Próba niesentymentalnej podróży na Wołyń

kosciol w olyce

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu
Trudno wyruszyć na Wołyń bez cierpkiego dreszczu wywołanego na myśl o wydarzeniach lat II wojny światowej. Postanowiłem jednak spróbować i skupić się na miejscach, dla których można na Wołyń przyjechać czysto turystycznie.

Celem wyjazdu był teren przedwojennego woj. wołyńskiego i jego największe ośrodki miejskie. Założyłem, że odwiedzę wybrane z nich i przyjrzę się najciekawszym zabytkom. Granicę symbolicznie przekroczyłem w Zosinie (najdalej na wschód położona polska miejscowość), a pierwszym miastem, do jakiego trafiłem, był Włodzimierz Wołyński. 

Włodzimierz Wołyński

wlodzimierz w kosciol sw anny

Główny plac miasta sprawiał wrażenie płyty skateparku. Betonową przestrzeń zajmowali deskorolkarze i amatorzy wyczynowych rowerów. Sąsiedztwo hotelu Wołyń, tablic pamiątkowych po ofiarach wojny i kościoła pw. św. Anny podpowiadało, że centralny rynek jest jednak czymś więcej. Od niego zacząłem spacer po Włodzimierzu.

Kościół pw. św. Anny na pierwszy rzut oka nie różnił się niczym od dziesiątek kościołów, które widziałem wcześniej i po bliższym przyjrzeniu się również takim pozostał. Zapamiętam go na dłuższy czas tylko ze względu na aurę, w jakiej udało mi się zrobić zdjęcie. Poranna mgła i wyłaniające się z niej dźwięki miasta przeplatały wydarzenia niejednego poranka w trakcie trwania tej podróży.

Obok żółtego, barokowego kościoła pw. św. Anny znajdował się niebieski kościół pw. Rozesłania Apostołów. Właściwie to dopiero w połowie niebieski. Kościół był w trakcie remontu. Przed wyjazdem sporo czasu wykorzystałem na zastanawianie się w jakim stanie zastanę wołyńskie zabytki i moje myśli kierowały się raczej w stronę sypiących się elewacji niż pieczołowicie odrestaurowanych ornamentów. Niebieski kościół z Włodzimierza był pierwszym sygnałem, który nastawił mnie bardziej optymistycznie.

Po drugiej stronie miasta jest jeszcze bardziej ciekawie. Na czele jej zabytkowego triumwiratu stoi cerkiew pw. św. Bazylego, która jest oktokonchoidą. Świat terminów związanych z architekturą potrafi wykręcić język, ale z tym warto się spróbować. Świątynie wzniesione na planie ośmioliścia nie zdarzają się często, a ta na dodatek została wzniesiona w późnym średniowieczu.

Spod cerkwi wystarczy przejść przez park, by znaleźć się u podnóży stromych wałów obwodowych byłego zamku. Okoliczności jakie idzie zastać na ich szczycie jasno wskazują na to, że w ciepłych miesiącach miejsce to staje się terenem wieczornych obrad tutejszej młodzieży. Nie jest to zbyt istotne, gdy przyjdzie zastanowić się nad wyglądem nieistniejącego już zamku. Jeszcze w czasie uchwalenia w Polsce Konstytucji 3 maja jego umocnienia pozostawały całkowicie drewniane. Na tamte czasy pozostawał on prawdziwym skansenem wśród zamków Rzeczypospolitej.

Trzecim, zwracającym uwagę zabytkiem w tej części Włodzimierza, jest katedra pw. Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, czyli najstarsza świątynia miasta. Nie ma chyba lepszego miejsca do uchwycenia wzrokiem jej sylwetki niż wspomniane wyżej wały. Szczególnie dobrze jest ją oglądać wieczorem, gdy stanowcze kontury bryły jawią się na tle zachodzącego słońca. 

Włodzimierz, choć spotkałem się w nim ze zdecydowanie nieprzychylnym przyjezdnym z Polski nastawieniem, był bardzo dobrym wstępem do podróży po zabytkowym Wołyniu. Różnorodność świątyń podkreślała wielokulturowość, której miasto było kiedyś świadkiem, a zbite centrum ułatwiało zobaczenie prawie wszystkich ciekawych zabytków, w sytuacji, gdy nie było na to zbyt wiele czasu. 

