Jak zwiększyć bezpieczeństwo w podróży?

Bartek Szaro
Również tu

Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
Bartek Szaro
Również tu

Nie jesteśmy ekspertami w uważaniu na siebie w czasie podróżowania. Nie tolerujemy leków na malarie, średnio interesują nas przestrogi dotyczące jedzenia z ulicznych garkuchni, perspektywa zrobienia sobie krzywdy w świetle osiągnięcia celu rzadko nas zraża. Nie uważamy też za konieczne robienie wszystkich, mniej lub bardziej, zalecanych szczepień czy ubezpieczania się na grube kwoty. 

To dla nas dość śliski temat. Nie potrafimy przekonać się do pełnowymiarowego korzystania z wszelakich środków prewencji gdy wyjeżdżamy z domu. Szczególnie, kiedy podróż musi opierać się na ograniczonym budżecie. Jako pierwszy weźmy na prześwietlenie problem malarii, który to sieje spustoszenie w psychice i portfelach wielu podróżnych. Popularny lek Malarone kosztuje krocie, działy medyczne turystycznych for internetowych nabite są ofertami sprzedaży medykamentu. Zażywanie specyfiku wcale nie daje 100% ochrony, a do tego źle wpływa na zdrowie. Szczepionki na malarię nie ma, jak więc inaczej zabezpieczyć się przed malarią? – zapytają zatroskani globtroterzy wybierający się do Indii czy Nepalu, gdzie wg. oficjalnych danych zagrożenie malaryczne jest spore. Są repelenty, które w pewnym stopniu zabezpieczają przed ugryzieniami komarów, ale te z czasem potrafią się na nie uodpornić i nie daje to odpowiedniego poczucia bezpieczeństwa. Jaki jest więc złoty środek?

Dane statystyczne o zagrożeniu malarycznym w różnych regionach świata to w dużej mierze podpucha i zachęta do kupna drogich i niezdrowych leków. REALNE zagrożenie zarażenia się malarią w miejscach popularnych turystycznie np. właśnie w Indiach czy Nepalu jest minimalne. A koszty prewencji w stosunku do tego zagrożenia są bardzo wysokie. Zresztą powszechne przekonanie o tym, że leków na malarie nie ma to mit. Znam ludzi, którzy w Afryce (statystycznie jeszcze większe zagrożenie zarażenia się niż chociażby w Nepalu) malarie przechodzili. Szybka diagnoza, wizyta u miejscowego lekarza, odpowiednia dawka miejscowych leków i załatwione. Tak brzmiały relacje. Nie jest to reguła i wyznacznik, malaria oczywiście stanowi zagrożenie, ale biorąc pod uwagę realne ryzyko, zdrowy rozsądek i opinie miejscowych (są zawsze najlepiej poinformowani czy np. w ich prowincji jest ognisko malarii) nie opłaca się i nie ma potrzeby faszerować się tym świństwem.

Podejmowanie ryzyka to element, z którym według Was mamy największy problem. Zdobywanie Kazbeka i cała dyskusja pod relacją na pewno dała nam do myślenia, chociaż spora jej część jest zbyt impulsywna i niesprawiedliwa. Dotyka to bezpośrednio sfery wypadków i tragedii jakie mogą się w podróży przytrafić mimo tego, że człowiek wcale ich nie prowokuje. Ostatnio moi dwaj bardzo bliscy przyjaciele wrócili przedwcześnie z Wietnamu, mieli wypadek motocyklowy. Tydzień spędzony w szpitalu, wysokie koszty leczenia, możliwie najszybszy powrót do Polski. Pomyślałem sobie: a gdyby analogiczna sytuacja przytrafiła się mi i nie miałbym ubezpieczenia? Byłoby, dosadnie mówiąc, przesrane. Albo jeszcze inaczej: gdyby przytrafił mi się wypadek na tyle poważny, że wymagałoby to natychmiastowych operacji, transfuzji krwi, radykalnych decyzji medycznych?

