Taksówkarz wodzący na pokuszenie

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

maroko taxi

Chcesz jedynie dojść do dworca i zapytać, o której odjeżdża autobus. Jest 40 stopni, na plecach dźwigasz kilkanaście kilogramów i cały się lepisz, jakbyś dopiero co wyszedł z baryłki pełnej miodu. Niczym osy zlatują się do ciebie taksówkarze, z którymi nie masz ochoty zamieniać ani słowa. Najchętniej zacząłbyś machać rękami, by jak najszybciej ich od siebie odpędzić.

Jestem bardzo przychylny zarabianiu na turystach. To ważna gałąź gospodarki w wielu krajach, do których podróżuje się z plecakiem. Nie przeszkadza mi zawyżanie cen na bazarach. Nie umiesz się targować, zapłacisz więcej niż powinieneś, trudno. Twoja strata, zysk sprzedawcy, ale wszystko odbywa się na jasnych od początku zasadach. Jeśli chcesz by było na odwrót, wycwań się, stwórz własne reguły gry i stosuj je. Nasze poznasz z krótkiego poradnika „Jak się targować”.

Nie przeszkadzają mi też zanadto drobni, uliczni oszuści, tacy, jak np. ci pod dworcem w Delhi. Nie są przyjemni, kradną czas, energię, a często i pieniądze, ale system ich funkcjonowania to wyzwanie dla śledczych zdolności. Rozwikływanie go daje przyjemność i przy okazji dobrze się to później opowiada znajomym.

dzammu city
Wytrzymać da się także z dzieciakami, niosącymi na ustach drażniący okrzyk „Łan czoklad”. Gdy odmówisz po raz 50-ty potrafią rzucać w ciebie kamieniami, albo innymi rzeczami, które akurat podniosą z ziemi. Kończy się to najczęściej wstydliwą ucieczką. Lepiej jednak nawiewać przed dzieciakami, niż bandą osiłków zainteresowaną nie cukierkiem, a całym twoim dobytkiem. Poza tym dzieciaki zawsze ładnie wychodzą na zdjęciach. Nawet jeśli robi się je pod kamiennym ostrzałem.

Zmorą, w której nie umiem doszukać się żadnego pozytywnego aspektu, nawet pojedynczego przebłysku uciechy czy satysfakcji, są natrętni taksówkarze. To ci, którzy bez względu na wszystko, czy akurat próbujesz uratować psa przed pędzącą ciężarówką, czy właśnie wsiadłeś do pociągu i machasz do znajomych żegnających cię z peronu, będą krzykiem nagabywać do wspólnej podróży. Nie odpuszczają, nie darują, wykorzystują każdą okazję, by wyciągnąć od pasażera te kilka groszy więcej i popsuć mu humor.

Nie wszyscy napotkani są tacy. Ciężko jednak w pełni zaufać któremukolwiek, gdy jest się w podróży.

Na początku ze spokojem przyjmuję wszystkie zaczepki. Pierwsze „Mister, where are you going?”, czy wtórne wykrzykiwanie nazwy miejscowości docelowej traktuję jako złożenie wstępnej oferty. Taksówkarze widzą turystę, którego zamiarów nie znają i naturalne jest, że zachęcają do skorzystania ze swoich usług.  Nawołują i krzyczą, ja jednak odmawiam. W prosty sposób daję do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany. Chciałbym żeby w tym momencie dano mi spokój, żebym mógł w spokoju dojść do dworcowej kasy, czy gdzie tam idę i zrobić, co mam zrobić. A nawet jeśli nadal chcieliby próbować przekonać mnie do swojej usługi, zmienili strategię. Zmiany zdarzały się, to prawda, ale najczęściej ograniczały się do nasyłania na mnie swoich kolegów po fachu proponujących transport po minimalnie niższej cenie. Być może nawet byłbym skłonny do negocjacji, ale jestem turystą z Europy, najprawdopodobniej jest ok. 40 stopni (Indie, Maroko, czy ostatnio Kirgistan), na plecach mam worek ziemniaków i chcę osiągnąć cel bez zbytecznej utraty sił, które będą mi później bardzo potrzebne.