Zaturce

Kościół p.w. św. Trójcy w Zatorcach

Po kilkunastu minutach jazdy wysiadłem z marszrutki niemalże w środku gęsiego stada. We wsi Zatorce zatrzymałem się, by zobaczyć dwie rzeczy: kościół pw. św. Trójcy i pałacyk Lipińskich. Wieżę tego pierwszego powinienem widzieć już z drogi, jednak do właściwej nawigacji, z powodu mgły, potrzebna była pomoc miejscowych. Skręcając w odpowiednią uliczkę po chwili ujrzałem jakby ceglany komin zawieszony w popielatej chmurze. Zbliżając się do niego dostrzegałem coraz ostrzejszą postać kościoła. Zrobiło to na mnie spore wrażenie i obawiam się, że gdyby pogoda była słoneczna nie przekonałbym się wizualnie do jego niezbyt spójnego wyglądu. Ciężko natomiast kwestionować jego historyczną wartość. Mury świątyni wznoszono, gdy po drugiej stronie globu europejczycy odkrywali Tasmanię. II wojnę światową przetrwała jako magazyn materiałów budowlanych, rozstając się w tym samym czasie w dramatycznych okolicznościach ze swoim najważniejszym obrazem Matki Bożej w srebrnej sukience. Można zajrzeć do środka. Wystarczy popytać w okolicy.

Na drugim końcu wsi stoi pałacyk Lipińskich mieszczący muzeum rodu. Jest naprawdę przyjemnie odnowiony. Jego kremowa elewacja i mansardowy dach w połączeniu ze złotymi liśćmi dębów zupełnie wykluczają z pamięci fakt, że by do niego dotrzeć, trzeba było umorusać nogawki w błocie idąc nieprzeciętnej długości drogą. Pech chciał, że akurat we wtorek muzeum było zamknięte. Pozostawało podziwianie budynku zza ogrodzenia. Szkoda, że tylko tyle, bo jest to jedyny w tej części Wołynia, ocalony zespół pałacowy. 

Łuck

Zamek w Łucku

Po wizycie w Kisielinie, która jest historią na zupełnie osobną odpowieść dotarłem do Łucka. Dzisiejsza stolica Wołynia pokazuje klasę. Łuck najbardziej ze wszystkich miast Wołynia przypomina atmosferę, która może być znana z wyjazdów do miejsc znajdujących się na zachód od Ukrainy. Do najciekawszych miejsc kierują schludne drogowskazy, co jakiś czas można się natknąć na mapę miasta z zaznaczonymi lokacjami turystycznymi. Główny deptak, ul. Łesi Ukrainki, wabi zarówno modnymi restauracjami jak i barami spod szyldu „U Siergieya”. Akcenty są wyważone. Najciekawszym obiektem pozostaje zamek i to, co dookoła niego. Próbę czasu przetrwały grube mury i trzy solidne baszty. Dziedziniec i zakamarki zamku uatrakcyjniono tworząc m.in. wystawą obrazów, muzeum ksiąg, czy muzeum dzwonów, które jest jedynym takim na całej Ukrainie. Warto przejść się zarówno koroną murów jak i zrobić kółko u ich fundamentów. W najbliższej okolicy warowni znajduje się mnóstwo ciekawych budynków, które co prawda lepiej pewnie wyglądać już nie będą, ale zachowują klimat starego podwala.

Łuck wymaga zdecydowanie większej atencji. Do odwiedzenia wciąż pozostało mi muzeum ikon, muzeum wojny, zoo oraz typowe osiedla z wielkiej płyty, w których zakamarkach z pewnością kryje się sporo industrialnych smaczków. 

Ołyka

Pałac Radziwiłłów

Przez ponad 400 lat nieprzerwanie ród Radziwiłłów był w posiadaniu okolicznych ziem, których sercem stał się zbudowany w Ołyce pałac. Dziś mieści się w nim zakład psychiatryczny, tynk wilgotnieje, a elewacja podąża drogą okiennic, w których pozostały już tylko szczątki po szybach. W zestawieniu z wyschniętymi przypałacowymi stawami tworzy obraz dogasającego blasku dawnych czasów. Ogromna szkoda, że zamiast zainteresowanych turystów na dziedzińcu zamku można spotkać jedynie grabiących liście lub wożących na taczkach węgiel obłąkanych, którym zajęcia umila stare, radzieckie radio. W nie lepszym stanie jest znajdująca się na przeciwko była kolegiata, która za swych najlepszych czasów zasłużyła na tytuł jednego z najpiękniejszych kościołów Wołynia. Nawet po tym, co widać obecnie, nie trzeba być znawcą architektury, aby przyznać, że zapewne tak było. Świątynia powinna mieć jednak lepszą przyszłość niż pałac Radziwiłłów. 