Istnieje w ratownictwie medycznym zasada złotej godziny, czyli od rozpoczęcia działań medycznych do udzielenia specjalistycznej opieki nie powinno minąć więcej niż 60 minut. Wtedy szanse za przeżycie/zachowanie zdrowia u poszkodowanego są najwyższe. Otrzymaliśmy ostatnio do zaopiniowania zestaw MinHolder, który jest narzędziem mogącym zwiększyć poczucie bezpieczeństwa u podróżujących narażających się na większe niebezpieczeństwo ale i nie tylko. Stwierdziliśmy, że może warto napisać na jego temat parę słów i zreflektować się nad ryzykiem podejmowanym w podróży.

Czym jest MinHolder?

MinHolder jest platformą zawierającą ważne i niestandardowe informacje medyczne na temat zarejestrowanego użytkownika. Jest źródłem informacji dla służb ratowniczych i lekarzy, którzy podejmują kluczowe decyzje w przypadku wypadków i sytuacji zagrażających życiu.

Zestaw MinHoldera składa się z opaski oraz karty, na której znajduje się kod posiadacza konta. Konto stanowi bazę danych dotyczących zdrowia użytkownika – można tam zamieścić wszelkie dane: od historii przebytych chorób, przewlekłych dolegliwości, skanów badań, informacji o przyjmowanych lekach po uczulenia, metalowe urządzenia w ciele i ubezpieczenia. Kompletne kompendium zdrowotne.

Jeśli więc posiadaczowi MinHoldera przytrafi się wypadek i wystąpi nagła potrzeba weryfikacji dotychczasowego stanu zdrowia pacjenta, ratownicy mogą zrobić to sprawdzając jego dane na platformie MinHoldera, o ile ten ma przy sobie kartę bądź opaskę zawierającą kod umożliwiający logowanie się. Pozwala to oszczędzić cenny czas, który może być kluczowy w przypadku poważnego wypadku.

Na przykład:

4

No właśnie. O ile w Polsce wiele placówek ratowniczych wie już o istnieniu MinHoldera i potrafi posłużyć się bazą danych, o tyle za granicą, a już szczególnie w krajach innych kontynentów, jest to rzecz nie znana więc nawet w przypadku nieszczęścia rodzimi lekarze zapewne nie będą umieli się tym posłużyć. Jest to więc trochę nonsensowne. Ktoś zapyta też o podstawową kwestię – weryfikacje grupy krwi. Jest to chyba najczęściej przeprowadzane badanie powypadkowe. Niektórzy ludzie kupują spcecjalne karty czy wisiorki z emblematami grupy krwi jednak warto wiedzieć, że lekarze nie mogą polegać na niepewnej informacji i pomimo posiadania takiego oznaczenia badanie również będzie konieczne, co wydłuża czas podjęcia kluczowych decyzji. Dlaczego więc dane zawarte na platformie MinHoldera miałby by być wiarygodne? Przecież to to samo. A jednak nie, na swoim koncie można zamieścić chociażby skan badania lekarskiego grupy krwi, który jest już wiarygodnym źródłem informacji dla lekarza.

Jak jednak MinHolder pomoże w sytuacji zagrożenia życia za granicą?

Faktycznie, na chwilę obecną, jego stosowanie hen hen daleko, wydaje się niepraktyczne. Uważam jednak, że to jest właściwy kierunek rozwoju. Internetowa baza danych za pomocą której lekarze będą mogli od ręki zasięgnąć wszelkich danych na temat obecnej kondycji zdrowotnej pacjenta rzeczywiście może oszczędzić przeprowadzania badań w czasie kiedy każda minuta się liczy. MinHolder to dość świeży produkt i wdrażanie informacji o platformie do systemów ratownictwa medycznego na całym świecie będzie trwało długo, ale szczerze wierzę, że uda się go SKUTECZNIE przeszczepić do wielu miejsc. Myślicie, że MinHolder się przyjmie? Czy faktycznie może pomóc w kryzysowej sytuacji?

Jest też leciutki i nie wpływa znacząco na wagę plecaka 😉

minholder

Kolejna kwestia. Wiecie jak zazwyczaj zaczyna się rozmowa o podróżach między wprawionym plecakowiczem, a osobą, która w każdy urlop oddaje się w opiekę biurze podróży? Zaczyna się od pytania:

– Ale jak to tak na własną rękę? Nie boisz się?!

