Dobrze jest zapalić pod kirgiskim SORem

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

szpital kirgistan

 

Nie narzekam, kiedy od czasu do czasu przytrafi mi się w podróży wypadek. Nie taki, by stała się trwała krzywda, ale jakiś lekki uraz dla przypomnienia, że jednak nie jest się nieśmiertelnym. Wyjście z traumy po jakimś czasie wspomina się natomiast znakomicie.

Po 10 km jazdy kamienistą drogą, na którą niepodkute konie reagowały grymasem niezadowolenia, doszliśmy do ogromnej łąki. Na tej łące, idąc w stronę przeciwną, przeżyliśmy najlepsze chwile podróży. Dookoła widać było ośnieżone szczyty, zielone łąki pokrywające niższe partie gór i krążące pod błękitnym niebem drapieżne ptaki. Pędziłem wtedy z wywieszonym ozorem chcąc poruszać się jak najpłynniej, dopasować się do konia najlepiej jak to możliwe i jechać tak aż po sam Isyyk-Kul. To był moment, na który najbardziej czekałem, odkąd pomyślałem o wyjeździe do Kirgistanu. Jak osiągnięcie szczytu dla himalaisty, jak meta dla maratończyka, jak sfilmowanie polującej nocą pantery dla operatora. Porośnięte chwastami i nadziane kamieniami pole, dzielące wioskę Eki-Naryń od mostu na rzece o tej samej nazwie, było Arkadią, Ziemią Obiecaną, oddzielną planetą, na której działy się cuda. Czułem się wtedy jak Armstrong biegający po księżycu, jak James Cameron na dnie Rowu Mariańskiego. Cokolwiek dalej by się nie wydarzyło, ten dreszcz emocji miałem już zapisany na dysku twardym.

Gdy ponownie stanąłem przed łąką, wróciły wspomnienia sprzed dwóch dni. Chciałem powtórzyć brawurową jazdę. Postanowiliśmy galopować do kolejnych charakterystycznych punktów, jakie mieliśmy po drodze. Najpierw do wypoczynkowego domku. Poszło znakomicie, wszystko zdawało się być jak przedtem. Wielkie ptaki szybowały na rozłożystych skrzydłach jak latawce, wysoka trawa świszczała od przedzierających się przez nią kopyt, czułem doskonałą chemię pomiędzy sobą a zwierzęciem. Następny odcinek do cmentarza. Rozpędziłem się jeszcze bardziej, jakbym jakimś niekontrolowanym ruchem zmobilizował konia do szybszego biegu. Gdyby ktoś mi wtedy wręczył broń, lekki pancerz oraz skórzaną czapkę i zaproponował napad na najbliższą wioskę nie wiem czy byłbym wstanie odmówić. Dobiegłem do cmentarza. Następny cel nie był widoczny z miejsca startu. Poprawiłem strzemiona, skróciłem wodze, przygotowałem się. Ruszyliśmy. Patrzyłem jak biegnie Maciek. Zaczął mi uciekać a za nic nie chciałem odpuścić i zostać z tyłu. Użyłem bata, raz, drugi. Koń przyspieszył, byłem już blisko. Jeszcze trochę krzyków, sportowej złości i prawie się z nim zrównałem, lecz po kolejnych kilkunastu metrach znowu straciłem dystans. Robiłem co mogłem, by biec szybciej, skupiłem się tylko na tym, by nabrać prędkości. Krajobraz otaczający łąkę przestał stanowić atrakcję, ptaki zniknęły za szczytami, nierówności terenu wytłumiły się. Wyimaginowałem sobie ścieżkę, wąski trakt, którym niczym smuga światła chciałem Maćka przegonić, dojechać do celu, dotknąć murka i wykrzyczeć „pierwszy!”. Przed oczami miałem tylko ścisłą dróżkę, po której zamierzałem pomknąć ku chwale, po zwycięstwo. Nagle poczułem, że koń wykonał gwałtowny ruch w prawą stronę. Szarpnięcie. Straciłem równowagę, ścisnąłem z całych sił wodze, ciałem zsunąłem się do połowy tułowia zwierzęcia. Koń nadal pędził, jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na zmianę umiejscowienia ciężaru, a do mnie w ułamek sekundy dotarło, że już nie jestem w stanie tego uratować, skorygować pozycji, wrócić do pionu. Wymyślona ścieżka rozpadła się jak cienki lód pod ciężarem słonia, a ja gruchnąłem bezwładnie o ziemię. Przetoczyłem się kawałek po kamieniach, uderzyłem o coś głową. Czekałem aż wreszcie samoczynnie wyhamuje nie wiedząc gdzie są moje ręce, a gdzie plączą się nogi. Wydawało mi się, że jestem kulą bez numeru, po zwolnieniu blokady maszyny losującej. Wreszcie zatrzymałem się. Czułem ból. Zanim udało mi się zlokalizować jego źródło, otworzyłem oczy i podniosłem głowę. Na szczęście koń stał tuż obok mnie. Gryzł trawę. Ulżyło mi. Doczołgałem się do niego kilka metrów, złapałem za dotykające ziemi wodze i położyłem się oczekując na bodźce, które lada moment miały zdradzić jakie są następstwa mojego wypadku.