Mimo że okazuję wyraźnie brak zainteresowania taksówkarze w 99% przypadków nie rezygnują. Podążają za mną, przypatrują się z premedytacją kroplom potu spływającym mi ze skroni i przekonują, bym wybrał ich transport, w kółko powtarzając to samo. Nie są w stanie mnie nakłonić za Chiny Ludowe, przeciwnie, z każdym kolejnym zawołaniem męczą mnie i irytują. Rozumiem, że taksówkarze, tam dokąd jadę, bardzo liczą na gotówkę zostawioną przez turystów i ich praca jest ciężka. Są często zmuszeni do walki o klienta jak lwy, by zarobić wystarczająco. Domyślam się, że gdyby nie musieli, nie lataliby za obcokrajowcami. Nie wpływa to jednak na moje krytyczne samopoczucie, gdy stają się zanadto nadgorliwi. Powinna być jakaś granica tej natarczywości, powinni ją czuć tak samo, jak ja czuje opory przed zrobieniem pewnych rzeczy, kiedy jestem u kogoś w gościach.

city naryn

Nie wiem, jak mam się odnaleźć, gdy chcę na dworcu autobusowym załatwić najprostszą sprawę, kupić bilet albo zasięgnąć języka w informacji, a niczym zamaskowani spadochroniarze, zupełnie znikąd, otaczają mnie grupą kompletnie obco wyglądający mężczyźni i krzyczą coś w nieznajomym języku. Czasem jest to pojedynczy strzelec, który podąża za mną jak cień, ale zwykle jest to spółka. Taksówkarze lubią działać w grupie. Ich bezproduktywna nagonka bywa jak seria z kałacha prosto w bebechy. Ostre naboje przebijają skórę, z brzucha wyglądają wnętrzności, wykrwawiam się, dostaje zawrotów głowy. Nie mam szans na pomoc żadnego medyka. Z lewej flanki ktoś strzela Marrakeszem, z prawej bezlitosną tyralierą nadciąga pułk weteranów Casablanki, wytężając słuch słyszę nadlatującego z tyłu Fez-kamikadze. Jest tylko jedna perspektywa na ratunek, jedna możliwość oswobodzenia się z tej morderczej pułapki. Zamknąć oczy i uciekać przed siebie. Jakimś cudem wypełznąć z tego osaczenia.

Czyż nie? Chyba każdy ma jakąś, co najmniej szorstką, historię z podróży z taxi na pierwszym planie.

Naturalnie czasami jeżdżę taksówkami. Bo jest taka potrzeba, albo mam na to ochotę. Nie wybieram jednak nigdy tych kierowców, którzy podbiegają do mnie jakby ich ktoś wystrzelił z armaty. Są złote zasady korzystania z taksówek w tzw. „krajach backpackerskich”: ustalaj cenę przed wyjazdem, pakując plecak do bagażnika najcenniejsze przedmioty miej przy sobie. Żadna z tych zasad nie jest jednak wstanie zapobiec nikczemnemu działaniu taksówkarza, który nawet nie wie, że ty gdzieś tam w internecie przeczytałeś, jak masz się zachowywać, żeby nie zostać wystrychniętym na dudka w czasie podróży z nim. Bo natarczywość to jedno, a pozwalanie sobie na matactwa to drugie. Taki styl miał chociażby kierowca, z którym jechałem do At-Bashi. Cena z góry umówiona, 45 km do przejechania. Zbliżała się północ, mieliśmy dojechać do pierwszego lepszego hotelu w centrum, którego znajomość kierowca zadeklarował. Okazało się, że polecony przez niego hotel był wyłączony z przyjmowania gości ze względu na imprezę. Wskazano nam inny adres. Kierowca krążył po błotnistych alejach centrum At-Bashi błądząc jak w najgęstszej mgle, mimo że wystarczyło skręcić dwa razy w prawo i dotarlibyśmy do celu bezproblemowo. W końcu dotarliśmy. Za swoją pomyłkę i brak znajomości topografii miasta zażądał dodatkowej zapłaty, choć na oko przejechaliśmy jedynie 1,5 km więcej niż planowaliśmy.