Dla każdego, kto sam zorganizował sobie już kilka wyjazdów pytanie jest po prostu zabawne. Ci, którzy nigdy tego nie robili, na taki sposób podróżowania patrzą przez chwytliwy pryzmat przekazów medialnych o gwałtach w Indiach, incydentalnych wypadkach czy kradzieżach albo stereotypów, które mają z prawdą tyle wspólnego co przedwyborcze obietnice.

Bezpieczeństwo w podróży wielokrotnie zwiększa wiedza.

Najlepszym jej źródłem są ludzie, którzy niedawno co byli w kraju naszego zainteresowania. Jest Internet, są blogi – korzystajmy z tego jeśli szukamy rzetelnych informacji i chcemy czuć się w podróży pewnie. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Podam przykład związany chociażby z malarnią, o której pisałem na początku tekstu.

Przed wyjazdem do Indii i Nepalu byłem zatroskany kwestią zdrowia i ewentualnego zarażenia się czymś poważnym. Przewertowałem fora w poszukiwaniu informacji o malarii, przeczesałem strony poświęcone zabezpieczeniu się przed chorobą. Półwysep Indyjski na mapach obrazujących występowanie choroby na całym świecie oślepia złowrogim czerwonym oznaczającym malaria everywhere. Do tego znajomi, nie mający doświadczenia w podróżowaniu w takie rejony, radzili mi abym koniecznie zakupił leki, repelenty, uzbroił się jak na wojnę. Trochę zachwiało to wszystko moją żądzą przygody i chęcią wyprawienia się do Hindustanu. Bo skoro cała podróż ma się opierać głównie na odpędzaniu się komarów i stresowaniu się jeśli już jakiś mnie ugryzie (bo jak wskazują mapy – malaria everywhere) to wyjazd w Bieszczady będzie zdecydowanie lepszy. Popadałem momentami w stany paranoiczne.

Kompletnie z drugiej strony patrząc: jest przecież cała masa ludzi, która podróżuje po terenach Azji Płd.-Wsch. czy też Afryki Równikowej po kilka miesięcy, i o dziwo, żyją. Czy cały czas jedzą te magiczne tabletki? (Malarone bodajże można jeść tylko przez 27 dni. Jeśli czas pobytu w kraju z zagrożeniem malarycznym wydłuża się, należy zmienić sposób przyjmowania leku). Czy mają po prostu farta ale igrają ze zdrowiem? A może nie jest to jednak aż tak niebezpieczne?

Trzeźwo spojrzałem na sytuację dopiero w wiosce Thakurdwara, pod nepalską dżunglą. Nocowaliśmy w bungalowach nieopodal budynków szkoły mieszczących się w byłych więzieniach. Był to kiedyś region niezwykle malaryczny. Karą dla więźnia było samo zesłanie tutaj. Każdy przybyły zek podczas pobytu zarażał się malarią, i bez możliwości ratunku, doczekiwał swoich dni.

Naszego gospodarza zapytałem jak to jest, że w miejscu naznaczonym taką historią, a co za tym idzie pewnie i wysokimi szansami na zarażenie się, rozwija się turystyka. Odpowiedział, że problem malarii jest tutaj pod kontrolą, a po epidemiach, które miały miejsce jeszcze kilkadziesiąt lat temu, nie ma śladu.

– Kiedy ktoś zaczyna chorować na malarię od razu jest podnoszony alarm. Przyjeżdżają służby medyczne i podają leki. Wszyscy miejscowi przechodzą profilaktyczne badania, szansa na rozprzestrzenienie się choroby, wybuchnięcie większej, zagrażającej okolicznej ludności epidemii, jest bardzo niska. – Kontynuował.

Nie bagatelizuję problemu. Wiem, że malaria jest i nawet przestrzegając wszelkich środków bezpieczeństwa można skończyć tragicznie. Podczas tej rozmowy uświadomiłem sobie przede wszystkim jak różne informacje możemy otrzymać od miejscowych, którzy żyją na co dzień w warunkach, do których chcemy przyjechać na jakiś czas, na wakacje, a specjalistycznym tabelkom istniejącym w Internecie dla turystów z zachodu.

Dlatego najlepszym sposobem na zwiększenie bezpieczeństwa w podróży jest sięganie po radę u obu stron. Malaria to tylko przykład. Tyczy się to tak samo napadów, ryzyka rabunku, dostępnych na miejscu leków. Mamy Internet – wykorzystujmy go właściwie.

