W kilku punktach wiaduktu przez wycięte w chodniku otwory (są pokryte jedynie metalową kratką) daje się obserwować położoną w dole ulicę. Do tego samego celu służą oszklona, przypominająca muszlę koncertową wiata oraz ramy po starych billboardach, które kiedyś były przymocowane do barierek wiaduktu. Dziś pełnią funkcję ekranów kinowych. Filmem, który można sobie na nim wyświetlić, jest toczące się poniżej miejskie życie – w zależności od wyobraźni widza widowisko najnudniejsze lub najbardziej fascynujące z możliwych.

Pierwsze dwa odcinki promenady ciągną się na długości dwóch i trzech dziesiątych kilometra. Gruntowny remont wiaduktu, montaż instalacji oświetleniowej (lampy umieszczone w mało widocznych miejscach – pod ławkami, poręczami i barierkami, między elementami chodnika i grządek – emitują delikatne, rozproszone światło) i systemu irygacji, założenie ogrodu czy wreszcie wybudowanie rozmaitego rodzaju „mebli” kosztowały w sumie blisko sto pięćdziesiąt milionów dolarów. Niemal dwadzieścia pięć procent tej sumy pochodziło ze środków prywatnych. Znana projektantka mody Diane von Fürstenberg, która posiada studio i oszklony penthouse tuż obok wiaduktu, przekazała na rzecz parku ponad trzydzieści milionów dolarów.

W ciągu zaledwie półtora roku po otwarciu High Line park odwiedziło ponad trzy miliony osób, dziesięciokrotnie więcej, niż przewidywano. Mimo recesji wzdłuż wiaduktu z miesiąca na miesiąc wyrastały coraz bardziej imponujące budynki, często projektowane przez najbardziej uznanych architektów – między innymi Jeana Nouvella, Franka Gehry’ego czy Shigeru Bana. Bardzo szybko zaniedbana niegdyś Chelsea przeobraziła się w jedną z najmodniejszych dzielnic Manhattanu.

Koniec części pierwszej. Ciąg dalszy nastąpi.


W tekście wykorzystano fragmenty książki Magdaleny Rittenhouse „Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero”, wyd. Czarne, 2003.

Fotografie zamieszczone w tym wpisie wykonano aparatem Olympus OM-D E-M1 z obiektywami M.Zuiko 12‑40mm 1:2.8 PRO oraz 40‑150mm 1:2.8 PRO dzięki uprzejmości Olympus Polska.

  • http://www.bezpieczna-podroz.pl/ Magda Kajzer

    Chyba muszę przeczytać tę książkę.
    A relacja miodzio. Aż chce się tam być!