travel kirgistan

Następnego razu jechałem taksówką do Jeti-Ögüz, nie wiedząc dokładnie gdzie leży ta miejscowość. Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy kierowca zatrzymał się przy pierwszych, losowych zabudowaniach i powiedział, że jesteśmy. Wydało mi się to kiepskim żartem. Gdy poprosiłem byśmy dojechali do ośrodka wypoczynkowego, tak jak się umawialiśmy, zaproponował dodatkową kwotę licząc za ten odcinek jak za nową dodatkową trasę.

Czy którykolwiek z taksówkarzy potraktowałby tak swojego krajana?

Nie mogę również znieść ich stylu jazdy. Nie jest tajemnicą, że w wielu miejscach świata, poza Europą, inaczej traktuje się zasady bezpieczeństwa, ale taksówkarze potrafią stwarzać na drodze zagrożenie, jakby byli do tego specjalnie namaszczeni. Niby każdy człowiek jest inny, ma różne predyspozycje do prowadzenia pojazdu, ale, choć nie lubię generalizować, taksówkarze mają wspólną manierę zachowywania się na drodze. Wyprzedzanie na trzeciego, brawurowe manewry nad zboczami bez barierek, traktowanie pobocza jako dodatkowego pasa. Nie wiem czy tak jest zawsze, czy tylko w przypadku turystów którym być może próbują zaimponować. Nie wiem. Lubię adrenalinę i emocje, ale czasami przypomina mi się, że jestem tylko na wakacjach i dobrze by było wrócić w całości do domu.

Stawiam sobie fundamentalne pytanie: co mogę zrobić jako turysta, by mój obraz taksówkarza, ciemiężyciela resztek backpackerskiej energii, bezwstydnego agitatora, uległ zmianie, uległ poprawie na lepsze? Bym mógł w ich stronę posyłać bez fałszu nieskończenie szerokie uśmiechy i z przyjemnością dzielić się pamiątkami przywiezionymi z Polski, które mam ze sobą na prezenty dla przyjaznych ludzi. By oni, jak jeden organizm, pojęli, że turysta nie jest złotym prosiakiem, że również jest istotą posiadającą układ nerwowy i gospodarkę wodno-elektrolitową i nie chce być oszukiwany, nie chce być męczony, nie chce by się nad nim pastwiono. Ale i także by oni, taksówkarze, którzy umożliwiają turystom dojazd do miejsc, o których marzymy, również mogli zarabiać oczekiwane pieniądze i być zadowoleni z wykonywanej pracy. Byśmy żyli w zgodzie i przyjaźni jak Kajko i Kokosz, jak Asterix i Obelix, jak Bolek i Lolek i nigdy nie robili miejsca na wzajemne impertynencje. Na pewno jest na to jakiś sposób. Ale gdzie leżą podwaliny dla tej rewolucji, tego niestety jeszcze nie wiem.

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • Anna

    Przyznam, że nie rozumiem Twojej cierpliwości dla dzieci rzucającej kamieniami w odpowiedzi na odmowę. Nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło, ale w Maroko nagminnie byliśmy wyzywani od najgorszych przez dzieciaki względnie nastolatków za odmowę skorzystania z ich pomocy Bardzo mi to przeszkadzało. Mam świadomość, że z dzieci rzucających kamieniami za turystą wyrośnie kolejna generacja taksówkarzy-pasożytów, która na swój sposób zmądrzeje i swoją energię, i nieprzyjmowanie odmowy wykorzysta do wszystkiego tego opisanego wyżej w poście. Czym skorupka za młodu… itp. Jasne, ze trudniej mieć pretensje do dzieciaków, bo to nie ich wina, bo to dzieciaki, bo sami jesteśmy sobie winni, ale jeśli jakakolwiek rewolucja ma się wydarzyć (choć lepsze zawsze są ewolucje) to nie wśród cynicznych taksówkarzy, ale wśród zbuntowanych dzieciaków.