Opis problemu malarii jest subiektywnym spojrzeniem i autor nie bierze na siebie odpowiedzialności za wykorzystanie tego opracowania. Każdy sam za siebie podejmuje decyzje w sprawie stosowania środków prewencji i leczenia.

O programie Bartek Szaro

Podróżuje, bo uważa, że poznawanie nowych miejsc i ludzi to najbardziej wartościowa rzecz jaką można robić w wolnym czasie. Obecnie pracuje nad książką o Polsce po prawej stronie Wisły.
  • Joanna

    Też niedawno myślałam sobie o temacie bezpieczeństwa w podróży i spisałam garść porad, którymi przy okazji się dzielę: http://maniapodrozowania.blogspot.com/2014/01/swiat-bezpiecznie-czy-z-fantazja-i-inne.html

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      Przeczytałem. Trzeba powiedzieć, że Twoja przezorność w podróży jest imponująca.

      • Joanna

        Ale o MinHolderze dowiedziałam się dopiero od Was 🙂

        • Wolf

          Reklama dźwignią handlu 😀

  • asiaya

    Mieszkam w Indiach od ponad 3 lat. Fakt, w Delhi, nie w żadnej dżungli. Nie znam nikogo, kto by zachorował na malarię, co roku jednak choruje kilku znajomych na denge. W sumie podobna choroba. Wszyscy moi znajomi się wykurowali i w żadnym momencie nie było zagrożenia życia, chociaż to może być śmiertelna choroba (co roku są ofiary śmiertelne, głównie wśród biednych warstw, które nie otrzymują w porę odpowiedniej pomocy medycznej). Nikomu nawet do głowy nie przyjdzie branie malarone i tym podobnych. Bardzo ważne: objawy denge są podobne do grypy, a wtedy niektórzy biorą aspirynę lub ibuprofen, i to jest błąd, bo leki te moga prowadzić do krwotoków (denge niszczy płytki krwi, a aspiryna też ją „rozrzedza”). Bezpieczniej brać paracetamol. I jak jest bardzo źle, do lekarza i robić badania krwi. Poza tym malaria i denge to choroby sezonowe (monsun) i często doradzam po prostu zmianę daty wyprawy. Niestety monsun w większości Indii pokrywa się z wakacjami studenckimi i część osób nie ma za bardzo alternatywy. Jeśli chodzi o ludność miejscową, to często nie zawraca sobie głowy hipotetycznymi chorobami, bo ma inne, realne problemy, a po drugie, trochę są bardziej oswojeni z chorobami i śmiercią.
    Co do reklamy MinHolder – źle się poczuła ze względu na szczepienia…????… i jeszcze raz: ????

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      Wielkie dzięki za opinie. Zupełnie inną wartość ma jednak głos osoby, która sytuację zna od podszewki.

      Co do MinHoldera: w komiksie jest napisane, że powodem zasłabnięcia mogą być komplikacje, które pojawiły się po szczepieniach bądź skutki uboczne leków przyjmowanych przez dziewczynę.

      • asiaya

        No tak, tylko zakładamy, że szczepienia są wykonywane co najmniej kilka dni przed wyjazdem. Czy to możliwe, żeby powikłania objawiły się tak późno? No nieważne, po prostu chcieli przedstawić jakąś sytuację, gdzie niezbędna byłaby historia medyczna danej osoby.

    • Sky

      „co roku są ofiary śmiertelne, głównie wśród biednych warstw, które nie otrzymują w porę odpowiedniej pomocy medycznej” – to odnosi się też do grypy która występuje regularnie w Polsce i przez to jest powszechnie ignorowana.