Spojrzałem na prawą dłoń. Wyglądała jak wata cukrowa. Wyobraziłem sobie, że kości to patyk, a tkanki składające się na moją okrągłą już rękę, to różowa istota owinięta wokół patyka. Z ręką było więc coś nie tak. Wow! Pomyślałem. To niesamowite jak organizm szybko reaguje na urazy! Dotknąłem cukrowej dłoni drugą ręką. Była gorąca, ale nie bolała wybitnie. Nigdy niczego nie złamałem, więc nie potrafiłem zdiagnozować czy to złamanie, czy zwykłe stłuczenie. Odniosłem jednak wrażenie, że nie boli aż tak znacząco żeby mogła to być poważniejsza kontuzja. Odłożyłem cukrową rękę na bok. Coś nie tak było jeszcze z nogą. Gdy spadałem ktoś musiał mi ukradkiem przyłożyć do biodra rozgrzane żelazko o średnicy 30 cm. Piekło cholernie. Na dodatek z pokolorowaną grzałką, bo skóra mieniła się żółto-fioletową barwą, jak koszulki Los Angeles Lakers. Ruchliwość stawu biodrowego była zdecydowanie ograniczona. Oprócz tego miałem jeszcze kilka nieznacznych zadrapań. Spróbowałem wstać, nic z tego jednak nie wyszło, organizm cały czas był w szoku. Wykonując te wszystkie czynności kwiczałem sobie pociesznie.

Maciek zorientował się, że coś musiało mi się stać i odszukał mnie. Gdy przeszedł mi odruch wymiotny oraz zawroty głowy wstałem i przyszła pora na podjęcie decyzji co dalej. Do wsi, w której mieliśmy oddać konie, pozostało 25 km. Uznaliśmy, że nie ma sensu wzywać żadnej pomocy i trzeba tam dojechać o własnych siłach. W asyście Maćka wsiadłem na konia, obraliśmy asekuracyjne tempo i ruszyliśmy dalej w stronę Eki Narynia. W międzyczasie zadzwonił właściciel koni z pytaniem czy wszystko w porządku. Potwierdziliśmy, że jest okej i daliśmy znać, że będziemy u niego za kilka godzin.

Po 20 km odzyskałem siły i czułem się umiarkowanie dobrze. Próbowałem trzymać wodze oburącz oraz galopować i wychodziło mi to całkiem poprawnie.

Dojeżdżaliśmy. Nie zamierzałem opowiadać naszemu gospodarzowi prawdziwej wersji historii. Obawiałem się, że może poczuć się współwinnym za moją szkodę, a wiedziałem, że mógłby tak pomyśleć, bo to przecież on wysłał nas na przejażdżkę. Gdy zobaczył rany na twarzy, zabandażowaną rękę i utykanie, nabrał podejrzeń. Musiałem się ratować więc powiedziałem, że w rękę ugryzła mnie pszczoła, w twarz dostałem gałęzią gdy przejeżdżaliśmy przez las, a utykanie? Jakie utykanie, to jakaś pomyłka. Ostatecznie pogratulował nam zrobienia 3-dniowej pętli wokół okolicznych gór i rozstaliśmy się w dobrych humorach.

Cukrowa dłoń nabrzmiała jeszcze bardziej więc zdecydowałem się zrobić prześwietlenie. Najbliższy szpital oddalony był o 20 km. Postanowiliśmy pojechać tam rano.