  • werter

    Przepraszam, że nie na temat, ale chciałem zapytać, co sądzisz o podróży na stopa we wrześniu w obliczu migrujących uchodźców z Bliskiego Wschodu. Może być bardziej niebezpiecznie?

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      Cześć, nic się nie dzieje 🙂

      Nie mam pojęcia jakie warunki panują po drodze, ale jeśli masz wątpliwości lepiej pewnie wybrać jakiś inny wariant.

  • http://kwasychlebowe.blogspot.com/ Kwas Chlebowy

    Można mieć miłe wspomnienia z taksówkarzami, ale zależy to trochę od szczęścia, trochę od kraju. Ja najmilej wspominam taksiarzy w Albanii. Nieraz widząc turystów z plecakiem proponowali swoje usługi, ale słysząc odmowę, odpuszczali bez żadnego narzucania się. W Tiranie umówiliśmy się z taksiarzem na cenę kursu 300 leków (ok. 9 zł). Okazało się, że pomylił drogę, trochę błądził, ze swojego telefonu dzwonił zasięgnąć informacji. I chociaż kurs był dłuższy niż się wydawało, kierowca wziął te swoje 300 leków. Być może nawet do kursu dopłacił, ale honor mu nie pozwolił zawyżyć ceny.

    W krajach tzw. cywilizacji zachodniej honor jest zastępowany przez dyrektywy unijne. Taksiarze muszą płacić za licencję, legalizację taksometru w urzędzie miar, łapówkę dla urzędu antymonopolowego itp. Już na wstępie wiadomo, że cena będzie wysoka, bo z usług taksówkowych utrzymuje się nie tylko taksówkarz, ale i rzesza urzędasów. A i tak zdarzają się przekręty. W greckiej Trikali gospodarze ostrzegali – taksiarze kantują, więc lepiej z góry umówić się na cenę 5 euro za kurs. Tak też zrobiliśmy. Złotówa wziął te 5 euro, a my spojrzeliśmy na licznik – pokazywał 3,50 euro. Zapewne hotelarze i taksówkarze mają zawarty jakiś pakt, by wydusić z turysty każdy grosz. Cena i tak w tym przypadku była dość niska, nie chodzi jednak o te przepłacone 1,50 euro, a o zasady.

    Najgorzej wspominam zaś taksówkarzy w gościnnej Gruzji. Tbilisi – nim wysiedliśmy z marszrutki, otoczyli nas tacy, niemalże krzycząc. Może nawet byśmy z którymś pojechali, ale wpierw musiałem wyjąć z bagażu notes z zapisanym adresem. Nie dało się im tego wytłumaczyć. Mówimy więc, że chcemy najpierw iść na piwo. To nam pokazują, gdzie je kupić i mówią, żebyśmy pili, a oni będą czekać. W innym miejscu taksiarz słyszy naszą rozmowę po polsku, to dawajże się narzucać, że nas zawiezie tam, gdzie „biust Kaczyńskiego” (popiersie). Ileśmy się natłumaczyli, że chętnie popiersie zobaczymy, ale teraz idziemy w inną stronę! Machindżauri – wysiadamy z pociągu i chcemy jechać do Batumi. Taksiarze niemalże się nie pobili o to, który ma nas zawieść. Jeden krzyczy, że oferuje cenę 5 lari, więc z nim pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że 5 lari to jest cena do rogatek miasta, a do centrum kurs kosztuje 10 lari. I znowu nie są to duże pieniądze, ale pozostaje niesmak, że tak nas robią w bambuko.

  • http://www.bezpieczna-podroz.pl/ Magda Kajzer

    Czy jest na to jakiś sposób? Podziwiam optymizm, bo moim zdaniem raczej nie. A nawet zdecydowanie, zwłaszcza że zrobiła się z tego „niechlubna tradycja”.