  • Anna

    Srodkow prewencyjnych na malarie jest duzo (przed wlasna podroza zrobilam swego czasu dosyc mocny wywiad), i mozna je jesc przez kilka miesiecy, a nawet lekarze zalecaja zaczac stosowanie 2-3 miesiace przed a skonczyc miesiac po powrocie. Oczywiscie to bzdura. Zgadzam sie z wiekszascia zamieszczonych w poscie informacji, jednak moja rada jest zaopatrzenie sie w malarone – tylko w lek przeciw chorobie (ktory bierzemy dopiero jak objawy sie pojawia) a nie w malarone, ktore ma dzialac prewencyjnie. Nie wiadomo gdzie jestes w trakcie, gdy choroba wystapi – w dzungli, w gorach, gdzies hen daleko od szpitali – wazne, zeby lekarstwo otrzymac najwczesniej jak sie da. Zeby bylo smieszniej dodam, iz my z przyjaciolkami wlasnie takie malarone mialysmy, 2 dni po powrocie jedna z nas zachorowala (juz w Polsce) i lekarstwo sie przydalo. Dlaczego? Bo nie mieli malarone na stanie w szpitalu chorob zakaznych w Lodzi a sprowadzenie lekarstwa oszacowali na 3 dni…. dodam jeszcze, ze w opakowaniu brakowalo 2 tabletek (na 7), a lekarze powiedzieli, ze lepsze to niz nic….wiec nawet w centrum polski malarone moze sie przydac:)

    • http://www.paragonzpodrozy.pl/ Bartek Szaro

      Ku przestrodze 🙂

      Ale jak to brakowało dwóch tabletek? Po otwarciu opakowania było 5 zamiast 7?

      Malarone ma ponoć też działanie uderzeniowe. Kiedy malaria zostanie wykryta stosuje się podanie dawki uderzeniowej.

      • Anna

        No wlasnie my miałysmy ten tym malarone, ktory miał być ‚dawką uderzeniową’- ale niestety w podróży 6-miesiecznej 2 tabletki same wypadły z opakowania (w różynych warunkach były)…ale miałysmy nadzieje, ze lekarze zaopatrzą naszą Martę w nowe opakowanie…niestety, oto Polskie realia w szpitalach ds. chorób tropikalnych.Usprawiedliwienie lekarzy: ”rzadko zdarzają się przypadki malaryczne” – śmiech i żal.

        Malarone, które stosuje się przez kilka miesięcy (cała podróż, to zalecane niby przez lekarzy) nie ma działąnia uderzeniowego, ma mniejsza moc, prewencyjną.

  • Justyna admiring-diversity.pl

    Widziałam kiedyś reklamę szczepionki przeciw malarii (oferta GSK). Osobiście bym nie brała, bo mam o szczepionkach bardzo złe zdanie. Oczywiście, niektóre są przydatne, ale akurat przeciw malarii niespecjalnie. W Afryce istnieje lek (niestety nazwy nie pamiętam), który kosztuje kilkanaście zł i po kilku dniach jest się zdrowym. Możliwe, że jest to wspomniany Malarone, jednak nie potwierdzę tej informacji.

    MinHolder brzmi jak dobra inicjatywa, ale wydaje mi się, że tylko w krajach rozwiniętych 🙂

    I największe bezpieczeństwo w podróży gwarantuje tylko i wyłącznie zdrowy rozsądek.

    • joana

      a to chinina nie była?

    • Sky

      „W Afryce istnieje lek (niestety nazwy nie pamiętam), który kosztuje kilkanaście zł i po kilku dniach jest się zdrowym” – albo się popada w zaawansowaną formę choroby. Chloroquine – bo o nim zapewne mowa – nie jest w 100% skuteczny i z roku na rok przybywa szczepów które są na niego odporne. Także na Twoim miejscu zainwestowałbym w coś lepszego / droższego.
      A ze szczepionkami na malarię kwestia generalnie jest wątpliwa – praktycznie nie ma efektywnej szczepionki. Są tylko takie które zmniejszają ryzyko zarażenia. I tutaj Twoja prywatna opinia o szczepionkach (witaminy C też się boisz?) nie ma nic do rzeczy.

  • http://backpakuje.pl/ Backpakuje.pl

    Jeśli macie możliwość, leki na malarię kupcie we Francji. Mają znacznie tańsze odpowiedniki. Warto zaopatrzyć się w taki lek, który działa nawet po zakażeniu (niestety nie pamiętam nazwy i nie mam go przy sobie żeby sprawdzić). Osobiście nigdy nie czułam się po lekach na malarię dobrze, są też ciężkie do połknięcia, ale w niektórych miejscach konieczne.