Właśnie rozpoczął się jej gruntowy remont. Czas pokaże czy doczekamy się renowacji, która uchroni ją przed całkowitym rozkładem i przywróci do stanu rokującego bezpieczną przyszłość. 

Dubno

Zamek Ostrogskich w Dubnie

Zwiedzanie Dubna również koncentruje się w rejonie zamku. Tym razem jest to zamek wzniesiony przez ród Ostrogskich. W latach powojennych bliski był mu obecny los pałacu Radziwiłłów, jednak podjęto skuteczną próbę renowacji, która wydaje się być już na finiszu. Swój wkład w historyczny rozwój zamku mieli też Lubomirscy będący przez pewien czas w jego posiadaniu. Najznakomitszym śladem jaki po sobie pozostawili jest pałac, który swoi w północnej części dziedzińca.

Spacer po Dubnie przysparza znakomitej okazji do obejrzenia murowanych kamienic, mieszczących kiedyś domy kupieckie. Wśród przeważającej kiedyś drewnianej zabudowie Wołynia (wystarczy przypomnieć sobie zamek z Włodzimierza) wydaje się, że budynki te w czasie swojego powstania wyprzedziły panującą epokę. 

Większość ciekawych miejsc znajdziemy w Dubnie przy głównej ulicy tj. Danyla Halytskoho (sobór św. Ilji, zespół bernardynów, Bramę Łucką), warto jednak zboczyć z tej arterii i zapuścić się nad rzekę Ikwę, by zobaczyć cerkiew Przemienienia Pańskiego. Wnętrze niewielkiej świątyni w całości pozostaje pokryte barwną i interesującą polichromią. Natomiast z niewielkiego wzniesienia, na którym stoi cerkiew, idealnie obserwuje się smętny nurt Ikwy i towarzyszące jej mokradła. Zaraz nieopodal znajdują się z rzadka opisywane dwa młyny: drewniany i murowany – połączone ze sobą wąskim korytarzem na poziomie pierwszego piętra. Dość unikatowy obiekt.

Po Dubnie udałem się do najbardziej wyczekiwanego miejsca.

Krzemieniec

Widok na centrum Krzemieńca ze wzgórza Bony

Najlepiej zwiedza mi się miasta, gdy od samego początku pobytu widzę, że tempo ich życia nie jest ani za szybkie, ani zbyt ślamazarne. Gdy jest pewne, że mogę po nich płynąć i żaden gęstościowy prąd nie porwie mnie w odmęty ani handlowego centrum ani przykrego wysypiska na suburbiach. Krzemieniec to jedna ulica i siatka dróżek oraz ścieżek wspinających się na wzgórza, które wyznaczają jego granice. W takiej stylistyce bardzo łatwo jest mi wczuć się w obowiązujące dookoła zasady.

Wiele znanych z folderów turystycznych miejsc zapada w pamięci dzięki ich charakterystycznym punktom górującym nad resztą krajobrazu. W Pradze są to Hradczany, niedaleko Fussen zamek Neuschwanstein, w hinduskim Leh buddyjski klasztor, Akropol w Atenach. Dominującym w przestrzeni Krzemieńca punktem jest liceum, mimo że nie zajmuje pozycji na żadnym ze wzgórz okalającym miasto. Jest lekko wyniesione ponad podstawowy poziom miasta, ale przy tak dumnej i stanowczej sylwetce to zdecydowanie wystarcza.

Liceum Krzemienieckie wraz z kościołem pw. śś. Ignacego Loyoli i Stanisława Kostki, który w swojej burzliwej historii pełnił nawet rolę hali sportowej, stanowiło jedno z najważniejszych ośrodków kształcenia w ówczesnej Polsce. Zbiór biblioteki liceum w kulminacyjnym momencie liczył ponad 34 tys. tomów wśród których można było znaleźć Statut Wielkiego Księstwa Litewskiego z 1588 roku czy jeden z pięciu podręczników do mnemomechaniki z końca XV wieku. W licealnym kościele ochrzczony został Juliusz Słowacki, którego rodzinny dom stoi ulicę dalej mieszcząc dziś muzeum poświęcone wieszczowi. Warto przejść się po całym szkolnym kompleksie nie wyłączając korytarzy barokowych gmachów pojezuickich, które prowadzą do wielu sal wykładowych. 