Kierowca wysadził nas pod wejściem do szpitala. Spojrzałem na smutny budynek socrealistycznej świątyni zdrowia i zacząłem się zastanawiać: czy będzie gościnnie, czy może obskubią mnie do ostatniego soma? Czy można spodziewać się dzisiaj kolejek, czy też nie będzie problemu ze zrobieniem badania RTG? Konieczność skorzystania z usług medycznych w kraju nie kojarzącym się ze służbą zdrowia na najwyższym poziomie potrafi wywołać niepewność i zmartwienie. Nawet jeśli wydaje ci się, że jesteś twardy, to czujesz ryzyko wiszące w powietrzu. W takich wypadkach często radzą: „jeśli musisz, to skorzystaj, ale zaraz po powrocie do Polski idź do lekarza!” Mieliśmy wchodzić, ale zapaliłem jeszcze papierosa. Wdychając i wydychając dym obserwowałem okolice bramy wjazdowej, wokół której kłębił się tłum pacjentów w asyście lekarzy i pielęgniarek ubranych w śnieżnobiałe mundurki. Zastanawiałem się jak się za to zabrać. Podjeżdżające pod placówkę taksówki wzniecały tuman kurzu. Z jednej z nich w chmurę pyłu wskoczył brodaty, ubrany w błyszczący biały fartuch doktor. Skrzyżowaliśmy spojrzenia. Na pewno zwrócił uwagę na dwa plecaki i twarze obcokrajowców. Podszedł do mnie zwracając uwagę na rękę i zapytał:

-Co się stało?

-Upadłem. – odpowiedziałem.

Chodźcie. Zbadamy to. – zachęcił nas do wejścia na teren szpitala.

Wyrzuciłem papierosa i uważnie dogasiłem niedopałek. Pomyślałem, że dobrze jest czasem zapalić pod kirgiskim SORem.

Błyskawicznie przenieśliśmy się do jednego z budynków kompleksu szpitalnego. Parter, rejestracja, pierwsze piętro, drugie piętro, ciężkie, żelazne drzwi i niewinny przycisk dzwonka. Doktor zawołał coś, wrota po złowrogim zgrzycie otworzyły się i weszliśmy na korytarz. W pokoju nr 4 czekał młody lekarz. Dostałem polecenie aby podać mu dłoń. Przesunął palcami po śródręczu, nacisną w dwóch miejscach, zawyłem z bólu, jak wilk do księżyca. Zaznaczył je długopisem i wychodząc wskazał, że teraz pora na RTG.

Do pracowni prowadził dalej doktor poznany przy taksówce. „Putin good, muslim no terrorist, muslim help!” powtarzał. „Ramadan, no food, no drink no, sex. Muslim good” przekonywał nas. Wyglądało to jakby z góry założył, że przyjezdni z Europy od razu zakładają, że wszyscy wyznawcy Allaha winni być podejrzewani o złoczyństwo. Wzmianka o Putinie miała chyba skłonić nas do uznania hegemonii króla wschodniej strefy wpływów. Gdy przetwarzałem jego intencje doktor zaczepił przechodzącego obok stażystę i przekazał mu opiekę nad nami.

W Pracowni RTG na prześwietlenie czekało kilkanaście osób, ale okazało się, że mnie kolejka nie obowiązuje. Położyłem rękę pod lampą, pstryk i po minucie oglądaliśmy zdjęcie. W jednym miejscu kość złamana była na przestrzał, w drugi uszczerbek wypatrzyło dopiero sokole oko pani doktor. Za pamiątkę w postaci zdjęcia zapłaciłem 20$ i zostałem zaprowadzony do innego budynku, gdzie miano mi założyć gips.

rtg kirgistan
szpital rentgen kirgistan

Tam również natknąłem się na sporą kolejkę, lecz lekarz od razu poprosił mnie do oddzielnego pomieszczenia. Zadając mi jakieś głupie pytania, pewnie dla rozluźnienia atmosfery, sprawnie założył gips i zabandażował rękę. Zażyczył sobie 1000 somów, ale po tym jak przy recepcji zapytałem ile taka usługa kosztuje, wziął połowę mniej. Z śnieżnobiałym gipsem i zapłaconymi rachunkami poszliśmy odebrać plecaki i wyszliśmy ze szpitala. Wszystko, od wejścia do wyjścia ze szpitala, zajęło niespełna godzinę. Doszliśmy do centrum i zaczęliśmy przygotowywać się do wyjazdu na „czterotysięcznik”.

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • Zbigniew Tymicki

    ha, ha, bardzo malownicza relacja! Bartku, wygląda na to, że warto się nauczyć jeździć konno;-). Fajnie się czyta,, życzę szybkiego powrotu do zdrowia:-). Zbyszek/podwozilem Cię kiedyś stopem z Częstochowy do Warszawy przy projekcie zakonnym:-). Pozdrawiam serdecznie!

  • http://marchevka.blogspot.com/ Marchevka

    O kurczę, no bólu i gipsu nie zazdroszczę, ale jak tylko wydobrzejesz, będzie to… już jest! to niesamowita anegdota z kolejnej wspaniałej podróży. Wracaj szybko do zdrowia! 🙂 Powodzenia!