Kolorystyczna kompozycja ścisłego centrum jest wybitnie pocieszająca. Na przeciwko żółto-oranżowego kompleksu szkolnego stoi błękitny kościół pw. św. Mikołaja. Na przestrzeni starego rynku znajdziemy mnóstwo budynków w różnych odcieniach pomarańczy, żółci, różu i bardziej brunatnych barw. Gdyby Krzemieniec wyleczył się z szyldozy i zadbał o elewacje przynajmniej połowy zabytkowych budynków, mógłby rocznie spodziewać się dziesiątek tysięcy turystów.

Dodatkowo uroki miasta można podziwiać spacerując po otaczających je wzgórzach. Najczęściej odwiedzanym jest wzgórze Bony, na którym ostały się ruiny zamku. Widok stąd jest rzeczywiście korzystny – na pierwszym planie zobaczymy Liceum Krzemienieckie, w dalej oddalonych punktach miasta jawią się wieże ważnych świątyń w tym monasteru Objawienia Pańskiego czy kościoła pw. Stanisława Biskupa. Nie gorzej jest gdzie indziej. Przy ścieżkach znajduje się bardzo wiele interesujących miejsc z zupełnie różnych kategorii. Kirkut, kozackie mogiły czy skocznia narciarska to tylko niektóre z nich.

Wiśniowiec

Pałac w Wiśniowcu

Ja, Jeremi Wiśniowiecki, wojewoda ruski, książę na Łubniach i Wiśniowcu, przysięgam Tobie Boże w Trójcy świętej jedyny i Tobie Matko Najświętsza, jako podnosząc tę szablę przeciw hultajstwu, od którego ojczyzna jest pohańbiona, póty jej nie złożę, póki mi sił i życia stanie, póki hańby owej nie zmyję, każdego nieprzyjaciela do nóg Rzeczypospolitej nie zegnę, Ukrainy nie uspokoję i buntów chłopskich we krwi nie utopię. A jako ten ślub ze szczerego serca czynię, tak mi Panie Boże dopomóż – amen!

Te słynne słowa znane z „Ogniem i mieczem” wypowiedział Jeremi Michał Wiśniowiecki, którego ród związany był z Wiśniowcem od początku jego istnienia.

Obecnie pałac Wiśniowieckich, główna siedziba rodu, próbuje się wykaraskać z czasu niesławy. Zewnętrze mury prezentują się godnie, zespół parkowy sprzyja spacerom. Gorzej ma się wnętrze pałacu. Bogato zdobione przestrzenie pałacowe, m.in 45 tys. ręcznie malowanych kafli, zostały zagrabione w czasach wojny. Zniknęły też dzieła sztuki oraz zbiory biblioteczne. Póki co udało się zorganizować niewielkie muzeum, którego głównymi eksponatami są współczesne malowidła prezentujące najważniejszych przedstawicieli Wiśniowieckich oraz Mniszów, późniejszych włodarzy włości. Trzeba się jednak solidnie wysilić, by z zainteresowaniem spędzić w środku więcej niż pół godziny. 

Humor zdecydowanie poprawia widok rozciągający się z pierwszego piętra muzeum. Cerkiew zamkowa i potężny staw oraz skromne zabudowania widniejące w tle tworzą klasyczny, małomiasteczkowy landszaft. Cały teren i dużo, dużo więcej, należał ongiś do rodu Wiśniowieckich.

Najciekawsze zabytki Wołynia zachwycają, ale tylko wtedy, kiedy potrafimy sobie wyobrazić jak prezentowały się za swoich najlepszych czasów. Podróż śladem najciekawszych zamków, kościołów, miejscowości Wołynia nie daje wielu okazji do entuzjastycznych wybuchów podziwu. Pewnie też dlatego z rzadka trafiają tam turyści zainteresowani robieniem nośnych zdjęć i oczekujący estetycznych przestrzeni miejskich. By wsiąknąć w zabytkowy krajobraz Wołynia trzeba umieć skupić się na jego historycznej wartości. W tym przypadku nie do końca udaje się uniknąć niekoniecznie budujących sentymentów. Jeśli nie ma się tendencji do odwiedzania miejsc drugo- czy nawet trzecioplanowych pod względem obiektywnie rozumianej atrakcyjności, to w tym przypadku dosadnie polecam, by upomnieć się przed sobą o motywację i odwiedzić wybrane wołyńskie ośrodki. Dla mnie bardzo ważną rzeczą było zdanie sobie sprawy jakim jest współczesny obraz regionu tak ważnego z punktu widzenia polskiej historii.

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • http://boliviainmyeyes.wordpress.com/ Bolivia ‚In My Eyes’

    Piekne, klimatyczne zdjecia!